środa, 29 kwietnia 2015

Śladami Tasmana

Pierwsze dni życia w drodze za nami. Dzieciom bardzo podoba się ‘nowy tymczasowy dom’, nam też, choć gdy w pierwszy wieczór zaczął przeciekać prysznic to jakoś trochę mniej. Przestrzeni w nim sporo, wcześniejsze lęki jak my się tam pomieścimy z całym ‘dobytkiem’ bezpodstawne, a rześkie noce sprawiają, że i budzik przestaje być niezbędny, bo rano marzysz nie tyle o przewróceniu się na drugi bok, ile o gorącej herbacie :P  Rozpędzamy się tym olbrzymem max do 80km/h, bo więcej i tak nie da rady. W drodze napotkaliśmy kilka starszych modeli kamperów przycupniętych przy domkach, wyglądem przypominających ten z drogi eksplorowanej z Pawłem. I taka nas naszła myśl, że ta kultura kamperowania jest tutaj nie tylko wszechobecna, ale również sięgająca wstecz o dobrych kilkanaście pokoleń. Nie wakacje w jednym miejscu, ale bycie w drodze, przemieszczanie się. To ciekawe, inne od tego, co zazwyczaj jest kojarzone z urlopem. Nam, póki co, bardzo się podoba ta wolność wyboru, w którą stronę pojechać, to bycie w ruchu bez uciążliwego pakowania i rozpakowywania. Kilkanaście dni jeszcze przed nami, więc wrażeń pewnie przybędzie.

Tymczasem dotarliśmy na północ Wyspy Południowej – do Parku Narodowego Abla Tasmana. Biedny Holender, choć jako pierwszy Europejczyk zobaczył Nową Zelandię w XVII w., to po potyczce z Maorysami szybko podniósł kotwicę i miano odkrywcy tego lądu przechwycił sto lat później Brytyjczyk James Cook. Abel Tasman dorobił się przynajmniej własnego parku narodowego ( i to przepięknego!), plus morze po zachodniej stronie. Jak dorzucić do tego australijską wyspę, Tasmanię, to w sumie tak źle na tym nie wyszedł. No, James Cook ma Mt Cook, więc wyżej tu nie podskoczysz, ale sprawiedliwości zadość;-)

Tyle w ramach historycznego rysu. Park Narodowy Abla Tasmana kojarzył się nam głównie ze zdjęciami złotych plaż, lagun, wapiennymi wzgórzami i niekończącymi się połaciami lasów schodzących niemal do samego morza. Przez park biegnie jeden z kilkudniowych szlaków (Great Walks). Jest o tyle wyjątkowy, że jako jedyny przebiega wzdłuż nadmorskiego wybrzeża, łącząc w sobie górskie wędrowanie oraz możliwość skorzystania z morskiej kąpieli czy odpoczynku na plaży. Nie mając już tyle czasu i możliwości na kilkudniowy trekking wybraliśmy jednodniowy odcinek tego szlaku – 12 km pieszo, a z powrotem taksówka wodna, czyli park z dwóch różnych perspektyw. Trasa przez gęste lasy porastające wzgórza, a co jakiś czas zejścia do ukrytych zatok w kształcie półksiężyca z niemalże pomarańczowo-złotym piaskiem. Momentami plaże przechodziły nagle w ściany soczyście zielonych lasów. Do tego wysepki rozrzucone wzdłuż linii brzegowej, które mogliśmy obejrzeć z wodnej taksówki. Pogoda dopisała, humory też i nawet późniejsze godzinne czekanie w punkcie serwisowym kamperów, gdy pan udawał, że zna się na usterce i umie ją naprawić (nie umiał) nie popsuło nam humorów. No może nastąpiła mała ‘zwiecha’, ale nieistotna ;-) 

Goniąc darmowe WiFi, chcąc nie chcąc, lądujemy w MacDonald’s, dzieci uchachane, my przed ekranami próbujemy dobić się na chwilę do cywilizacji. W ramach wieczornej kąpieli basen w Nelson – doceniamy każdy gorący prysznic! Jutro żegnamy się z Wyspą Południową (jakoś nas trochę ściska w gardle…) i porannym promem do Wellington. To be continued…


Nasza 'bryka' ;-)
W drodze na północ zahaczyliśmy o Park Narodowy Jezior Nelson
I była przygoda z przeprawą przez potok
Początek szlaku w Parku Abla Tasmana,..
...który słynie z piaszczystych, złotych plaż
No to doszliśmy :-)
Co niektórzy skusili się na mini-kąpiel!
Z perspektywy taksówki wodnej
Gromada ciekawskich małych fok
Ciekawy sposób wodowania taksówek wodnych!

Kilka dodatkowych zdjęć TUTAJ.

niedziela, 26 kwietnia 2015

Być jak....?

Pawła poznaliśmy kilka tygodni temu. Chwilowo mieszka i żyje w Christchurch. Chwilowo, bo sam w sumie nie jest pewien, gdzie później. Tyle możliwości, tyle opcji. Tyle chęci, żeby jeszcze przeżyć i zobaczyć wiele. Słucham jego opowieści prawie z rozdziawioną buzią. O wszystkich tych kilkudziesięciu krajach, w których już był (taka niewinna dygresja – jest od nas młodszy o 10 lat!). O tym, skąd się wziął i dlaczego jest dumny z bycia Ślązakiem. O tym, skąd się bierze ta odwaga do odkrywania świata, choć wzorców i możliwości finansowych w ilościach śladowych było. O tym, że czasem o naszych wyborach decyduje spotkanie innego człowieka i jego energia, co jest w stanie pchnąć kilkoro do przodu. Czasem wystarczy ten jeden właściwy człowiek, którego spotkasz/posłuchasz*/przeczytasz. Człowiek, który poklepie po plecach i wskaże kierunek. I to już tylko Twój wybór, w którą stronę pójdziesz i czy dalej będziesz drążył temat.

Gdybym miała określić Pawła jednym słowem byłoby to – autentyczny. W tym co robi i jak to robi. Po zwiedzeniu sporej części świata mógłby chwalić się na prawo i lewo, mógłby zasypać swój profil setkami zdjęć. A On zazwyczaj zapomina, że w ogóle można zdjęcie zrobić (takiej beztroski to Mu akurat trochę zazdroszczę ;-) Lubię ludzi, którzy potrafią cieszyć się miejscami taką dziecięcą autentyczną radością. Bez niepotrzebnego spinania się, bez szczegółowych planów, bez poczucia, że jeśli ja tu wszystkiego nie ogarnę to w ogóle bez sensu ta podróż… Bez tego wszystkiego, co czasem muszę mozolnie, choć z coraz lepszym skutkiem w sobie zwalczać. Lubię ludzi, którzy lubią to, co robią. Z tysiącem przedziwnych, nietuzinkowych scenariuszy na przyszłość w głowie. Którzy wyskakują z kolein i idą pod prąd, a do tego wcale nie mają w głowie, że oto ja tu taki wyjątkowy jestem! Lubię takich pozytywnych, otwartych ludzi, z którymi rozmowy buzują mi później długo w głowie. Lubię ludzi autentycznych.

Paweł odwiedził nas na Zachodzie i spędziliśmy razem weekend na zaglądaniu w nasze ulubione zakamarki, eksplorowaniu w stylu Pawła, czyli podążanie nieznaną, kuszącą drogą, na końcu której znaleźć można różne cuda, oj można! Na graniu w karty i wysłuchiwaniu dzieci, które chcą być jak Paweł - tak samo eksplorować i tak samo szaleć autem po plaży ;-) guess who? :P Dzieci w Pawle zakochane, wyściskały Go na koniec, a teraz jęczą mi, że dlaczego tak późno Go poznaliśmy. Fajnie, że w ogóle, mówię im. No fajnie :-)

Siedzimy sobie teraz we troje – dzieci i ja w chatce nad wzburzonym i sinym dziś Morzem Tasmana. Jacek pognał do Christchurch odebrać kamper i jutro wielkie pakowanie. W kominku się pali, za oknem wichura, zaraz ruszamy w drogę…
A za 48 dni… ;-)
Nowe miejsce odkryte dzięki www.nzfrenzy.com,
o którym więcej innym razem
Ukrytych, zatopionych w swoim świecie....
...kilka chatek, w których mieszkają żywotni staruszkowie
Jedna czeka na Ciebie, Jo :-)
Własna plaża i codzienna dostawa drewna prawie pod sam próg!
A wokół tajemnicze jaskinie Maorysów, skały w kształcie... słonia?
Dopiero widać gabaryty!
W sobotę Kiwi świętowali Anzac Day, wspominając żołnierzy
poległych w I wojnie światowej, głównie w Turcji.
Maki i te ciasteczka (pyszne) to symbole święta.
 
Zadziwiające, co fale potrafią wydrążyć. Ile to czasu, ile uporu..?
Uwielbiamy plaże pokryte tymi drobnymi kamyczkami
Paweł-zapalony żeglarz pokazał nam skuteczny
sposób na rozochocone dzieci :P
Do startu gotowi...
Naleśniki po raz ostatni
Filip i jego nowy guru ;-)
A to my sobie jesteśmy ;-)
Ktoś nam się trochę wyeksploatował
Kto się darł najgłośniej, no kto?!
Takie cudo na końcu drogi eksplorowanej z Pawłem.
 Takie i wiele innych.


* ot, jedna z inspiracji... 

czwartek, 23 kwietnia 2015

Tory donikąd

Zachodnie Wybrzeże, określane przez lata jako surowe, niegościnne i dzikie, swój okres świetności przeżywało w latach sześćdziesiątych XIX wieku, gdy nawiedzili je licznie kopacze złota, karczując gęsty busz i tworząc naprędce osady górnicze. Złoto szybko się jednak skończyło i po spektakularnych 5 minutach na krajowej scenie Wybrzeże na nowo osiadło na dnie niepamięci narodowej, ratując desperacko swój honor przerzuceniem się na wydobycie węgla kamiennego. Pozostałościami po latach prosperity są upiornie opustoszałe mieściny, zapomniane przez ludzi, zatrzymane w jakiejś odległej czasoprzestrzeni. Wydaje się, że wszystkie te chatynki, kolonialne domeczki ze strupami odchodzącej farby, obdartymi kanapami na werandach stoją nieruszone od momentu budowy. Pranie wisi, ktoś siedzi na schodach, więc nadal zamieszkane. Ale jakby nietknięte przez żaden racjonalny odruch naprawy, ulepszenia, dobudowania – tak sobie egzystują i obumierają z upływającym czasem. Do tego kopalnie-relikty, tory wiodące donikąd, wagony pozostawione jakby w środku pracy, teraz porosłe już mchem. Na potrzeby turystyki tworzone są repliki miasteczek rodem z Dzikiego Zachodu, jak chociażby Shantytown, gdzie za odpowiednią opłatą wczujesz się w klimat gorączki złota. Moim skromnym zdaniem większą frajdę sprawi wybranie się na któryś z darmowych szlaków, ukrytych w wąwozach, goniących duchy przeszłości dawną trasą kopalnianą. W drodze do nich mijasz te dawne osady pogrążone w letargu i podskórnie czujesz, jak kiedyś musiało tu pulsować życie. 

Charming Creek Walkway to właśnie jeden z tych szlaków, który naturalnie wskrzesza miniony czas. Biegnie wzdłuż trasy kolejki górniczej transportującej niegdyś węgiel i drewno. Zardzewiałe tory co rusz gubią się w gęstej roślinności, urywają nad przepaścią lub nikną w ciemnych, wilgotnych tunelach. Co jakiś czas zza krzaków straszą wraki wagonów, resztki młynów, zeżarte przez rdzę porzucone części nie wiadomo czego. Fanami górniczo-pionierskiej historii to my raczej nie jesteśmy, choć przyznaję szczerze, że tutejszy kult zahartowanych twardzieli, co to życie chwytają za gardło robi wrażenie. Ale jeśli te szkielety zamierzchłej przeszłości oprawione są w soczysto-zieloną bujną roślinność rodem z ‘Awatara’ porastającą dziki wąwóz, jeśli za kolejnym zakrętem torów znajdujesz oszałamiający wodospad, most linowy zawieszony nad rwącą rzeką, jeśli idziesz w tych pięknych okolicznościach przyrody i przez godziny nie spotykasz żywej duszy, to… czy warto? 

Po wczorajszym całodziennym malowaniu tarasu dzisiejszy szlak torami donikąd był miłą odmianą. Słońce świeciło, muszki gryzły jak wściekłe, a my maszerowaliśmy z niekłamaną przyjemnością. Było cicho, byliśmy sami i jedynie ciekawskie ptaszki co jakiś czas się do nas przyklejały, zaczepnie podfruwając prawie pod sam nos. Lubimy ten niedostępny Zachód, bardzo lubimy. To dla nas esencja Nowej Zelandii. Jego dzikość, poszarpana linia brzegowa z mnóstwem szerokich odludnych plaż, ukrytych zatoczek, strzelistych skał, jego stare gęste lasy, surowe krajobrazy odcięte od reszty wyspy łańcuchem Alp. Dodaj do tego lodowce zahaczające jęzorami o lasy deszczowe, bajeczne fiordy… Czego chcieć więcej? A że pada często? A niby skąd ta bujna roślinność tutaj?! ;-) 

Wschodnie poukładane, spokojne wybrzeże (z nielicznymi wyjątkami) w porównaniu z nieokiełznanym, postrzępionym zachodem jest jak kółko haftujących wiejskich gospodyń do hardych babek pociskających z kijkami nordic walking (nie umniejszając gospodyniom ;-) Może brakuje tu momentami infrastruktury turystycznej, może warto by było ożywić co niektóre rejony, ale dla nas największy urok ma właśnie ta dzikość, niedostępność. To bycie poza główną arterią, co narzuca dodatkowy wysiłek, żeby dotrzeć do wielu miejsc. Nadrobić te …dziesiąt kilometrów i w zamian móc w samotności, bez tłumów depczących sobie po piętach powłóczyć się po lasach i nacieszyć widokami, które zostają w tobie na lata. Nie da się całkowicie uciec od popularnych skomercjalizowanych miejsc (z czegoś gospodarka NZ też musi czerpać), ale póki są jeszcze te na uboczu, mało znane, dzikie, nie zadeptane zakamarki, warto, naprawdę warto się w nie zapuścić. Pójść mało uczęszczanymi szlakami, zagubić się w malowniczych wąwozach i przez chwilę uwierzyć, że są jeszcze miejsca na Ziemi, których człowiek nie zdołał całkowicie ‘uczłowieczyć’. 


Takimi drogami to aż chce się tutaj jeździć!
W drodze zboczyliśmy na krótki szlak Truman Track
wiodący przez las subtropikalny
Dzieci wygrzebały takie cuda w trawie
Na końcu tego krótkiego szlaku bajeczne widoki -
plaża (z formacją - butem w tle, wg dzieci) i
falami rozbijającymi się  spektakularnie o skały
I można tak siedzieć, i siedzieć... i gapić się, i o niczym nie myśleć..
Ostrzegam - skutecznie uzależniające.
Z bułą w dłoni gotowy na nowe wyzwanie!
Wachlarzówka - taki Kiwi ptaszek co nas zadziornie
przez pół szlaku zaczepiał
Tory donikąd
Filip właśnie wyłowił wzrokiem wodospad ;-)
Cmentarze, na których nie ma współczesnych nagrobków...
Jakby nikt o nie nie dbał...
I, ku naszemu (i owiec jak widać), zdumieniu taka
chyba forma strzyżenia trawy na cmentarzu
Na koniec dnia wyjątkowo rarytasy w restauracji, która stanowi
osobny rozdział w naszej NZ historii. Trzy nieudane, dramatyczne
próby (w tym jedna z polską ekipą), histeria na granicy głodu
i takie tam... ale przynajmniej smakowało wybornie!
 No i widok z okna...


Przy dobrych wiatrach WIĘCEJ ZDJĘĆ niebawem TUTAJ :-)