sobota, 9 maja 2015

Tam, gdzie wszystko się kończy

Chodzi za mną jedno zdjęcie z Muzeum Te Papa w Wellington – osadnik opiera się o ścięty pień potężnego drzewa. Duma i radość z dokonanego czynu bije wszem i wobec. I zero świadomości, zero jakiejkolwiek refleksji, że właśnie przekreślił 600 lat istnienia...

Kauri, zwane również agatisami lub soplicami, to jedne z najwyższych drzew (po sekwojach) na świecie. Jednak pod względem masy i objętości drewna kauri nie mają równej sobie konkurencji. I to właśnie stało się przyczyną ich zguby. Zanim do Nowej Zelandii dotarły hordy Europejczyków, Maorysi wykorzystywali agatisy w ograniczonym zakresie – żywica służyła do wyrobu pochodni, a jej spalona forma granatowo-czarnej sadzy do wykonywania tradycyjnych maoryskich tatuaży. Z samych drzew wykonywano wojenne canoe. Lasy rosły, drzewa mężniały. A potem pojawili się Pakeha (tak Maorysi określają białych Nowozelandczyków europejskiego pochodzenia) i wycięli kauri prawie co do sztuki. Wyrżnęli je prawie co do pnia. Ponad 90% agatisów. I robili sobie zdjęcia. 
To, co uchowało się przed zachłannymi piłami strzegł niedostępny las Waipoua. Ile może ich jeszcze być? Kilkaset? Większość to ledwie dwustuletnie podrostki. Jest kilka kolosów, które cudem ocalały, z czego najstarsze – Tane Mahuta (Ojciec Lasu) – ma ok. 2000 lat. Kauri wymierają. Przywleczona zza oceanu choroba grzybiczna niszczy ich korzenie. Ile czasu im jeszcze zostało? Tym nielicznym, które przetrwały.
Staliśmy z zadartymi głowami i patrzyliśmy. Smutno nam było. Piękne te lasy. Onieśmielające, majestatyczne. I – paradoksalnie – takie kruche…

Władca lasu Waipoua - kolosalny 51,2 metrowy, o 13,77 metrowym
obwodzie pnia - TANE MAHUTA
Nie wolno deptać ziemi wokół kauri, żeby nie uszkodzić
ich delikatnych korzeni. Pień 800-letniego Mc Kinney
Jechaliśmy w milczeniu dalej na północ przez uśpione wioseczki i zastygłe mieściny. Jakby życie z nich wyciekło. Widoczna przewaga Maorysów na ulicach przypomniała mi inne zdjęcie z wellingtońskiego muzeum:
Ziemia będąca własnością Maorysów w
latach 1860 i 1939. Bez komentarza.
Co ciekawe, prawie każda mieścina posiada kilka obowiązujących miejsc, w tym: muzeum, kino-teatr i pomnik ku czci poległych w I wojnie światowej. 


Zwykła ulica zwykłej mieściny
Choć ta akurat z nietypową toaletą! Więcej o toalecie tutaj

I w końcu dojechaliśmy. Tam, gdzie już nic więcej nie ma. Gdzie Nowa Zelandia się kończy, a może zaczyna? Przylądek Reinga ze słynną latarnią. Zaskoczył nas. Jak podsumował to miejsce nasz ulubiony przewodnik – ‘daje radę’. Naprawdę daje! I to szczęście, że przy statystykach tysięcy odwiedzających mogliśmy się nim nacieszyć w samotności. Przynajmniej przez chwilę, zanim autokary wypluły rozbieganych, histerycznych Azjatów. Staliśmy tam sobie sami, patrzyliśmy na ścierające się fale Morza Tasmana i Pacyfiku i myśleliśmy, że to również nasz tutaj koniec…. Dziwne to było uczucie. Radość powrotu wymieszana z poczuciem straty. 


To właśnie tutaj mieszają się wody Pacyfiku i Morza Tasmana. 
Tasman wściekle napiera na ocean, fale nachodzą na siebie
wręcz zakładkowo. Wygląda to niesamowicie...
A wokół pięknie... tyle kilometrów do
przejścia, tak mało czasu... :-(
Koniec - i Nowej Zelandii, i nas...
Trzeba było szybko zadziałać i rozwiać te smutki. Pomysł z wydmami, a ściślej ze zjazdami z nich okazał się skutecznym panaceum. Tuż za Przylądkiem Reinga rozciągają się malownicze wydmy, coś niesamowitego. Dość, że pięknie, to jeszcze niesamowita frajda ;-)


Żeby zjechać to najpierw trzeba się wdrapać ;-)
I kto pierwszy zdobył się na odwagę?!
I znów do góry :P
Jak się później okazało, deska sprawiła podwójną radość ;-)

A potem pognaliśmy w dół wyspy. Kolejne setki kilometrów, tysiące krów i owiec, rozległe pastwiska i zielone pagórki. Kolejne kubki pysznej kawy, z której zawsze cieszymy się jak głupki. Kolejne zaskakujące (i to nie zawsze pozytywnie) kempingi, obiady pichcone na szybko z widokiem na ocean, pranie dyndające na sznurze podczas jazdy, ‘daleko jeszcze?’ słyszane z tyłu po raz -dziesiąty…  Jutro zjeżdżamy do Auckland. Jutro nadeszło jakoś za szybko….


Przystanek na obiad w Zatoce Wysp
Jesień jest piękna tutaj, to jedyny naprawdę chłodny,
deszczowy dzień z całej podróży
Gdzieś w drodze

Kilka dodatkowych zdjęć TUTAJ

2 komentarze:

  1. Trzeba przyznac ze zdjecia opisy sa szczegølne .Moze w pani obiektywie i pani relacjach poznalismy NZ i musze szczerze przyznac ze pokochalismy ja bez granic.Rozumiem Wasza rozterke i tesknote , bo sama czuje jakis zal ze cos sie konczy ale mam dobra nadzieje ze cos szybko wymyslicie...Serdecznie pozdrawiam

    OdpowiedzUsuń
  2. To musiała być frajda taki zjazd po górze piachu :-) Niedawno w tv był program o NZ i pokazywali właśnie przylądek Reinga - a teraz Wy tam byliśmy a więc my trochę też, niesamowite

    OdpowiedzUsuń