niedziela, 24 maja 2015

Smaki i smaczki

Pojedliśmy. Różne lokalne rarytasy. Głównie ryby i owoce morza (ja i Matylda), męska część rodu lubuje się w pizzach i kurczakach, choć dobrym świeżym marlinem czy tuńczykiem nie pogardzi. Wszystko z dodatkiem ryżu lub makaronu, czyli nasi goreng (narodowa indonezyjska potrawa - smażony ryż, podawany z mięsem i warzywami) i mie goreng (różni się tylko tym, że zamiast ryżu, mamy makaron). Z innych nowości: deser w postaci puddingu z czarnego ryżu z mlekiem kokosowym i lodami waniliowymi (ja), sałatka ze szpinaku z pędami fasolki w ostrym sosie sambal (ja), sea food pepes, czyli owoce morza z curry, chili, imbirem i cebulką, grillowane w liściach bananowca (ja) :P Zdjęć raczej deficyt, bo to jeden z nielicznych momentów, gdy zwycięża głód, a rodzina wszczyna bunt!
Owoce morza w wersji z frytkami
Poza tym owoce. Masa dziwacznych, egzotycznych owoców. Kupujemy, próbujemy, jak smakują to wracamy po więcej. I soki świeżo wyciskane. 
Rambutan. W środku biały miąższ o smaku kwaśnym
lub słodkim. Dla nas  - jadalny :-)
No właśnie tej jednej nazwy nie pamiętam...
może ktoś kojarzy? Chyba dlatego,
że nam nie smakowały, zbyt kwaskowate
Masa odmian bananów, nawet w wersji mini. Aż niewiarygodne,
 jak różnie mogą wyglądać i smakować i w ilu postaciach
można je podawać - pieczone, smażone czy gotowane.
Mangosteen (który po otworzeniu przypomina główkę czosnku)  -
słodki, w smaku przypomina połączenie ananasa i brzoskwini;
jedzony w dużych ilościach  zapobiega podobno przedwczesnemu
starzeniu się i podnosi odporność organizmu.) 
Papaja, czyli melonowiec właściwy
Salak (w wężowej skórce) - cierpko-słodko-kwaśny
owoc o konsystencji niedojrzałej gruszki.
W środku jak przerośnięty czosnek.

Nie stronimy od lokalnych smaków. W ciągu dnia nasze żołądki muszą strawić sporo nowości – samych owoców nie sposób nie popróbować, czy zajadać się tymi, co już zostawiły dobre wrażenie na podniebieniach (a jeszcze kilka w kolejce do posmakowania). I tym sposobem ja miewam regularne wysypki w różnych miejscach ciała, a Fitu stoczył walkę z pierwszą wrogą florą bakteryjną :-( Gdziekolwiek go dopadła, to skutecznie powaliła na łopatki, bo bidulek męczył się z wysoką gorączką (i nie tylko) całą dobę. Przy temperaturach +30°C w dzień i +24°C w nocy to jest wyzwanie. W ruch poszły proszki, tabletki, coca cola i obrzydliwe liście do przeżuwania (polecone przez lokalsów) i już lepiej. Mam nadzieję, że kolejna noc będzie mniej uciążliwa. Siedzimy, gramy w karty, czytamy, odrabiamy lekcje mając toaletę na bezpieczną, komfortową odległość. Stacjonarnie. Jaszczurki bawią się w chowanego, żaby i pająki okupują prysznic, wiewiórki skaczą po bananowcach, a ostatnio na tarasie czmychnął nam przed oczami szczur. Takie smaczki ;-)
Kolega umościł się pod prysznicem

4 komentarze:

  1. Żaby i jaszczurki jeszcze bym przeżyła ale pająki ...... . No cóż "nie ma róży bez kolców" :-)

    OdpowiedzUsuń
  2. Zdrówka dla Filipa!!! DP

    OdpowiedzUsuń
  3. "Mówisz masz..." to dotyczy faktu, że ostatnio dużo myślałam o Waszym kosztowaniu owoców i lokalnej kuchni. Jeszcze raz dziękuję Martuś za tą wyprawę na Bali Twoimi /Waszymi oczami. Pozdrawiam. A.K.

    OdpowiedzUsuń
  4. Przelykam sline i moze tez cos poczuje. Bedziemy mieli troch wiecej rozeznania o tych owocach dzieki Wam. Zyczymy duzo zdrøwka dla Filipka no i dla Was wszystkich.Pozdrawiamy

    OdpowiedzUsuń