poniedziałek, 1 czerwca 2015

Trekking w klapkach ;-)

Chłopaki wymyślili biznes. W środku buszu, bez żadnej cywilizowanej infrastruktury. Wygląda to mniej więcej tak:

Pokątnie słyszysz tu i ówdzie, że są wodospady, siedem ich aż jest. Gdzieś, gdzie trudno dojechać, na mapie informacji żadnej nie uświadczysz, tylko lokalsi wiedzą, co i jak. Tadek mówi, że najlepiej z przewodnikiem, no to słuchamy jego rady. Wiezie nas jakimiś bezdrożami, przez wioski, gdzie jadają koty,więc czasem robi handel wymienny na kurczaki. Zatrzymujemy się w środku niczego, gdzie czeka na nas przewodnik z kolegą. Przewodnik, Krishna, ma ok. 20 lat, uśmiech na pół twarzy i świetne poczucie humoru. Ciekawy wszystkiego, wypytuje nas o słowa po polsku, kojarzy kilka języków. Przez chwilę wahamy się, czy buty jakieś konkretne ubierać, bo przecież ma być ‘4 hours trekking’, ale patrzymy na rozczłapane klapeczki chłopaków i zarzucamy ten pomysł. Się okaże :P 

No to idziemy za Krishną i jego kompanem. Idziemy przez pola ryżowe, tarasy, lasy, przecinamy potoki, oganiamy się od komarów. Po drodze chłopaki pokazują, że proszę, tu rośnie kawa, tu kakaowiec, chili, goździki, no wszystko tu rośnie ;-) Gdzieś w bezkresie ryżowych łanów siadamy pod daszkiem, zbiega się cała rodzinka, ojciec wdrapuje się na palmę i ścina kokosy. Nie, on się nie wdrapuje, tylko kocimi ruchami zwinnie, jakby zupełnie bezwysiłkowo dociera na szczyt drzewa. Woda z kokosa pita przez rurkę zrobioną na miejscu z trawy cytrynowej. A potem wyjadanie miąższu łyżką wydrążoną z łupiny kokosa. Wszystko rach ciach, serwowane w 5 minut. Rewelacja. My się cieszymy, bo dobre i pięknie jest w ogóle, oni się cieszą, bo ktoś dociera w te odległe zakamarki i zawsze jakiś grosz wpadnie. A obok życie toczy się swoim rytmem, woły przedzierają się przez zwały błota, woda przelewa się na tarasach szumiąc wokoło, jakaś staruszka jak gdyby nigdy nic przechodzi obok z masą kilogramów na głowie. Tadek często podkreśla, że balijskie kobiety są silne i wytrzymałe. I nie pierwszy raz widzimy potwierdzenie tych słów. 
Kawa sobie rośnie
'Bali candy' jak mówi Krsihna,
czyli trzcina cukrowa

I znów pola, laski i potoczki. Coraz bardziej donośny szum i po chwili docieramy do pierwszych z kilku wodospadów. Wokół bujna, soczysta zieleń. Głazy wyślizgane, co rusz ktoś ląduje w wodzie. Komary tną jak wściekłe. Stajemy pod 80-metrową kaskadą wody i czujemy, jak wgryza się igiełkami w całe ciało. Do bólu. Nic nie słychać, tylko ten huk spadających hektolitrów wody…

Wracamy krótką trasą schodkami, którymi zazwyczaj docierają tu turyści z parkingu i dopiero uświadamiamy sobie, jak fajny był nasz szlak. Gdy kończymy, niebo jakby z ulgą wypluwa długo wstrzymywaną ulewę. Potem okaże się, że niektóre drogi zablokowane zostały przez spływające zewsząd tony śmieci. Siadamy pod wiatą, dostajemy pyszny nasi goreng (ryż z kurczakiem i warzywami) oraz różne herbatki i mieszanki na wypróbowanie (wliczone w cenę przewodnika). Do tego Kopi Luwak, czyli kawę, ale nie taką zwyczajną kawę, bo powstaje w dość specyficzny sposób :P Luwaki, czyli cywety (dzikie zwierzątka przypominające trochę łasiczkę lub lisa) zjadają owoce kawowca, ale nie trawią ich w całości. Wydalają nieprzetrawione ziarenka, które przechodząc przez przewód pokarmowy luwaka tracą gorzki smak i kawa z nich wytwarzana zyskuje ciekawy, łagodny aromat. Tak właśnie powstaje ponoć najdroższa kawa na świecie – z oczyszczonych odchodów cywet :P Na ile ten smak faktycznie zachwyca ‘aksamitną nutką łagodności’, a na ile jest w tym skutecznego PR-u..? Trudno mi ocenić, bo kawę to ja lubię jedynie z mlekiem i może nie doceniam walorów smakowych. 

Taki właśnie wiejskie chłopaki wymyślili biznes :-)

A dziś wyjątkowy dzień. Dla dzieci, więc pooglądaliśmy Bali od nieco innej strony ;-) Przypadkiem dotarliśmy także do ośrodka opiekującego się żółwiami i ich potmstwem, które wypuszczane jest cyklicznie do morza. 

Dla Balijczyków to wyjątkowy dzień (jeden z wielu, choć ten jakoś bardziej), bo pełnia księżyca i wszystkie rodziny odszykowane sunęły na skuterkach i przyczepach zdezelowanych ciężarówek do świątyń, żeby złożyć dary i ubłagać dobre bóstwa o opiekę, a złe o trzymanie się z daleka.
A kto rządzi często w świątyniach?
   

2 komentarze:

  1. Czytam każdy wpis z ogromną ciekawością. O ile w relacjach z NZ największe wrażenie robiły majestatyczne zdjęcia gór, o tyle Bali to po prostu całkiem inna, egzotyczna i obca nam kultura. Dzięki Wam mogę troszkę ją poznać. Dziękuję. Snurkowanie wśród takich rybek to musi być coś.

    OdpowiedzUsuń
  2. Bali, które pewnie większości z nas kojarzyło się z błękitną wodą i pięknymi plażami dzięki Wam oglądamy od innej myślę, że tej prawdziwej strony. Cudowny jest ten ich mały świat. Codzienne życie (często podglądane na ulicy pod domem), pomysły na małe biznesy i taka niezmącona radość. Dobrze, że chce Wam się ciągle zaglądać, podglądać i obserwować to co czasami niewidoczne. Dzięki Wam my też odkrywamy ten egzotyczny zakątek. Dzięki :) A.K.

    OdpowiedzUsuń