środa, 25 marca 2015

Mission impossible...?

Oprócz hord Azjatów, Niemców, Francuzów, na każdym kroku czescy sąsiedzi. Czechem był również Tomek, instruktor co razem z Pat polatał nad Queenstown. Ki diabeł..?

No i wyszło szydło z worka… Jakim to jesteśmy narodem wybranym :P

Jednym z najprostszych i najbardziej popularnych sposobów dla młodych ludzi (przy czym ta młodość kończy się w wieku 30 lat :P) na legalny roczny pobyt w Nowej Zelandii jest Working Holiday Visa. Jeśli chcesz popracować dorywczo (nie dłużej niż 3 m-ce u jednego pracodawcy), a przy tym poeksplorować jeden z najpiękniejszych krajów to rozwiązanie w postaci tego programu wydaje się idealne. Tylko korzystać! Procedura aplikacji jest w zasadzie dosyć prosta, szkopuł w tym, że przeważnie, zanim zdążysz się zalogować w momencie uruchomienia rejestracji w lutym, … miejsc już brakuje! W tym roku ponoć rozeszły się po kilkunastu minutach (decyduje kolejność zgłoszeń)!

I teraz dochodzimy do sedna – na całą Polskę długą i szeroką przewidziano rocznie… 100 przepustek do raju! Sto nie brzmi źle, zawsze to lepiej niż pięćdziesiąt, prawda? To teraz dla porównania: Czesi – naród o jakieś niecałe 30 mln uboższy w obywateli niż Polska – takich wiz ma do wykorzystania rocznie… 1200! TYSIĄC DWIEŚCIE!!! I wszystko jasne… Jako gwóźdź do trumny można nadmienić, że wielu naszych sąsiadów bliższych i dalszych (Niemcy, Francuzi, Duńczycy, Włosi..) ma nieograniczoną liczbę miejsc i może aplikować o takową wizę w trybie ciągłym. U nas, jak i u Słowaków, Litwinów, czy Estończyków jedno wielkie koło fortuny i mglista szansa na legalne zatrudnienie w Kiwilandzie. Ale jakiś nikły procent jest! Więc jeśli ktoś spełnia podstawowe warunki (wiek 18-30,  środki finansowe w wysokości 4200 NZD, w ręku bilet powrotny lub odpowiednie środki na jego zakup, ubezpieczenie, spełnione warunki zdrowotne, odpowiedni charakter (???) i brak nadbagażu w postaci dzieci) to może marzyć i aplikować. Jeśli przekroczyłeś jednak magiczny próg 30 lat, ale chęć wyjechania na dłużej do NZ dalej męczy niespełnionymi snami o raju, to masz jeszcze dwa wyjścia: albo przekonać Kiwi, że twój fach jest im niezbędny do szczęścia (spełniając przy tym szereg kosmicznych wymagań, przechodząc przez tortury wizowej aplikacji, tony papierków, etc.), albo w akcie ostatecznej desperacji możesz uwieść jakiegoś Legolasa na dobre i na złe ;-)

Dlaczego o tym piszę? Bo dawno temu, w czasach zamierzchłej mej młodości brakowało mi wiedzy w tym temacie –  jak wyjechać na dłużej w miejsca, wydawałoby się, niedostępne, nierealne, egzotyczne, znane tylko z National Geographic, jakie są możliwości i czy są w ogóle. Są i to różne (choćby opcje wszelakich wolontariatów). Można zżymać się na niesprawiedliwość losu i wizowe fiasko Polaków na antypodach, ale jeśli chęci są, a jakaś furtka nieznacznie uchylona, to dlaczego by nie spróbować? Śledzę sobie zrywami blogi różnych pozytywnie zakręconych ludzi, niekoniecznie takich, co to podróże wyssali z mlekiem matki. Bywa, że całkiem zwyczajni to ludzie, choć robiący nadzwyczajne rzeczy. I jak mi dziś te myśli po głowie krążyły to na stronie Przemka Skokowskiego wpadły mi w oko słowa: ‘Tak sobie myślę, że brak odwagi i organizacji, to sabotaż na własnym szczęściu’.

Chciałabym móc kiedyś swoim dzieciom pokazać, że jest wiele możliwości. Że, nie będąc uprzywilejowanym Brytyjczykiem, co to pół świata skolonizował i wszędzie wchodzi jak do siebie, czy socjalnie wychuchanym, zadbanym Skandynawem, też ma się swoją szansę na przepustkę do raju. A czy wymiędlony wycinek z gazety, co nad biurkiem latami wisiał wypłowiały, rajem okaże się w rzeczywistości, to już od wielu zmiennych zależy i każdy ma prawo do własnych doświadczeń w tym temacie.

Dla tych, którym myśl zakiełkowała:
Strona urzędu imigracyjnego dotycząca Working Holiday Visa dla obywateli Polski
Jak dostać wizę krok po kroku ktoś rzeczowo opisał tutaj

Gdyby ktoś myślał o Australii to kilka przydatnych informacji tutaj

3 komentarze:

  1. Pani Marto, wpis bardzo ciekawy. Dziś rzeczywiści możliwości (szczególnie dla młodych) jest wiele. Ale czasy naszej młodości to lata 90-te z szalejąca inflacją i potwornym bezrobociem, czasy gdy pokolenie naszych rodziców wkładało nam do głów uczenie się zawodu, który przyda się w życiu, czasy pracy na dwóch etatach by studia opłacić, mnie osobiście nie w głowie był wtedy raj. Całkiem przyziemne problemy zaprzątały wtedy moja młodą głowę. Dlatego nie do końca zgadzam się z Przemkiem Sokołowskim, choć to tylko moje subiektywne zdanie.
    Warto jednak naszym dzieciom i dzieciom znajomych pokazywać obecne możliwości, tak więc ten wpis uważam za lekturę obowiązkową:)
    Pozdrawiam serdecznie, Ola

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Pani Olu,
      ja mam pełną świadomość tego, że różnie bywało, że czasem realia bezlitośnie w ryzach te marzenia trzymały. Absolutnie nie oceniam niczyich decyzji życiowych, bo nie każdy miał możliwość wyboru, niestety.
      Chodzi mi o to, by mieć świadomość, jakie w ogóle są możliwości, by wiedzieć. Żeby nie porzucać pomysłu, jeśli takowy się zrodził w głowie, już na starcie, dać sobie szansę.
      Pozdrawiam :-)

      Usuń
    2. Zgadzam się, dlatego cieszę się że dzięki pani blogowi młodzi ludzie dowiedzą się o możliwości takiego wyjazdu.
      Pozdrawiam i czekam na kolejny wpis :)

      Usuń