piątek, 29 maja 2015

Ktoś ukradł złoty piasek!!!

Podejrzewam, że z Bali to jest tak: lądujesz odurzony bajkowymi zdjęciami rajskich plaż, obietnicami rajsko-niskich cen, wizjami leniuchowania w hamaku z nogą dyndającą nad złocisto-pomarańczowym piaskiem. Jak król będziesz żył, all inclusive z gwarancją błękitu nad głową, lazurem fal i masażem gratis. Rowerem będziesz po tych polach ryżowych jak Julia Roberts pomykał, a wiaterek owiewał cię będzie przyjemną bryzą…. Heloł? Pobudka! Przecierasz oczy ze zdumienia, bo co jest grane?! Ktoś ukradł złoty piasek, krzyczysz paluchem w wymiętolony folder celując i z niedowierzaniem spozierając na to coś szare, jakieś brudne, chropowate. No przecież był, sam widziałem na tych wszystkich bajecznych fotkach w sieci! Ktoś poprzestawiał cyferki w cenach (i pozmieniał waluty!), dlaczego dolary, jakie dolary, rupie miały być! Rowerkiem to ty możesz pedałować, ale wokół domu, bo na drodze to walka o przetrwanie. Dlaczego tu tak upiornie gorąco?! Ogłuszająco głośno?! Dlaczego, dlaczego….???? Tak sobie tylko podejrzewam, gdybam tylko… ;P

Bo wszystko zależy od tego, z czym przyjeżdżasz. Co masz w głowie. Jakie oczekiwania sobie wyhodowałeś, dopieściłeś, jakie marzenia wymarzyłeś. Ile w twojej głowie faktycznej wiedzy i rzetelnego rozeznania w terenie, a ile własnych wyobrażeń z pogranicza jawy i snu. 

Nie mieliśmy oczekiwań. Nie mieliśmy nawet konkretnych planów. Ot tylko bazę noclegową, zaklepaną gdzieś w okolicach wczesnej rześkiej nowozelandzkiej wiosny, w obłędzie znikających błyskawicznie tanich ofert balijskich domków. Nawet nie kojarzyliśmy dokładnie, gdzie i dlaczego akurat tam. Jedyny cel – mieć jakikolwiek kąt, by nie tarabanić się z tym rocznym dobytkiem po kilkunastogodzinnej podróży. Tym sposobem wylądowaliśmy na północy Bali. Tu, gdzie docierają ci najbardziej dociekliwi, wytrwali, bywa że nieświadomi :P W porównaniu z resztą wyspy – nieliczni. Boże, jak dobrze, że właśnie tu trafiliśmy :-)

Lubię ludzi tutaj. Lubię ich życzliwość i niezmąconą pogodę ducha. Lubię obserwować ich życie, podglądać ukradkiem, jak spędzają czas po całym dniu. Śmieją się składając sieci nad brzegiem. Żartują i dyskutują popijając arak. Całymi rodzinami rozsiadają się przed domami, jedzą albo taplają się w morzu. Pozdrawiają nas z każdego zakątka. Uśmiechają się do dzieci i głaszczą je po głowach. Codziennie w tonacji znudzonego, acz pogodnego cinkciarza oferują usługi śpiewając nam nad uchem ‘dolphin watching? sarong good price?’ Niestrudzenie podsuwają nam pod nosy swoje wyroby i rękodzieła. Przypadkiem wpada mi w oko maleńka rzeźba, chwyta mnie za gardło i już ją widzę we własnym domu w jakiś zimowy wieczór, jak mi ogrzewa wspomnienia. Kupujemy i ta radość na twarzy, bo już zarobił, ile chciał. Zadziwiające, jak wiele w nich niewymuszonej pogody ducha, choć tak niewiele mają w ogóle. Ile zadowolenia z życia, choć to życie tak bardzo powtarzalne i przewidywalne. Putu, chłopak od basenu, to chodzący uśmiech, wielki banan na twarzy. Putu codziennie wpada, żeby choć chwilę pogadać. Wszystko go interesuje, jak jest u nas, jakie życie. Putu był raz na sąsiedniej Jawie. Raczej nie pojedzie dalej. Ma taki naturalny spokój w sobie. I tego spokoju, nie dręczonego nadmiarem planów i ambicji zazdroszczę im najbardziej.  

To tylko moje wrażenie i to po stosunkowo niedługim czasie. Więc może nie do końca dla kogoś przekonujące. Ale czuję podskórnie, że to, co Bali ma najlepszego do zaoferowania jest gdzieś daleko poza zatłoczonymi uliczkami, kurortami nad (mimo wszystko nielicznymi :P) złocistymi plażami. To coś, co skrywają tysiącletnie świątynie, egzotyczna przyroda, wyraziste smaki i, przede wszystkim, ludzie. Wystarczy trochę czasu, by z nimi pobyć, poobserwować. Jak codziennie z tą samą skrupulatnością tworzą koszyczki z liści bananowca składając ofiary dla bóstw, z jakim oddaniem dbają o przydomowe świątynie, pielęgnują tradycje, żyją tym, w co wierzą. I to wszystko z tym niezmąconym spokojem i pogodnym uśmiechem.


Bali moimi oczami
Foliowe worki jako latawce. I jest zabawa!
Znak obok naszego domu - na wypadek tsunami. 
Balijska moda
O co chodzi z tymi kogutami zamkniętymi w koszach i to często przy
głównej, hałaśliwej drodze? Wyszło szydło.. Walki kogutów to
popularna, choć teoretycznie nielegalna rozrywka Balijczyków
(teoretycznie, bo policja też obstawia zakłady :P). Takie praktyki mają
znieczulić koguty na hałasy i zewnętrzne bodźce.
Przejażdżka lokalnym autobusem to atrakcja sama w sobie ;-)
Którą dziś serwujemy?
Matylda wybrała homara
Bali, nie Bali, lekcje muszą być!
Fitu z nowym kolegą
Balijska młodzież codziennie daje czadu.
 Ale naprawdę chłopaki dają radę!
Dzieci to by najchętniej tylko przy rybakach tkwiły
Nasza ulubiona przekupka :-)
Z Lili przed ulubionym warungiem (restauracją)
Putu
Jedna z kilkudziesięciu współlokatorek
No kto się rano dobijał do łazienki? Siedziała pod drzwiami i czekała.
A dziś wieczorem pijemy za naszych namysłowskich
triathlonistów, którzy w ten weekend podbijają Sieraków!

niedziela, 24 maja 2015

Smaki i smaczki

Pojedliśmy. Różne lokalne rarytasy. Głównie ryby i owoce morza (ja i Matylda), męska część rodu lubuje się w pizzach i kurczakach, choć dobrym świeżym marlinem czy tuńczykiem nie pogardzi. Wszystko z dodatkiem ryżu lub makaronu, czyli nasi goreng (narodowa indonezyjska potrawa - smażony ryż, podawany z mięsem i warzywami) i mie goreng (różni się tylko tym, że zamiast ryżu, mamy makaron). Z innych nowości: deser w postaci puddingu z czarnego ryżu z mlekiem kokosowym i lodami waniliowymi (ja), sałatka ze szpinaku z pędami fasolki w ostrym sosie sambal (ja), sea food pepes, czyli owoce morza z curry, chili, imbirem i cebulką, grillowane w liściach bananowca (ja) :P Zdjęć raczej deficyt, bo to jeden z nielicznych momentów, gdy zwycięża głód, a rodzina wszczyna bunt!
Owoce morza w wersji z frytkami
Poza tym owoce. Masa dziwacznych, egzotycznych owoców. Kupujemy, próbujemy, jak smakują to wracamy po więcej. I soki świeżo wyciskane. 
Rambutan. W środku biały miąższ o smaku kwaśnym
lub słodkim. Dla nas  - jadalny :-)
No właśnie tej jednej nazwy nie pamiętam...
może ktoś kojarzy? Chyba dlatego,
że nam nie smakowały, zbyt kwaskowate
Masa odmian bananów, nawet w wersji mini. Aż niewiarygodne,
 jak różnie mogą wyglądać i smakować i w ilu postaciach
można je podawać - pieczone, smażone czy gotowane.
Mangosteen (który po otworzeniu przypomina główkę czosnku)  -
słodki, w smaku przypomina połączenie ananasa i brzoskwini;
jedzony w dużych ilościach  zapobiega podobno przedwczesnemu
starzeniu się i podnosi odporność organizmu.) 
Papaja, czyli melonowiec właściwy
Salak (w wężowej skórce) - cierpko-słodko-kwaśny
owoc o konsystencji niedojrzałej gruszki.
W środku jak przerośnięty czosnek.

Nie stronimy od lokalnych smaków. W ciągu dnia nasze żołądki muszą strawić sporo nowości – samych owoców nie sposób nie popróbować, czy zajadać się tymi, co już zostawiły dobre wrażenie na podniebieniach (a jeszcze kilka w kolejce do posmakowania). I tym sposobem ja miewam regularne wysypki w różnych miejscach ciała, a Fitu stoczył walkę z pierwszą wrogą florą bakteryjną :-( Gdziekolwiek go dopadła, to skutecznie powaliła na łopatki, bo bidulek męczył się z wysoką gorączką (i nie tylko) całą dobę. Przy temperaturach +30°C w dzień i +24°C w nocy to jest wyzwanie. W ruch poszły proszki, tabletki, coca cola i obrzydliwe liście do przeżuwania (polecone przez lokalsów) i już lepiej. Mam nadzieję, że kolejna noc będzie mniej uciążliwa. Siedzimy, gramy w karty, czytamy, odrabiamy lekcje mając toaletę na bezpieczną, komfortową odległość. Stacjonarnie. Jaszczurki bawią się w chowanego, żaby i pająki okupują prysznic, wiewiórki skaczą po bananowcach, a ostatnio na tarasie czmychnął nam przed oczami szczur. Takie smaczki ;-)
Kolega umościł się pod prysznicem

piątek, 22 maja 2015

Fifty Shades of Grey

Nie masz wyboru – chcąc nie chcąc, musisz brać udział w tej ich zwariowanej grze. Inaczej się nie da. 200.000? – może 100.000? – 150.000… etc., a kończy się na 50.000 rupii. Targujesz się o wszystko, dosłownie wszystko! Bywa to zabawne, momentami śmieszne, choć – na dłuższą metę – uciążliwe. Ale gramy, miejscowi się cieszą, witaj Polandia, już trochę kojarzą, nieco dają odetchnąć. Jednak gdy wypuściliśmy się z tej prowincjonalnej, mniej obleganej północy wyspy, gdy dotarliśmy do miejsc oblepionych turystami, to czar gry prysł. Bo wiele można rozumieć i zaakceptować, ale jeśli ktoś niemal agresywnie próbuje zedrzeć z ciebie bodaj ostatnią rupię (a najlepiej $$$), to już nie jest konieczność poszanowania odmiennej kultury, to jest ZUPEŁNY BRAK kultury. Co ciekawe, najwięksi i najbardziej nieuprzejmi naciągacze okupują większość świątyń, gdzie oprócz oficjalnych cen wstępu dochodzą różnego rodzaju dodatki. Musisz okutać się w sarong, to oczywiste – kupiliśmy, mieliśmy. Ale do tego jeszcze jakaś szarfa – nie doczytaliśmy, trzeba było zakupić (kosztowała więcej niż ten sarong). Mamy bilet, wchodzimy i surprise, surprise! Przystanek numer dwa, niby strażnik, niby bileciarz, kto go tam wie, każe uiścić datek, ofiarę, jakkolwiek to nazwać. Z założenia datki powinny być dobrowolne, ale pod nos już podsuwają zeszyt z rzekomo wpłacanymi kwotami, a tam sumy ogromne, że oczy przecieramy, pewnie zera dopisywali w wolnym czasie. My że nie chcemy datku, machamy biletami, ale to konieczność. I przewodnika wziąć konieczność, to obligation, bez niego ani rusz. Dyskusja niemiła, w końcu dobrze, to płacimy, choć nie wiemy za co, jakąś min kwotę. Oburzenie i dźganie paluchem tych zer, a my twardo, że nie, tyle dajemy i basta. Wtedy Pan każe nam już iść, na bezczelnego pytamy co z naszym przewodnikiem, bo przecież obligation, ale niewiele zrozumieliśmy z indonezyjskiego, nie brzmiało przyjaźnie, tyle że na końcu powiedział, no guide! I tyle w tym temacie. 

I pewnie byśmy zawrócili, bo cała sytuacja była tak nie na miejscu, że aż przykro. Ale to Besakih…. Zwana też Matką Świątyń, jest największą, najważniejszą i najbardziej świętą z balijskich świątyń hinduistycznych. Chcieliśmy ją zobaczyć, a rzucane za plecami obelgi, że nie mamy szacunku dla miejsca wracały do mnie co i rusz, gdy spacerowaliśmy po kompleksie 22 świątyń, połączonych schodami, tarasami, z licznymi  placykami, pagodami, dziedzińcami i ołtarzami. Wracały na widok sprzedawanych chipsów w każdym zakamarku, straganów wszędzie wokół, na szept balijskich opiekunów świątyni (?), że może błogosławieństwo – only $1! Strzepnęliśmy złe wrażenie jak uciążliwy kurz i próbowaliśmy nacieszyć się tym miejscem. A jest czym…

Położona 1.000 m n.p.m. na zboczach najwyższego balijskiego wulkanu Gunung Agung, wpisana na listę Światowego Dziedzictwa Kultury UNESCO, licząca ponad 1000 lat, Besakih zachwyca zarówno unikatową architekturą, jak i widokami na wyspę. To do niej pielgrzymują Balijczycy min raz w roku, a od 1963 roku, gdy lawa niszczycielskiej erupcji wulkanu ominęła kompleks świątyń dosłownie o metry, niemal uważana jest za miejsce cud. Pochodziliśmy, zagubiliśmy się w tych wszystkich alejkach i krużgankach, słońce paliło niemiłosiernie, uratowała nas woda z kokosa ;-) 

Gdzieś po drodze….
Świątynia Ulun Danu

Olbrzymie jezioro w kraterze wulkanu-Danau Batur w otoczeniu szczytów trzech wulkanów-Gunung Batur(1717 m.n.p.m), Gunung Abang(2153 m.n.p.m) i najwyższego Gunung Agung (3142 m.n.p.m)..
Najwyższy wulkan Gunung Agung
objeżdżaliśmy wokoło przez cały dzień
Pałac Wodny z królewskimi rezydencjami..
Upał powalił nie tylko dzieci...
Łaźnie Królewskie w Tirta Gangga...
A w nich jakieś mega ryby!
Dzieciaki na koniec wskoczyły i popływały z rybkami ;-)
Pewnie na dalekim południu są miejsca, gdzie woda jest turkusowa, plaże niebiańskie jak z obrazka, surferski raj fal. Ale są tam również tłumy ludzi (na samej tej mikro wyspie mieszka prawie tyle ludzi, co w olbrzymiej Nowej Zelandii!, a rocznie odwiedza ją kilka mln turystów), całe enklawy Rosjan, rozbawionych Australijczyków (z północy Australii to naprawdę rzut beretem) i Niemców, a przez to i ceny pewnie daleko nie-balijskie (raczej bliżej im do Nowej Zelandii). I masa naciągaczy. I głośno. I – według relacji wielu – to wersja Bali z ekskluzywnymi hotelami i zmasowaną turystyką. Nie wiem, pewnie tak jest… My, w każdym bądź razie, wracamy na swoją względnie cichą północ. Może te miasteczka, z pojedynczymi hotelami przy morzu nie zachwycają rozbudowaną infrastrukturą i co niektórzy turyści mkną szybko na południe. Może jest tu momentami zbyt dużo folkloru, mało estetycznej codzienności Balijczyków z kurami na plaży, chaotycznymi obejściami. Może te plaże nie są złoto – żółte. Nie są, bo jak zdecydowana większość plaż balijskich są pozostałościami po wulkanicznych ekscesach, z wszystkimi odcieniami szarości (jak to ujął nasz holenderski sąsiad – Fifty Shades of Grey ;-) Pozastawiane lokalnymi łódeczkami mieszkańców, skutkiem czego spacer po nich to jak bieg z przeszkodami :P Ale jest tu autentycznie. Ludzie są mili. Pamiętają cię (jasne, chwyty marketingowe opanowane :-) Zagadują. Zapraszają na wieczorne występy tradycyjnych balijskich tańców i śpiewów, przygotowanych wspólnie przez kilka rodzin. No i Lovinę, jako jedyne miejsce na całej wyspie, upodobały sobie delfiny, całe masy delfinów, które oglądasz z łódki szczęśliwego lokalsa, bo złapał klienta. Szczerzy się radośnie i częstuje nas bananami i herbatą, delfiny mkną z każdej strony łodzi, a my szczerzymy się jeszcze bardziej, bo ceny ludzkie. I w ogóle jakoś tak tutaj jest normalnie… 
Trafiliśmy przypadkiem, a cudnie było!
Balijskie dzieci są piękne! Mają niesamowite, delikatne rysy.
Fifty Shades of Grey ;-)
Prawie jak polska, tyle, że odwrotnie!
Świątynia w Lovinie. Znak wywołuje jednoznaczne
skojarzenie u większości, a na Bali jest to
symbol szczęścia i pomyślności
Wieczorne klimaty północy Bali
Kilka dodatkowych zdjęć TUTAJ