piątek, 15 maja 2015

Muchy w smole, czyli witaj Indonezjo!

O Bali więcej sobie wyobrażałam, niż faktycznie wiedziałam. To przyznaję uczciwie. ‘Jedz, módl się, kochaj’ E. Gilbert i zdjęcia rajskich plaż z folderów – na tym bazowały te wyobrażenia. Tymczasem… :P

Indonezja wita nas przaśnie i hałaśliwie radośnie już na lotnisku ;-) Po 15h podróży, posklejani potem i obładowani całym rocznym dobytkiem docieramy do hali przylotów i gorączkowo wypatrujemy kierowcy, który miał nas odebrać. Dziesiątki kartek z imionami, ale nie ma naszej. Chcemy ulokować się gdzieś w kącie i poczekać, ale co chwilę ktoś podchodzi, zagaduje, proponuje transport. My na to, że nie, dziękujemy, czekamy na kogoś. A jak się nazywasz? Marta, welcome Marta, a skąd ty Marta? I już łapie walizki i chce nas prowadzić do swojego auta. I tak co krok! Dzieci tymczasem umazały się lodami, Jack biega po lotnisku i szuka kierowcy, ja mam obłęd w oczach, a oni szturmują z każdej możliwej strony. Nie ma kierowcy, nie ma zasięgu, sprzęt padł, nie ma do kogo i jak zadzwonić. Po niespełna godzinie Fitu w końcu wypatruje pogniecioną kartkę ‘Jacek’. Nasz balijski wybawca siedział sobie z innymi na podłodze i gadał w najlepsze. Uff… jedziemy. Jedziemy i oczy nam się robią coraz bardziej okrągłe ze zdumienia i przerażenia. Na drodze istny Armageddon. Setki skuterów pędzących slalomami, żadnych zasad, praktycznie żadnych znaków na drogach. Co chwilę ktoś trąbi, wjeżdża nam prawie pod koła, nikt nie krzyczy, śmieją się, machają. Mijamy wioseczki, zbliża się wieczór, ludzie wylegli na chodniki, życie toczy się na ulicy. 4h takiej jazdy na drugi koniec wyspy (a to tylko 135km!). Fitu pada w międzyczasie, w brzuchach burczy, nie wiadomo, co zjeść. Gdzieś w przestrzeni zagubiliśmy kilka godzin, dla nas już głęboka noc, u nich dopiero zmierzcha. Dojeżdżamy po ciemku, padamy, gdzie nas położą, nic nie ma już znaczenia, jesteśmy tak skonani. 


To jest niewielki ruch uliczny, rzekłabym - bardzo spokojny
Skutery często prowadzą nastolatkowie, kaski sporadyczne,
dzieci przeważnie stoją z przodu. No chyba, że są
niemowlakiem i wystaje im tylko nóżka :P
Wszystko da się przewieźć :-)
Na pierwszym planie - mobilny punkt gastronomiczny
(nawet ładnie brzmi :-); na drugim -
kolejny skuterek z nadbagażem
Punkt 5.00 jakiś muezin z okolicznego meczetu przenikliwie wdziera się zawodzeniem pod nasze czaszki. Wtórują mu koguty, setki kogutów. I tyle ze spania. I tak codziennie :P Odnajdujemy się powoli. Po sterylnej, bezpiecznej, ułożonej Nowej Zelandii Indonezja atakuje zewsząd intensywnością zapachów, hałasem, ludźmi, ogromem ludzi! Bujna zieleń wciska się w każdy zakamarek domu, który dzielisz z wszędobylskimi mrówkami, żabami, jaszczurkami i innymi trudnymi do zdefiniowania stworzeniami. Raj dla Filipa, w końcu jakieś zwierzaki! 
Współlokatorka :-)
Właśnie wcina śniadanie
Wyściubiamy nosy za bramę powoli, nie do końca świadomi, co nas tam czeka. A tam życie wibruje. Odnoszę wrażenie, że ludzie nie mieszkają wewnątrz, tylko na chodnikach. Siedzą, jedzą, sprzedają, gadają, zamiatają, choć wokół tyle śmieci, że nie wiem, gdzie i w jakim celu to zamiatanie. To taki dziwny kawałek świata (jak, domyślam się, większość Azji), gdzie luksus miesza się z biedą lub względnym ubóstwem na każdym kroku. Ekskluzywne, wypasione hotele zaraz obok rozwalających się chat tonących w śmieciach. Specjalnie wybraliśmy mniej obleganą północ wyspy, gdzie ponoć można poczuć jeszcze ten dawny balijski klimat, nie nadgryziony przez masową, turystycznie rozbuchaną infrastrukturę. Oczywiście znajdziesz tu miejsca na zachodnią modłę, ulice wybrukowane restauracjami, hotelami, wykwintnymi lokalami z ofertą wszelkich możliwych usług. Ale nie po to się tu tarabaniliśmy, żeby wcinać kuchnię włoską, więc uciekamy na lokalne uliczki i zgodnie ze wskazówkami innych, szukamy miejsc, gdzie jedzą lokalsi, zaglądamy im prawie w talerze i zajadamy się ichniejszymi ryżami i makaronami z dużą ilością warzyw, kurczakiem, rybami. Pychota, choć po pierwszym wieczorze z lekkim niepokojem oczekujemy, komu przypadnie w udziale zaszczyt pierwszej indonezyjskiej sraczki :P Nasze żołądki dają radę z tą egzotyczna florą bakteryjną, więc wracamy kolejnego dnia do Warung Lina prowadzonego przez całą rodzinę, która wita nas szerokim uśmiechem. 


Taka zwykła uliczka, nasza uliczka
Po sąsiedzku
Codzienny widok: stolik, gary i już można zjeść obiad
Warung Lina menu
Gubimy się w tych ich milionach,
setkach tysięcy...(10.000 rupii = ok. 2,8 zł)

Ludzie w ogóle są serdeczni i uśmiechnięci. No może oprócz niektórych starszych białych par mijanych na plaży, co nieufnie na każdego spozierają :P Balijczycy są bardzo życzliwi i pomocni, ale… Nie możemy opędzić się od myśli, że jednak traktują cię jak chodzącego dolara… Ciężko to opisać, bo generalizować nie lubię, tym bardziej wymądrzać się po kilku dniach obserwacji, ale gdy wychodzimy na ulicę to dosłownie atakują cię z każdej strony – każdy chce ci coś sprzedać, wcisnąć, pływanie z delfinami, masaż, drewniane figurki, cokolwiek. I nie wystarczy nie, dziękuję z uśmiechem. No nie wystarczy. Balijczycy techniki sprzedaży opanowali do perfekcji. Zagadują, uśmiechają się, są mili i zanim się obejrzysz już trzymasz jakieś wisiorki, ktoś zakłada ci sarong na ramiona i poklepuje po plecach. Hmm, i jak tu tak zwyczajnie z nimi porozmawiać…? Przejście przez zwykłą, boczną uliczkę to lawirowanie między wałęsającymi się wszędzie, niezbyt przyjaznymi psami i nawoływaniami z każdej bramy. Uciekamy szybko na plażę. Na brzegu trochę śmieci, ale dalej już dosyć czysto. Pływam i widzę z oddali, że wokół Jacka rozsiadły się trzy przekupki. Normalnie go obsiadły wokoło, a on twardo ćwiczy asertywność ;-) Wszędzie cię znajdą! Z tego żyją, z tego żyje wyspa. Z turystów. Staramy się to zrozumieć i zawsze z uśmiechem. To my wkroczyliśmy w ich świat i nie ma co się zżymać na zupełnie odmienną mentalność i kulturę. 

Bali pachnie intensywnie. Wszędzie unosi się zapach kadzidełek, ziół, kwiatów. Przed każdym domem mini-ołtarzyki, posągi bóstw, bożków, codziennie składane dary przeważnie w postaci jedzenia. Czytam, szperam, wyszukuję. Bali jako jedyna spośród 17 tysięcy wysp indonezyjskich oparła się islamizacji (80% społeczeństwa to wyznawcy hinduizmu). Jej magia i wyjątkowość to właśnie te świątynie, religijna architektura, mistyczne obrzędy i rytuały. Na Bali w ciągu roku wypada ok. 220 świątecznych dni i wszystkie są związane z religią! Balijczycy wydają krocie na ceremonie i uroczystości, ale to sedno ich kultury. Tym żyją. Odnoszę wrażenie, że tutaj wszystko jest święte, tradycja i duchowość wplecione są w codzienne życie nierozerwalnie. Czego doświadczamy chcąc chociażby umówić się z jakimś kierowcą – ciężko wpasować się w jego grafik, ciągle jakaś impreza, święto, uroczystość. 
Ołtarzyki przed każdym domostwem
Rozkładane codziennie rano lub wieczorem na
chodnikach, plaży, wszędzie
Przed wejściem do świątyni. Ciekawe, jak sprawdzają
punkt pierwszy ;-)
Tymczasem oswajamy się. Chyba najbardziej z lejącym się z nieba żarem, który w jakiś sposób nadaje tempo życia na tej wyspie. Tu po prostu nie da się inaczej. Im bliżej równika, tym bardziej spowalniasz. Wyhamowujesz. Zawieszasz się. Ciekawe, jak bardzo współrzędne geograficzne definiują i ustawiają rytm życia, mając w głębokim poważaniu twoje przyzwyczajenia. Patrząc na Balijczyków trudno się dziwić ich wręcz ślamazarnej motoryce – w końcu zamieszkują wyspę, na której temperatury przez cały rok sięgają ok. 30°C! Siłą rzeczy muszą funkcjonować wolniej, spokojniej. Zastanawiam się, czy noszą jakiekolwiek inne ubrania oprócz szortów i T-shirtów ;P Cały rok w takim upale, spiekocie, duchocie?! Przerywanej jedynie porą deszczową, choć temperatura wówczas jakoś nie odbiega od ichniejszej normy. Ja jednak wolę nasze cztery pory roku. I czekanie na coraz dłuższe, cieplejsze dni (tutaj długość dnia praktycznie nie ulega zmianie przez cały rok– słońce zachodzi już po 18.00). 
Fajnie jest mieć na co czekać. Fajnie jest mieć za czym tęsknić.  

Chyba się trochę uzależniłam od tego pisania...

4 komentarze:

  1. Bardzo mnie cieszy Twoje uzależnienie;P

    OdpowiedzUsuń
  2. Uff, szczęśliwie że już na lądzie i do tego z dostępem do .....Nas ;-), bo ten brak wiadomości był niepokojąco dłuuuugi, a poczytać by się chciało ;-), uściski dla całej walecznej i przebojowej CZWÓRKI , pozdrawiamy

    OdpowiedzUsuń
  3. Jedno pytanie czy Ta wspølokatorka jest bezpieczna??? Az ciarki przechodza . Uwarzajcie na to i badzcie ostrozni. Pozdrawiam

    OdpowiedzUsuń
  4. Przestawienie ze spokoju i otwartych przestrzeni NZ, na tłoczną i hałaśliwą Indonezję pewnie trochę czasu potrwa. Przyznam, że z niecierpliwością czekam, aby dzięki Wam "poznać" trochę tą sławną wyspę. Iwona

    OdpowiedzUsuń