piątek, 22 maja 2015

Fifty Shades of Grey

Nie masz wyboru – chcąc nie chcąc, musisz brać udział w tej ich zwariowanej grze. Inaczej się nie da. 200.000? – może 100.000? – 150.000… etc., a kończy się na 50.000 rupii. Targujesz się o wszystko, dosłownie wszystko! Bywa to zabawne, momentami śmieszne, choć – na dłuższą metę – uciążliwe. Ale gramy, miejscowi się cieszą, witaj Polandia, już trochę kojarzą, nieco dają odetchnąć. Jednak gdy wypuściliśmy się z tej prowincjonalnej, mniej obleganej północy wyspy, gdy dotarliśmy do miejsc oblepionych turystami, to czar gry prysł. Bo wiele można rozumieć i zaakceptować, ale jeśli ktoś niemal agresywnie próbuje zedrzeć z ciebie bodaj ostatnią rupię (a najlepiej $$$), to już nie jest konieczność poszanowania odmiennej kultury, to jest ZUPEŁNY BRAK kultury. Co ciekawe, najwięksi i najbardziej nieuprzejmi naciągacze okupują większość świątyń, gdzie oprócz oficjalnych cen wstępu dochodzą różnego rodzaju dodatki. Musisz okutać się w sarong, to oczywiste – kupiliśmy, mieliśmy. Ale do tego jeszcze jakaś szarfa – nie doczytaliśmy, trzeba było zakupić (kosztowała więcej niż ten sarong). Mamy bilet, wchodzimy i surprise, surprise! Przystanek numer dwa, niby strażnik, niby bileciarz, kto go tam wie, każe uiścić datek, ofiarę, jakkolwiek to nazwać. Z założenia datki powinny być dobrowolne, ale pod nos już podsuwają zeszyt z rzekomo wpłacanymi kwotami, a tam sumy ogromne, że oczy przecieramy, pewnie zera dopisywali w wolnym czasie. My że nie chcemy datku, machamy biletami, ale to konieczność. I przewodnika wziąć konieczność, to obligation, bez niego ani rusz. Dyskusja niemiła, w końcu dobrze, to płacimy, choć nie wiemy za co, jakąś min kwotę. Oburzenie i dźganie paluchem tych zer, a my twardo, że nie, tyle dajemy i basta. Wtedy Pan każe nam już iść, na bezczelnego pytamy co z naszym przewodnikiem, bo przecież obligation, ale niewiele zrozumieliśmy z indonezyjskiego, nie brzmiało przyjaźnie, tyle że na końcu powiedział, no guide! I tyle w tym temacie. 

I pewnie byśmy zawrócili, bo cała sytuacja była tak nie na miejscu, że aż przykro. Ale to Besakih…. Zwana też Matką Świątyń, jest największą, najważniejszą i najbardziej świętą z balijskich świątyń hinduistycznych. Chcieliśmy ją zobaczyć, a rzucane za plecami obelgi, że nie mamy szacunku dla miejsca wracały do mnie co i rusz, gdy spacerowaliśmy po kompleksie 22 świątyń, połączonych schodami, tarasami, z licznymi  placykami, pagodami, dziedzińcami i ołtarzami. Wracały na widok sprzedawanych chipsów w każdym zakamarku, straganów wszędzie wokół, na szept balijskich opiekunów świątyni (?), że może błogosławieństwo – only $1! Strzepnęliśmy złe wrażenie jak uciążliwy kurz i próbowaliśmy nacieszyć się tym miejscem. A jest czym…

Położona 1.000 m n.p.m. na zboczach najwyższego balijskiego wulkanu Gunung Agung, wpisana na listę Światowego Dziedzictwa Kultury UNESCO, licząca ponad 1000 lat, Besakih zachwyca zarówno unikatową architekturą, jak i widokami na wyspę. To do niej pielgrzymują Balijczycy min raz w roku, a od 1963 roku, gdy lawa niszczycielskiej erupcji wulkanu ominęła kompleks świątyń dosłownie o metry, niemal uważana jest za miejsce cud. Pochodziliśmy, zagubiliśmy się w tych wszystkich alejkach i krużgankach, słońce paliło niemiłosiernie, uratowała nas woda z kokosa ;-) 

Gdzieś po drodze….
Świątynia Ulun Danu

Olbrzymie jezioro w kraterze wulkanu-Danau Batur w otoczeniu szczytów trzech wulkanów-Gunung Batur(1717 m.n.p.m), Gunung Abang(2153 m.n.p.m) i najwyższego Gunung Agung (3142 m.n.p.m)..
Najwyższy wulkan Gunung Agung
objeżdżaliśmy wokoło przez cały dzień
Pałac Wodny z królewskimi rezydencjami..
Upał powalił nie tylko dzieci...
Łaźnie Królewskie w Tirta Gangga...
A w nich jakieś mega ryby!
Dzieciaki na koniec wskoczyły i popływały z rybkami ;-)
Pewnie na dalekim południu są miejsca, gdzie woda jest turkusowa, plaże niebiańskie jak z obrazka, surferski raj fal. Ale są tam również tłumy ludzi (na samej tej mikro wyspie mieszka prawie tyle ludzi, co w olbrzymiej Nowej Zelandii!, a rocznie odwiedza ją kilka mln turystów), całe enklawy Rosjan, rozbawionych Australijczyków (z północy Australii to naprawdę rzut beretem) i Niemców, a przez to i ceny pewnie daleko nie-balijskie (raczej bliżej im do Nowej Zelandii). I masa naciągaczy. I głośno. I – według relacji wielu – to wersja Bali z ekskluzywnymi hotelami i zmasowaną turystyką. Nie wiem, pewnie tak jest… My, w każdym bądź razie, wracamy na swoją względnie cichą północ. Może te miasteczka, z pojedynczymi hotelami przy morzu nie zachwycają rozbudowaną infrastrukturą i co niektórzy turyści mkną szybko na południe. Może jest tu momentami zbyt dużo folkloru, mało estetycznej codzienności Balijczyków z kurami na plaży, chaotycznymi obejściami. Może te plaże nie są złoto – żółte. Nie są, bo jak zdecydowana większość plaż balijskich są pozostałościami po wulkanicznych ekscesach, z wszystkimi odcieniami szarości (jak to ujął nasz holenderski sąsiad – Fifty Shades of Grey ;-) Pozastawiane lokalnymi łódeczkami mieszkańców, skutkiem czego spacer po nich to jak bieg z przeszkodami :P Ale jest tu autentycznie. Ludzie są mili. Pamiętają cię (jasne, chwyty marketingowe opanowane :-) Zagadują. Zapraszają na wieczorne występy tradycyjnych balijskich tańców i śpiewów, przygotowanych wspólnie przez kilka rodzin. No i Lovinę, jako jedyne miejsce na całej wyspie, upodobały sobie delfiny, całe masy delfinów, które oglądasz z łódki szczęśliwego lokalsa, bo złapał klienta. Szczerzy się radośnie i częstuje nas bananami i herbatą, delfiny mkną z każdej strony łodzi, a my szczerzymy się jeszcze bardziej, bo ceny ludzkie. I w ogóle jakoś tak tutaj jest normalnie… 
Trafiliśmy przypadkiem, a cudnie było!
Balijskie dzieci są piękne! Mają niesamowite, delikatne rysy.
Fifty Shades of Grey ;-)
Prawie jak polska, tyle, że odwrotnie!
Świątynia w Lovinie. Znak wywołuje jednoznaczne
skojarzenie u większości, a na Bali jest to
symbol szczęścia i pomyślności
Wieczorne klimaty północy Bali
Kilka dodatkowych zdjęć TUTAJ

4 komentarze:

  1. Masz Marto oko do wyłapywania i uwieczniania na zdjęciach ciekawych szczegółów oraz niezwykłą lekkość opisywania otaczającego świata. Czyta się i ogląda Twój blog z ogromną przyjemnością. Iwona

    OdpowiedzUsuń
  2. Bali z obrazków widzimy w internecie, przewodnikach, Dzięki Wam poznajemy Bali takie autentyczne z "lokalsami, ich natręctwem i kulturą". Dla mnie to perełka. Zachwycam się za każdym razem tak jak Pani dwa pietra wyżej :). Pozdrawiam A.K.

    OdpowiedzUsuń