sobota, 2 maja 2015

U stóp wulkanu (ów)

‘Windy Welly’. Tak o swojej stolicy mówią Kiwi i tak faktycznie jest. Wietrznie. Jak już zaczęło wiać w Cieśninie Cooka (ponoć wiatr, który hula po Pacyfiku jest ‘wciśnięty’ w ten przesmyk między siostrzanymi wyspami NZ) i huśtać naszym promem w każdą możliwą stronę, tak przywiało nas do Wellington i wychłostało podmuchami na ulicach. O stolicy nie napiszę nic, jak ktoś ciekaw to odsyłam do styczniowego wpisu naszej polskiej reprezentacji w postaci trzech ‘rozchichotanych dziewuszek’ (tytuł nadany im przez dzieci). Obeszły, obwąchały, sfotografowały, opisały. My dużych miast za bardzo nie lubimy. Mamy kilka faworytów, ale zazwyczaj najlepiej czujemy się w mniejszych, bardziej kameralnych. Żeby wczuć się w klimat dużego miasta potrzeba czasu, by móc powłóczyć się ulicami, zagubić w nich, usiąść z bagietką na krawężniku i popatrzeć na ludzi. A my tego czasu aż tyle nie mieliśmy. Wellington nas przytłoczyło. I to nie wielkością, bo jest jedną z najmniejszych stolic na świecie. Jak tylko zjechaliśmy z promu i wtoczyliśmy się na ulice Wellington to poczuliśmy się nagle jak… wypuszczeni z buszu! Dosłownie! Po spokojnej Wyspie Południowej, po – mimo wszystko- prowincjonalnym, płaskim Christchurch, w którym nie zachowały się prawie żadne wieżowce, gabaryty Welly nagle nas przydusiły. Powietrza! Przestrzeni! Ciszy! 


Ostatnie poranne mycie zębów na Wyspie Południowej ;-)
I już na promie
Zostawiamy w tyle Wyspę Południową i 8 miesięcy naszego życia...
Dopływamy do Wellington
Moje odwieczne pierwsze skojarzenie z Welly
Jako, że historii z przeciekającym prysznicem w kamperze końca nie było widać, Jacek ruszył do punktu serwisowego, a ja z dziećmi do Muzeum Te Papa, czyli Nowa Zelandia w pigułce – historia, środowisko naturalne, dziedzictwo kulturowe. Trochę interaktywnych stanowisk dla dzieci, symulator trzęsienia ziemi, świat z perspektywy owcy i inne atrakcje. 


W tym domku można przeżyć symulację trzęsienia ziemi
W sercu wieloryba
Takie smutne... lasy kiedyś a teraz...
A potem szybko przed siebie, w stronę zachodniego wybrzeża Wyspy Północnej z kolejnym Parkiem Narodowym Egmont i królującym nad nim stożkiem nowozelandzkiego odpowiednika Mount Fudżi (ale od północnej strony), czyli wulkanem Taranaki. Wyczytawszy wcześniej, że szczyt Taranaki (2518 m.n.p.m.) można zobaczyć z odległości nawet setek km jechaliśmy z oczekiwaniami spektakularnych widoków. Im bliżej celu, tym bardziej rzedły nam miny, bo żadnej potężnej góry wyrastającej ponad rozległe równiny nie było widać. Ani kawałka! Kilkanaście kilometrów przed metą zwątpiliśmy, czy aby na pewno w dobrą stronę pojechaliśmy :P No ale nic, jedziemy dalej. Droga przez Park Narodowy na camping u stóp wulkanu powinna stanowić atrakcję samą w sobie (a nigdzie o niej nie wspomnieli!). Przez kilka km jedziesz dosłownie przez ścianę lasu. Jakby ktoś wyciął równiutko szlak przez gęsty, zwarty jak żywopłot busz. Pomijam jej szerokość i duszę na ramieniu, by nikt nie jechał z na przeciwka. Dojechaliśmy. Tylko my i jakiś inny zagubiony camper na tym odludziu. Trzeba było szybko się kłaść, bo strach, żeby nie wyczerpać zasobów wody/gazu i nie zostać na lodzie (dokarmiamy naszego olbrzyma co drugi dzień na płatnych parkingach, ale jakoś obawa na takim pustkowiu nie chciała nas opuścić). Jeszcze przed snem jakiś kształt nam zamajaczył, ale zaraz zniknął za chmurami. 
Linia brzegowa wzdłuż trasy na południowy zachód
to niekończące się klify oraz czarne plaże.
Pozostałości po zastygłej lawie i pyle wulkanicznym. 
Skały mają tu różne nazwy... i od razu pojawiają się jako atrakcje
w przewodnikach. Jeśli nikt jeszcze tej nie nazwał to
dla nas jest to Rekin. Zaklepane!
A rano… rano mieliśmy piękny wschód słońca nad wulkanem, który ukazał się nam w pełnej krasie :-) Rześki to był ranek, nie powiem, nosy zmarznięte, czubki uszu przymrożone, ale wstaliśmy szybko i pędem na szlak zboczami wulkanu. Przez lasy goblinów, wodospady, potoki, które trzeba było pokonać w podskokach. I co chwilę szczyt Taranaki w prześwitach. Piękny ranek! 
Nocleg z takim widokiem :-)

A potem pojechaliśmy. Przez Zapominany Świat. Tak nazywają tu kawał południowo-zachodniej wsypy, którą reszta kraju zdaje się, wymazała z pamięci. 200-kilometrowa kręta droga ( przez kilkanaście km nawet szutrowa) wiedzie przez surowe, opustoszałe tereny, na których tylko bydło i owce. Tysiące owiec. W samym środku tej ‘Autostrady przez Zapomniany Świat’ leży wioseczka Whangamomona (zresztą jedyne miejsce, gdzie można kupić kawę na całej trasie ;-), specyficzna o tyle, że w 1989r. mieszkańcy zbuntowali się i ogłosili się niezależną Republiką z własnymi wyborami na prezydenta. W hotelu-kafejce mnóstwo zdjęć pierwszych osadników i gorzkich informacji o tym, jak bardzo państwo zachęcało ludzi do kupna ziemi na tych terenach, a potem, gdy zainwestowali wszystkie oszczędności licząc na lepsze życie, odcięło kolej i ogólnie wypięło się na ten zapomniany przez ludzi i Boga kawałek raju. Dziwna ta droga, dziwny ten fragment Nowej Zelandii… zupełnie inny od reszty kraju. 


Póki co Wyspa Północna to głównie wzgórza,
pagórki i setki, tysiące owiec i bydła

A teraz już koczujemy w pobliżu tercetu trzech gigantów – Tongariro, Ngauruhoe i Ruapehu, czyli trzech najbardziej znanych aktywnych wulkanów NZ. Przed nami Tongariro Alpine Crossing, czyli 19,5- kilometrowy szlak przez Śródziemie ;-) Określany jest jako najbardziej malowniczy jednodniowy trekking w Nowej Zelandii, więc już nam się pyski szczerzą :-) Dzieciom naładowaliśmy akumulatory opowieściami o bajecznych widokach na szlaku, o wyprawie do Mordoru, o tym, że jeśli Frodo dał radę, to one nie dadzą?! No musi się udać, niech tylko pogoda dopisze…



Kilka dodatkowych ujęć, które może przepuści mi to marne WiFi ;-) TUTAJ

1 komentarz:

  1. Tyle miejsc i pięknych widoków, że aż dech zapiera. A i pagórki nie takie złe :) - też pikne :)
    Pozdrawiamy A.K.

    OdpowiedzUsuń