niedziela, 15 marca 2015

Robale, turkus i Mad Max

Jedno trzeba przyznać – Nowozelandczycy potrafią się bawić! Bez skrępowania, bez zahamowań, na totalnym luzie. I przy każdej możliwej okazji uwielbiają się przebierać ;-) A wyobraźni im nie brakuje. Sobotni Wildfoods Festiwal, czyli Festiwal Dzikiego Jedzenia to (jak ktoś to fajnie ujął)  kulinarny odpowiednik skoku na bungy, jak również szansa, by pokazać się od jak najbardziej szalonej, obcesowej, oryginalnej strony. Corocznie przybywają na niego tysiące kolorowych, nietuzinkowych amatorów jedzenia z buszu i dobrej zabawy, a małe zachodnie miasteczko Hokitika zamienia się w jedno wielkie pole kempingowe. Specjały serwowane podczas festiwalu to między innymi: ślimaki morskie, trufle z dżdżownic, lody z larw os, pełny zestaw jąder, pędraki huhu (jedzone oczywiście na żywo;  przysmak Maorysów), mięso z kangura lub krokodyla (to stanowisko Australijczyków), smażone lub żywe świerszcze, robaki zapiekane w cieście oraz bardziej konwencjonalne regionalne dania. Na lepsze trawienie proponowane są trunki wszelkiej maści, w tym lokalne wino manuka lub z janowca. 


Ślimaczki ;-)
Jak smakuje barani mózg? 
To wiedzą tylko dzieciaki :P
Małże i ostrygi na wszelkie sposoby
Punkt, gdzie za darmo możesz wysmarować się kremem z filtrem
Pomysłowość niektórych przebrań zadziwiająca
Kto się skusi na żywego pędraka?
Filip pożuł i ... wypluł ;-)
I tak naprawdę bohaterem rodziny została... Matylda! Jako jedyna zdołała przełknąć ten specjał!

Świerszcze żywe, zapiekane, w czekoladzie...
Larwy wygrzebywane prosto z drewna
Wiek naprawdę nie miał znaczenia...
wszyscy bawili się bez żadnego skrępowania

Popróbowaliśmy, przetrawiliśmy i w miarę niekontrolowanego rozkręcania się imprezy ewakuowaliśmy się z dziatwą na łono natury. Najpierw na chwilę na plażę, która jest wyjątkowo agresywnie podgryzana przez Morze Tasmana. Jego wściekłe fale wyrzucają regularnie stosy drewna, przez co plaża (mająca na dodatek ciemny piach) wygląda dosyć demonicznie. Dodatkową atrakcją były pozostałości po festiwalu figur tworzonych z drewna. 


Kamper a las Kiwi ;-) - w środku wersalka
Taki ciekawy mebel z kamienia na pamiątkę zmarłej pary

Wokół miasteczka, jak zresztą prawie wszędzie w NZ, masa malowniczych miejsc, szlaków, jezior, zakątków. Jak planujesz jakąś trasę to dodaj do tego liczne przystanki, które i tak zaliczysz po drodze. Nie da się dojechać prosto do celu :P Z mapą okolicy jeździliśmy zatrzymując się tu i tam, a w każdym miejscu było nieziemsko pięknie. Dotarliśmy w końcu do ukrytego już na przedgórzu wąwozu zwanego Hokitika Gorge, który według obietnic miał zachwycić swoim położeniem i kolorem rzeki. I zachwycił! Nie tylko nas, bo tłoczno tam było – jak na warunki NZ. 

Jak się okazało co niektórzy śmiałkowie przyjeżdżają tam, żeby skoczyć do tej oszałamiająco turkusowej wody z kilkumetrowej skały. I jak się tak napatrzyłam i upewniłam, że bezpiecznie to sama nabrałam ochoty ;-) Poprzebierałam nogami, kilkanaście razy powtórzyłam sobie w duchu – no dawaj, dawaj i poszło. 


Od razu uprzedzam, gracji w tym za grosz nie ma, bo nogi dygotały i jakoś ciężko się było skupić na spektakularnym wykonaniu :P A jeszcze operator kamery na kilka sekund przed krzyczy z dołu, że (pi pi pi), gdzie ten cholerny przycisk w aparacie?!!! Summa summarum, wylądowałam w pozycji na plaskacza i spektakularne to ja mam teraz siniaki na udach! Ale pierwsze koty za płoty, a chęci dużo jest :-) Skok jak skok, ale dopłynięcie do brzegu w wartkim nurcie i tak lodowatej wodzie, że ledwo kończynami ruszasz to już osobne wyzwanie. 



Dzieci też nabrały ochoty i w drodze powrotnej zatrzymaliśmy się nad Jeziorem Kaniere, gdzie uskuteczniły skoki z pomostu. 


Ale zimna!!!!
Wieczorem Hokitika była już jedną szaloną imprezą. Plaża zamieniła się w wielki biwak z dziesiątkami ognisk, co Jackowi skojarzyło się z atmosferą z filmu ‘Mad Max’. Było już naprawdę dziko! Więc tylko zachód słońca i ruszyliśmy z powrotem, bo dzień długi, pełen wrażeń i siły już na rezerwie. 
I już w drodze do domu
Więcej zdjęć TUTAJ :-)

11 komentarzy:

  1. Szacun dla Matyldy! Świetna zabawa z patykami na plaży - takie proste a takie genialne. Przebrania Kiwi rozbrajające- rzeczywiście potrafią się bawić. Iwona

    OdpowiedzUsuń
  2. Reakcje Hani i Heli na powyższy wpis:
    1. Oj, nasza koleżanka zjadła robala!!!
    2. Na skok Mart- O BOŻE!!!
    Pytania dziewczynek:
    1. Czy Matyldzie smakował robal?
    2. Na jaki robalowy przysmak skusił się Pan Jacek?
    3. Czy Pani Marta nie bała się skoczyć?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Odpowiedzi:
      1. mięsisty... :P Poza tym połykała jak najszybciej, więc trudno powiedzieć ;-)
      2. Pan Jacek skusił się na... hot doga ;-) W rodzinnych rankingach kulinarnych ekscesów wypada najsłabiej :P
      3. Bała się, a jakże! Ale to takie kolejne ukryte marzenie było :-)

      Usuń
    2. Heli reakcja na odpowiedź Matyldy-Uff :) Bała się, że Matysia zasamkowała w robalach ;) Informuje również, że dzięki Helenie o wyczynie Matyldy dowiadują się osoby, które nie mają przyjemności czytać bloga. Hela z dumą się chwali-"A moja koleżanka zjadła robala!"

      Usuń
  3. A z mojej strony propozycja-może choć jeden wpis napisałyby dzieci? Hmmm ciekawe o czym najchętniej by opowiedziały...?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Tak, oczywiście! Myślałam kiedyś o tym i gdzieś umknęło... To nie tak, ze ja tu innych do klawiatury nie dopuszczam ;-) czasem właśnie chciałabym, żeby więcej wkładu rodziny było.
      Dzięki za przypomnienie. Dziś zmobilizuję Filipa - porobił sam trochę zdjęć w szkole to będzie miał wpis jak się patrzy! A Matylda właśnie wyjechała na trzydniowy obóz (sic!!!!) i po powrocie opowieści będzie pewnie sporo!

      Usuń
  4. Fantastyczna impreza. No to pytam o walory smakowe. Może coś na stałe zagości w Waszym domowym menu ;-) No a skok - szacun wielki.

    OdpowiedzUsuń
  5. Czy zostały jeszcze jakieś bariery do przełamania? Skok ze skały to czyste szaleństwo:-) Dzieciom głód też nie grozi, coś tam zawsze sobie wygrzebią. Berecik

    OdpowiedzUsuń
  6. Do ręki nie wzięłabym połowy z tych "przysmaków". Tym większy mój podziw dla Was, szczególnie dla dzieciaków, są niesamowite! Skoku ze skały zazdroszczę za to nieziemsko :) Zdjęcia jak zawsze piękne, fajni ludzie... szczególnie rozbawili mnie policjanci w slipkach:)

    OdpowiedzUsuń
  7. Robale zjedzone i skok ze skały !!! Gratuluje

    OdpowiedzUsuń
  8. Jeszcze słowo podsumowania do podejścia Nowozelandczyków do zabawy - to, co mi się bardzo tu podoba to ich popularny 'tumiwisizm', ogromny dystans do siebie i innych. Nie ma sytuacji, że coś komuś "nie wypada" - bo jest za stary, za gruby, etc. Każdy ma prawo bawić się po swojemu, każdy ma prawo do - jakkolwiek banalnie to zabrzmi - bycia sobą po prostu. Przyglądałam się ludziom na festiwalu i jakoś nie rzuciło mi się w oczy, żeby ktoś kogoś oceniał krytycznie, przyglądał się z niesmakiem... niebywałe...

    OdpowiedzUsuń