poniedziałek, 23 marca 2015

Na Vivaldiego nuty

Nad ranem obiegając nasze bajorko poczułam szelest liści pod butami i nagle zdałam sobie sprawę, że przecież nieubłaganie, nieuchronnie do Nowej Zelandii zbliża się jesień… Kiedy czmychnęło to lato? Dlaczego zimowe miesiące takie rozwleczone, a wiosenno-letnie jak struś pędziwiatr? Powoli czas się zbierać.. ogarnąć swoje sprawy tutaj, posprzątać po sobie, dopiąć plan, co dalej i ruszyć przed siebie. Jeszcze niecały miesiąc, jeszcze Christchurch w jesiennej odsłonie. 

Pierwsze tygodnie w Nowej Zelandii w zimowo-chłodnej scenerii. Pierwsze tygodnie to przemarznięte, skurczone palemki. To deszcz zacinający poziomo i chmury przyszywające niebo do ziemi. To przerażone szarpanie się z rzeczywistością. To koszmarna tęsknota. To ubieranie się na cebulkę, a raczej na cebul kilogramy. To powolne uświadamianie sobie, że to się dzieje NAPRAWDĘ. 

Wiatr. Pozbawiający grzebienie racji bytu. Smagający rześkim chłodem. Bezlitośnie szczypiący policzki, gdy rowerami do szkoły. Ten wiatr przywiał w końcu wiosnę. Dziwną, bo momentami od razu palącą słońcem, by zaraz przypomnieć zziębniętymi porankami, że jeszcze nie czas. Na ciepło przyjemne i pewne, jeszcze nie czas. Ale te poranki chłodne to też wyraźnie majaczące w oddali góry. Z czapami śniegu. Jak przyczajona obietnica, że dopiero trzeci bieg wrzucony. Że już za chwilę nabierzemy prędkości. Ten obraz dalekich Alp zniknął na całe lato. Nie widać z naszej ulicy, nie widać ze wzgórz. Darmo wypatruję od miesięcy.

I lato. Wyczekane, wytęsknione. Każdą przemarzłą kosteczką. Lato, co nam przyniosło dziewczyny z Polski i jeden z najcudowniejszych miesięcy tutaj. Niezapomniane, wyjątkowe, jedyne w swoim rodzaju STYCZNIOWE lato :-) 

Jesień idzie. Jesień, której nie znamy i nie wiemy, czego się spodziewać. Czy choć trochę jak nasza szeleszcząca, ciepła, pomarańczowo-złota? Czas wybrać się do Ogrodu Botanicznego. Poszukać jej śladów. Póki co dni przeplatane kapryśnymi nastrojami pogody – od euforycznych skoków wzwyż na termometrze do senno-melancholijnego deszczowego hamowania. Jakby ktoś nasze życie próbował tu naszkicować - wzloty w górę, gdy wizja domu coraz bliżej; zdziwione opadanie, gdy myśl, że koniec niebawem. Już koniec. Smutkiem podszyte to zdziwienie. Że trzeba będzie zostawić tyle miejsc... Kto by pomyślał, że tak żal będzie...?  

Łapiemy te słoneczne dni. Nie mając pojęcia, ile ich zostało i czy zaraz nie dostaniemy w twarz wychładzającym goodbye. Przynajmniej jest szansa, że Alpy majestatycznie wyłonią się z oddali… Chciałabym je jeszcze zobaczyć wychodząc z domu. W prawo patrz, poza rusztowania i hałdy piachu. Może się jeszcze pokażą.


Zachłanni na ciepło :-)
Kilometry za nami, to jest i nagroda :-)
Pukeko - drogowy samobójca
Wieczór w nasłonecznionym, jasnym domu Abramsów

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz