czwartek, 23 kwietnia 2015

Tory donikąd

Zachodnie Wybrzeże, określane przez lata jako surowe, niegościnne i dzikie, swój okres świetności przeżywało w latach sześćdziesiątych XIX wieku, gdy nawiedzili je licznie kopacze złota, karczując gęsty busz i tworząc naprędce osady górnicze. Złoto szybko się jednak skończyło i po spektakularnych 5 minutach na krajowej scenie Wybrzeże na nowo osiadło na dnie niepamięci narodowej, ratując desperacko swój honor przerzuceniem się na wydobycie węgla kamiennego. Pozostałościami po latach prosperity są upiornie opustoszałe mieściny, zapomniane przez ludzi, zatrzymane w jakiejś odległej czasoprzestrzeni. Wydaje się, że wszystkie te chatynki, kolonialne domeczki ze strupami odchodzącej farby, obdartymi kanapami na werandach stoją nieruszone od momentu budowy. Pranie wisi, ktoś siedzi na schodach, więc nadal zamieszkane. Ale jakby nietknięte przez żaden racjonalny odruch naprawy, ulepszenia, dobudowania – tak sobie egzystują i obumierają z upływającym czasem. Do tego kopalnie-relikty, tory wiodące donikąd, wagony pozostawione jakby w środku pracy, teraz porosłe już mchem. Na potrzeby turystyki tworzone są repliki miasteczek rodem z Dzikiego Zachodu, jak chociażby Shantytown, gdzie za odpowiednią opłatą wczujesz się w klimat gorączki złota. Moim skromnym zdaniem większą frajdę sprawi wybranie się na któryś z darmowych szlaków, ukrytych w wąwozach, goniących duchy przeszłości dawną trasą kopalnianą. W drodze do nich mijasz te dawne osady pogrążone w letargu i podskórnie czujesz, jak kiedyś musiało tu pulsować życie. 

Charming Creek Walkway to właśnie jeden z tych szlaków, który naturalnie wskrzesza miniony czas. Biegnie wzdłuż trasy kolejki górniczej transportującej niegdyś węgiel i drewno. Zardzewiałe tory co rusz gubią się w gęstej roślinności, urywają nad przepaścią lub nikną w ciemnych, wilgotnych tunelach. Co jakiś czas zza krzaków straszą wraki wagonów, resztki młynów, zeżarte przez rdzę porzucone części nie wiadomo czego. Fanami górniczo-pionierskiej historii to my raczej nie jesteśmy, choć przyznaję szczerze, że tutejszy kult zahartowanych twardzieli, co to życie chwytają za gardło robi wrażenie. Ale jeśli te szkielety zamierzchłej przeszłości oprawione są w soczysto-zieloną bujną roślinność rodem z ‘Awatara’ porastającą dziki wąwóz, jeśli za kolejnym zakrętem torów znajdujesz oszałamiający wodospad, most linowy zawieszony nad rwącą rzeką, jeśli idziesz w tych pięknych okolicznościach przyrody i przez godziny nie spotykasz żywej duszy, to… czy warto? 

Po wczorajszym całodziennym malowaniu tarasu dzisiejszy szlak torami donikąd był miłą odmianą. Słońce świeciło, muszki gryzły jak wściekłe, a my maszerowaliśmy z niekłamaną przyjemnością. Było cicho, byliśmy sami i jedynie ciekawskie ptaszki co jakiś czas się do nas przyklejały, zaczepnie podfruwając prawie pod sam nos. Lubimy ten niedostępny Zachód, bardzo lubimy. To dla nas esencja Nowej Zelandii. Jego dzikość, poszarpana linia brzegowa z mnóstwem szerokich odludnych plaż, ukrytych zatoczek, strzelistych skał, jego stare gęste lasy, surowe krajobrazy odcięte od reszty wyspy łańcuchem Alp. Dodaj do tego lodowce zahaczające jęzorami o lasy deszczowe, bajeczne fiordy… Czego chcieć więcej? A że pada często? A niby skąd ta bujna roślinność tutaj?! ;-) 

Wschodnie poukładane, spokojne wybrzeże (z nielicznymi wyjątkami) w porównaniu z nieokiełznanym, postrzępionym zachodem jest jak kółko haftujących wiejskich gospodyń do hardych babek pociskających z kijkami nordic walking (nie umniejszając gospodyniom ;-) Może brakuje tu momentami infrastruktury turystycznej, może warto by było ożywić co niektóre rejony, ale dla nas największy urok ma właśnie ta dzikość, niedostępność. To bycie poza główną arterią, co narzuca dodatkowy wysiłek, żeby dotrzeć do wielu miejsc. Nadrobić te …dziesiąt kilometrów i w zamian móc w samotności, bez tłumów depczących sobie po piętach powłóczyć się po lasach i nacieszyć widokami, które zostają w tobie na lata. Nie da się całkowicie uciec od popularnych skomercjalizowanych miejsc (z czegoś gospodarka NZ też musi czerpać), ale póki są jeszcze te na uboczu, mało znane, dzikie, nie zadeptane zakamarki, warto, naprawdę warto się w nie zapuścić. Pójść mało uczęszczanymi szlakami, zagubić się w malowniczych wąwozach i przez chwilę uwierzyć, że są jeszcze miejsca na Ziemi, których człowiek nie zdołał całkowicie ‘uczłowieczyć’. 


Takimi drogami to aż chce się tutaj jeździć!
W drodze zboczyliśmy na krótki szlak Truman Track
wiodący przez las subtropikalny
Dzieci wygrzebały takie cuda w trawie
Na końcu tego krótkiego szlaku bajeczne widoki -
plaża (z formacją - butem w tle, wg dzieci) i
falami rozbijającymi się  spektakularnie o skały
I można tak siedzieć, i siedzieć... i gapić się, i o niczym nie myśleć..
Ostrzegam - skutecznie uzależniające.
Z bułą w dłoni gotowy na nowe wyzwanie!
Wachlarzówka - taki Kiwi ptaszek co nas zadziornie
przez pół szlaku zaczepiał
Tory donikąd
Filip właśnie wyłowił wzrokiem wodospad ;-)
Cmentarze, na których nie ma współczesnych nagrobków...
Jakby nikt o nie nie dbał...
I, ku naszemu (i owiec jak widać), zdumieniu taka
chyba forma strzyżenia trawy na cmentarzu
Na koniec dnia wyjątkowo rarytasy w restauracji, która stanowi
osobny rozdział w naszej NZ historii. Trzy nieudane, dramatyczne
próby (w tym jedna z polską ekipą), histeria na granicy głodu
i takie tam... ale przynajmniej smakowało wybornie!
 No i widok z okna...


Przy dobrych wiatrach WIĘCEJ ZDJĘĆ niebawem TUTAJ :-)

2 komentarze:

  1. Urok..., magia tych miejsc i szum oceanu - bezcenne za wszystko inne zapłacisz kartą :) Jesteście niesamowici w odkrywaniu NZ, Myślę że większość Kiwi nigdy nie zobaczy tego co Wy zwiedziliście w ciągu tego roku. A.K.

    OdpowiedzUsuń
  2. Bardzo klimatyczny ten szlak i te tory, które tchną nostalgią. Ech pięknie, jak ja mam się teraz na pracy skupić?

    OdpowiedzUsuń