poniedziałek, 6 kwietnia 2015

Wielkanocne gofry, tasmańskie diabły i ptaki, co zapomniały, jak latać

Nasze dzieci biegające z duńskimi przyjaciółmi w poszukiwaniu czekoladowych jajek. Polsko-duńsko-angielskie okrzyki zachwytu. Wiele nie trzeba, a dla nich tyle radości :-) Potem kawa i gofry w wykonaniu Petera. Taki wielkanocny poranek w Nowej Zelandii ;-)


Z Klarą i Oskarem. Zdj.: Tina Andersen
Zdj.: Tina Andersen
Zdj.: Tina Andersen
Zdj.: Tina Andersen
Zdj.: Tina Andersen
Podział łupu. Zdj.: Tina Andersen
Zdj.: Tina Andersen
Wielkanoc w wydaniu Kiwi można podsumować następująco: kulinarnie prym wiodą czekoladowe jajka i króliki oraz hot cross buns - rodzaj angielskich słodkich bułek z rodzynkami, suma summarum uczta dla podniebienia :P; masowe imprezy z tematem przewodnim egg hunting (polowanie na jajka) – żeby nie było, wszystkie płatne i to nie tak mało :-(; Wielkanoc ma tu charakter zbliżony do polskiego długiego weekendu, więc Kiwi spędzają go kempingując, piknikując, imprezując. Religijny charakter świąt raczej trudno wyczuwalny. Choć stojąc przy kasie w sklepie oglądałam wywieszone kolorowanki dzieci i wszystkie pobiła ta z hasłem:



Jesus rules! I wszystko jasne ;-)

W ramach zajączkowej niespodzianki zabraliśmy dzieci do Orana Wildlife Park, coś na kształt parku safari z zarówno dzikimi zwierzętami (imponująca ilość lwów), jak i typowymi przedstawicielami nowozelandzkiej fauny. Nie zabrakło owiec (sic!), papug Kea, jaszczuropodobnej tuatara i, oczywiście, kiwi. Wszystko na rozległych hektarach poza miastem. 
Karmienie żyraf nie lada atrakcją
Ależ one mają rzęsy! Jak w bajkach :-)
Świnia Kune kune  (znana również jako Maori świnia) -
zachwyca swoją brzydotą ;-)
Diabeł tasmański w opisie ma takie rarytasy: charakterystyczny
dla niego jest niesympatyczny zapach, gdy jest
przestraszony, głośne wrzaski (stąd nazwa) i zawziętość
w czasie pożywiania się - pożera swoje ofiary wraz z zębami (Wik.).
 A taki niby niepozorny....
Ma największą siłę zgryzu w stosunku do masy
ciała wśród żyjących ssaków
W Orana Park w zeszłym roku urodziły się cztery gepardy.
Hatteria (tuatara)- jedyny dziś na świecie przedstawiciel
gadów ryjogłowych, żyjących w czasach dinozaurów.
Źr.: Wikipedia
Co ciekawe, zanim Maorysi dotarli do Nowej Zelandii na swoich łódkach nie było tu żadnych ssaków, oprócz dwóch gatunków nietoperzy! Tylko ptaki. Masa różnorodnych ptaków (obecnie szacuje się, że 87% to gatunki endemiczne, czyli występujące tylko w Nowej Zelandii). Jak to bywa w kruchych, odizolowanych od reszty świata ekosystemach, ptaki ewoluowały w naiwnym przekonaniu, że można bezpiecznie spacerować po ziemi, a skrzydła z czasem zaczęły służyć głównie do ozdoby. Skutek tego taki, że większość nielotów jest dziś na granicy wymarcia, gdyż sprowadzone przez Maorysów psy i szczury oraz przez białych inne drapieżniki (w tym koty, gronostaje, australijskie pałanki kuzu) znacznie namieszały w nowozelandzkim ekosystemie. Olbrzymi, prawie 4-metrowy nielot moa (wybity prawie do ostatniej sztuki przez Maorysów) oraz najcięższy znany orzeł Haasta (którego głównym pożywieniem był właśnie moa) już dawno odeszły w zapomnienie. Ostały się w znikomych ilościach takahe, jedyna nielatająca papuga Kakapo, o nieśmiałym, płochliwym kiwi nie wspominając. Pingwinom bardziej się pofarciło, choć w ich przypadku największym zagrożeniem okazał się człowiek, niestety. Radzą sobie jakoś również rodzime kuraki w postaci weki i pukeko (modrzyk inaczej) – tych widzimy często i gęsto.  
Moa już tylko w wyobrażeniach. Źr.: SameerPrehistorica
Takahe z rodziny chruścieli, skrajnie zagrożony wyginięciem -
w 2006 r. żyło 313 osobników.
Podobny z wyglądu do pukeko.
Źr.: www.konicaminolta.com
Kakapo - rodzima i endemiczna papuga Nowej Zelandii.
Jedyny nielotny, a zarazem najcięższy gatunek
papugi na świecie. Źr.: ibc.lynxeds.com
Kończąc rozważania ptasio-zwierzęce. Nowa Zelandia, w porównaniu z sąsiadką Australią, jest bezpiecznym, wolnym od wszelkich jadowitych stworzeń krajem (ponoć istnieje jeden rodzaj jadowitego pająka, ale to rzadko spotykany ewenement). Wolnym również od upierdliwych komarów. Są sandflies, boleśnie gryzące muszki, ale w niektórych regionach i raczej niska to cena za takie krajobrazy. Poza tym względny spokój i cisza. I tylko śpiew ptaków, gdy spacerujesz starymi lasami. Nic nie bzyczy. Prawie nic nie kąsa. Nie łypie zza krzaka. Aż momentami nierealne… 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz