czwartek, 16 kwietnia 2015

Z pamiętnika glazurnika - część dziesiąta. OSTATNIA!


Tak właśnie, jutro idę do pracy OSTATNI RAZ. I chyba powinienem się cieszyć, sporo stresów mnie kosztowała, siwizny dodała i zwyczajnie zmęczyła - i cieszę się, naturalnie, że to już jest koniec, że w drogę ruszamy, i że do pracy swojej wrócę. Jest jednak lekki żal i smutek, że to już koniec, że zaraz w drogę ruszamy , że do pracy swojej wrócę:-) Trudno to opisać inaczej. Kiedy się patrzy wstecz widzimy wszystko coraz bardziej różowo, trudności i katastrofy, a takie miały miejsce, nabierają charakteru anegdotycznego i, paradoksalnie, zaczynam myśleć z sentymentem o pracy glazurnika/marketingowca/project managera/logistyka/szefa.... I niech tak zostanie. Było niewiarygodnie intensywnie, nuda tu u nas nie gości, mój szef potrafi w minutę wywrócić do góry nogami każdą sytuację, a śmiech ma tak zaraźliwy, że nawet jak się waliło ze wszystkich stron, to potrafiliśmy żartować i śmiać się do łez (dosłownie). 

Jedno jest pewne, dobrze się czasami wystawić na próbę, ale taką bez pasów bezpieczeństwa, kiedy musimy na nowo się zdefiniować, dowieść swojej wartości w sytuacji zupełnie nowej - jak w filmie, który niewiele osób pewnie pamięta: "Nieoczekiwana Zmiana Miejsc". Przez lata pracujemy na swoją pozycję - ludzie patrzą na nas przez pryzmat samochodu, którym jeździmy, garnituru, znajomości, tego co inni o nas mówią, dobrze lub źle i kiedy tego z dnia na dzień zabraknie, to jest to cholernie oczyszczające. Trzeba bez dobrego samochodu, garnituru, znajomości i zaplecza plotkowego udowodnić, że nie straciliśmy na wartości i zbudować swoje nowe JA z pozycji zero, czasami mniej niż zero. I patrząc na 8 miesięcy naszych zmagań, jako rodziny postawionej zupełnie na głowie, to właśnie sprawiło mi największą frajdę. Tyle rozmyślań, świat glazurniczy nie słynie z głębokich analiz więc czym prędzej je porzucam. 

Szef długo nie chciał mi uwierzyć, że wyjeżdżam - przecież gdzie mi będzie lepiej i gdzie znajdę taką super robotę? Jeszcze tydzień temu przy kolejnej rozmowie, co trzeba przed moim odlotem załatwić zapytał patrząc prosto w oczy: "Dżasek, you seriosuly going back home?" A firma w międzyczasie przechodzi przez kolejne wichury: 
- szef, sobie tylko znanymi środkami, z dnia na dzień skonfliktował się z naszym największym klientem, doprowadzając nas na skraj bankructwa z dwóch powodów, czyli wstrzymania płatności za faktury z ostatnich dwóch miesięcy oraz oczywiście braku kolejnych zleceń... 
- szef nie mając nic kupił dom:-) W sumie świetnie, inwestować najlepiej kiedy się nic nie ma. To oznacza przeniesienie biura, "dobytku" szefa i przywrócenie do  ładu słynnego domu przy 310 Ilam Rd. To tam mieścił się słynny garaż/magazyn/biuro. Nie da się opisać skali zniszczenia i chaosu. Zdjęcia obiecuję w sesjach prywatnych po powrocie
- skoro tak świetnie radzimy sobie z kaflami (hahahahaha), to firma uruchamia kolejną działalność - tynkowanie elewacji - będzie wspaniale, są nowi wspólnicy, kupi się jakieś narzędzia, będą zlecenia, będą zyski, będą..., będą... tylko mnie już tu nie będzie, uff...
- no i oczywiście serial sądowy to niekończąca się opowieść - kiedy jeden proces się kończy, to zaczyna się nowy, a szef ze spokojem zajeżdża pod sąd swoim czarnym Audi Q7, a przypominam, że od paru miesięcy nie ma prawa jazdy, i wyłguje się z każdego kolejnego oskarżenia. Brawo, tak trzymać:-)

Nie trudno przewidzieć, że będzie mi tego trochę brakowało. Mimo wszystko ja wiele się nauczyłem, poza kładzeniem kafli, niestety (to taka uwaga do tych, którzy szykują dla mnie front robót już w kraju). Lokalne firmy developerskie mogą garściami czerpać z mojego doświadczenia, za niewielką opłatą, naturalnie :P Jedyny niedosyt, to język angielski - na co dzień miałem styczność z poziomem języka, który nigdy nie przyda mi się poza barem, tanim barem. Znacznie rozbudowałem swój repertuar przekleństw angielskich, szczególnie z jednym ulubionym słowem szefa zaczynającym się na literę 'c' - taka zagadka:-) Sam Kiwi English w każdym wydaniu brzmi dla mnie brzydko - skracanie samogłosek i intonacja nienaturalnie wysoka utrudniają komunikację. To nie dla mnie, mam nadzieję, że nie wsiąkło za bardzo i szybko się wyleczę.
Kilka statystyk na koniec:
Liczba dni w pracy: 160
W tym dni urlopu: 6
Na zwolnieniu: 0
Przejechanych w pracy km: około 11.000 (Christchurch i okolice)
Położonych kafli: niewiele
Nadzorowanych kafli: wiele
Nagranych filmów: 1
Zdobytych klientów: 6
Wykonanych telefonów: około 2000
Przygotowanych wycen: 78
Łączna wartość wycen: $1.846.795,00
Liczba wizyt w sądzie: 4
Liczba zjedzonych w pracy bułek: 311
Liczba dni do powrotu:-) 58

Jak widać Fiory dały radę, razem i każde z nas osobno - bez samochodu, garnituru, znajomości czy zaplecza plotkowego, - i nie ukrywam bardzo jestem z nas dumny. See you at home, mates :-)

5 komentarzy:

  1. Panie Jacku, proszę o tom drugi: "Z pamiętnika podróżnika"! Świetnie się pańskie posty czyta. A szef ubawił mnie do łez... chyba w Polsce był na praktykach ;)

    OdpowiedzUsuń
  2. Teksty świetne, każdą część pamiętnika czytałam jednym tchem. Podziwiam i pozdrawiam. DP

    OdpowiedzUsuń
  3. Niesamowita praco-przygoda :). I z takim uśmiechem i dystansem trzeba do wielu spraw w życiu podchodzić. A z tą tęsknotą to tak jak już kiedyś napisałam, że dopiero teraz dociera że jest i będzie. To kawał czasu..., emocji, przeżyć które na zawsze pozostaną w Waszych sercach. A.K.

    OdpowiedzUsuń
  4. Szef mi zaimponował optymizmem :-) kupić dom będąc na skraju bankructwa - luzak nieprzeciętny, i ta wiara w przyszłe zyski .... Pocieszające może być, że nie jesteśmy jedyni w lekceważeniu przepisów i sądu, nie jest u nas tak źle.

    OdpowiedzUsuń