wtorek, 31 marca 2015

P jak.... PRZYJACIEL

Dziś będzie o P. Która jest i zawsze była. Bezwarunkowo. Która wspierała ten szalony pomysł p.t. ‘Rok w NZ’, zanim jeszcze zdążył wyparować z mojej głowy. Która wierzyła we mnie, w nas, gdy sami przestawaliśmy w siebie wierzyć. Która pomagała ogarnąć dom i sprawy, upchnąć skarpetki i smutek, co to na prawo i lewo na pięć minut przed. Która zawiozła nas na lotnisko (wraz z niezawodnym G.) i bez wahania ruszy do Berlina (wraz z niezawodnym G.) po odbiór przesyłki w postaci Fiorów czterech. Dziś właśnie o Niej.

Gdy myślę o tym, w którym momencie się stało, zadecydowało, potoczyło i rozpędziło to widzę zlepek różnych sytuacji, zdarzeń i ludzi. Ktoś zainspirował, coś się przeczytało, ktoś pomógł, coś się niby przypadkiem wydarzyło. A P. była zawsze. I ta Jej niezłomna wiara w nasze możliwości. Że damy radę. 

Gdy ja ze łzami, że my tu koniec świata, wilki jakieś, to zawsze ciepłym słowem. Tłumaczone dziesiątki razy te same rzeczy, co to w głowie bledną, gdy człowiek czuje się sam, zupełnie sam. Powtarzane, pisane, przypominane. Cierpliwie, troskliwie, czasem z tupnięciem nogą. Dojrzałe, mądre, ludzkie po prostu - zrozumienie. Nawet w chwilach, gdy bezsilną złością maile pisane do Niej. A może przede wszystkim wtedy właśnie. Bez tego ironicznego ‘masz, co chciałaś’. Bez oceniania, umniejszania, bagatelizowania. Bez uszczypliwego moralizowania. Bez odbierania nam prawa do tęsknoty i samotności, nawet gdy tam zimno i ponuro, a my nad brzegiem jeziora. 

Dziś właśnie o P., bez której ten wyjazd mógłby się był nie zdarzyć. Bez której nie wyobrażamy sobie, żeby działo się życie. Bez Niej i kilku jeszcze ważnych, niezbędnych…

Bo czasem już jestem zmęczona tym niedowierzaniem w oczach, że my do domu. Tym zdziwieniem, że chcemy tak świadomie, tak sami z siebie, choć Rosja tam pręży muskuły za progiem i ciężko przewidzieć, gdzie co zmierza. A tutaj z daleka od wszystkiego, od świata trudnego i nieprzewidywalnego, w baśniowej scenerii, można się wygodnie umościć i sobie żyć. Pewnie całkiem fajnie żyć, kto wie…? Kusząca ta wizja. 

Ale nie dla nas. 


sobota, 28 marca 2015

Wielkanocne pierniki ;-)

Wielkie święto w domku Gucia, bo 3,5 miesiąca zabrało piernikowej paczce od Iwony i Tomka, żeby do nas dotarła :-) Mówiliśmy, że pyszne pierniki będą w sam raz, na Wielkanoc :P A pyszne są i nadal jadalne, bo już w większości zniknęły! Dziękujemy bardzo! Wam i całej ekipie, która co rok zbiera się na piernikowym szaleństwie. Pięknie wykonane, estetycznie zapakowane, przede wszystkim, w moc życzliwości i ciepła... I jak tu się, kurczę, nie wzruszyć..? A dostać kartkę Bożonarodzeniową na Wielkanoc?! To tylko na końcu świata ;-)



Kilka zdjęć tylko, bo sił brak, tak nas wywiało w Zatoce Korsarza. Chodziły za nami te kajaki od dawna, ale jakoś się nie składało albo $$$ ulatniały się za szybko. I w końcu wybraliśmy się na wycieczkę po okolicznych zatoczkach. Kajaki w Cass Bay wypożycza niemłody Kiwi, Bill. Mówi tak powoli, że momentami wydaje się, że zdanie zerwie się w połowie i nigdy nie usłyszymy puenty. Za to profesjonalizm wynajmu pełny. Po szkoleniu dotyczącym zachowania podczas wywrotki kajaka - dzieci, i my też, miny mieliśmy nietęgie. Bill za to ze stoickim spokojem pozgniatał nasze plecaki do luków, wyperswadował mi zabranie aparatu i wypchnął na szeroką wodę. Na koniec policzył nam mniej niż stanowi cennik, bo taka z nas miła rodzinka... Może jeszcze wrócimy do Billa.

Plan był dotrzeć do jednej z wysepek pośrodku zatoki Lyttelton, ale wiało i trochę strach był z dziećmi wypuszczać się na bardziej otwartą wodę. Gdy w jakimś zakamarku ciszej się zrobiło to przyszły nawet myśli, że eee, my nie damy rady? Ale już za chwilę dostalim w pysk takimi podmuchami, że nieźle się trzeba było namachać, co by nie zniosło dalej. Tyłki mokre, ramiona nieco nadwyrężone, zabawa przednia :-) A to, co mnie najbardziej w tym wszystkim rozbawia i podnosi na duchu to nasze ewoluujące podejście do pogody i jej wpływu na nasze plany. Coraz mniej oczekiwań i wymagań. Bo tu nie da się inaczej po prostu ;-) 

Tak się nagle zachmurzyło..
Zdjęcia tylko z telefonu, bo o sprzęt strach :/
I zatoka z góry. Jak skończyliśmy to się zaczęło przejaśniać :P

piątek, 27 marca 2015

Myśli nieuczesanych część (prawdopodobnie) ostatnia..

Już wiem! Już to zrozumiałam! Tajną bronią Nowozelandczyków jest ich mega uprzejmość :P To słodkie do bólu, lukrowane ‘Howareya, darling?’ Taka sytuacja ;-) Autobusy nigdy nie są na czas. I jak już dotoczy się to metalowe bydlę po pół godzinie czekania to otwierają się drzwi i ty masz ochotę tylko wylać żółć, ale miła pani patrzy zza kierownicy z tym rozbrajającym uśmiechem i przeprasza. I słodzi ci ‘darling, sweetheart’ i takie tam. I odruchowo też się uśmiechasz. Tak to działa ;-) A każdy pasażer wysiadając dziękuje kierowcy. I miłego dnia życzy. No miło! I jak tu się wkurzać na takich uchachanych Kiwi?

Jeździć po lewej stronie nie jest tak ciężko. Po pokonaniu odruchów mieszania wycieraczek z kierunkowskazami, szukania biegów na drzwiach, wjeżdżania na rondo pod prąd zaczynasz powoli wsiąkać. Ale ruch lewostronny na basenie?! No nieeee….!

Pisałam kiedyś, że dom można w całości przenieść - no można!


Żr. Rebuild ChCh

I o tym, że tylko '100% Kiwi owned and operated' też pisałam. Ale czasem jak, czytam takie tablice jak poniżej, to coś w tym jest... Choć w sumie ta akurat nie wyklucza lokalnego biznesu w ręku nie-Kiwi, prawda? Więc uznajmy, że chodzi tylko o wspieranie 'po sąsiedzku', dyplomatycznie przemilczawszy nacjonalistyczne zapędy Kiwi :P

Każdy wydaje się mieć tu psa. Albo – w przeliczeniu na ilość mieszkańców – wydaje się, że czworonogów jest tu proporcjonalnie tyle samo. W drodze na basen zawsze mijaliśmy to miejsce. A że dzieci (i nie tylko) już za psem naszym tęsknią i tulą każde kudłate (co psem nie zawsze okazuje się być) to wpadliśmy niby to przypadkiem, niby nawołując własnego ;-) Takie przyjemne miłe miejsce wydzielone dla psów i właścicieli. Żeby się zintegrować - a ja nieraz idę z psiną w Polsce z nadzieją, że pohasa z innym czworonogiem i mijam biedne struchlałe Panie z psinkami na ręku, bo jeszcze czarna moja bestia, nie daj Boże, kłapnie zębiskami – a ta bestia przeważnie bardziej przerażona niż miniaturki Yorki :P Żeby psiaki razem pobiegały/wytarzały się/ wykąpały. A potem różne zajęcia, szkółki dla psów, takie tam. Fajne miejsce. Dzieci też nam się wytarzały ;-)


Ciekawe, jak jedna usługa może być różnie ceniona w różnych miejscach… Nie mówię tu o jakichś rozsądnych widełkach i zrozumiałym poziomie tolerancji, ale o przepaści rzędu kilkudziesięciu dolarów! Fryzjer w NZ to dla nas wciąż nie zbadana tajemnica. I tak od kilku miesięcy chodzimy wystrzyżeni jak kurczaki, bo sami sobie próbujemy nieudolnie wygląd podreperować, czasem już nie mając wyjścia i do fryzjera zaglądawszy ;-) Już nie mogę doczekać się mojej Pani Klaudii, już chcę się oddać w znane, bezpieczne, fachowe ręce :-)


Od zawsze chodzi mi po głowie i zawsze zapominam zapytać – mówi się NA czy W Nowej Zelandii? Jeśli traktować jako wyspę to chyba NA WYSPIE? Ale w kraju to chyba W NZ? Tak mnie to dręczyło od jakiegoś czasu.  

Powoli 'wyprzedajemy dobytek'. Czyli stary stolik kupiony przy okazji, czy dziecięce rowerki. I od razu w głowach wątpliwości - czy to warte tej ceny, czy nie za dużo, czy w ogóle wystawiać na sprzedaż..? A potem zaraz przypominamy sobie, jak na początku chcieliśmy kupić rowery.... Na NZ allegro (czyli 'trade me' w ich wydaniu) wyszukaliśmy taki, wydawałoby się fajny. I jechało się te kilkanaście kilometrów (bo miasto przecież rozlane) i co się okazuje? Że nieco zardzewiały. Że taki jakiś... antyczny relikt?! Kiwi ramionkami wzruszył, no jeździ panie przecież :P Jak jeździ, jak tu opona dziurawa?! - Jacek już, delikatnie mówiąc, nieco był się zdenerwował. Ooo, dziurawa...?! Żeby chociaż rumieńcem spłonął.. To bierzesz pan, czy nie?!
A my się zastanawiamy, bo lekko zarysowany z boku... 


No i idzie ta jesień. I nie ma co zaprzeczać ani focha strzelać. Idzie i już. A do Ogrodu Botanicznego już dotarła. 


Czekamy, kiedy olbrzym zacznie gubić liście...

środa, 25 marca 2015

Mission impossible...?

Oprócz hord Azjatów, Niemców, Francuzów, na każdym kroku czescy sąsiedzi. Czechem był również Tomek, instruktor co razem z Pat polatał nad Queenstown. Ki diabeł..?

No i wyszło szydło z worka… Jakim to jesteśmy narodem wybranym :P

Jednym z najprostszych i najbardziej popularnych sposobów dla młodych ludzi (przy czym ta młodość kończy się w wieku 30 lat :P) na legalny roczny pobyt w Nowej Zelandii jest Working Holiday Visa. Jeśli chcesz popracować dorywczo (nie dłużej niż 3 m-ce u jednego pracodawcy), a przy tym poeksplorować jeden z najpiękniejszych krajów to rozwiązanie w postaci tego programu wydaje się idealne. Tylko korzystać! Procedura aplikacji jest w zasadzie dosyć prosta, szkopuł w tym, że przeważnie, zanim zdążysz się zalogować w momencie uruchomienia rejestracji w lutym, … miejsc już brakuje! W tym roku ponoć rozeszły się po kilkunastu minutach (decyduje kolejność zgłoszeń)!

I teraz dochodzimy do sedna – na całą Polskę długą i szeroką przewidziano rocznie… 100 przepustek do raju! Sto nie brzmi źle, zawsze to lepiej niż pięćdziesiąt, prawda? To teraz dla porównania: Czesi – naród o jakieś niecałe 30 mln uboższy w obywateli niż Polska – takich wiz ma do wykorzystania rocznie… 1200! TYSIĄC DWIEŚCIE!!! I wszystko jasne… Jako gwóźdź do trumny można nadmienić, że wielu naszych sąsiadów bliższych i dalszych (Niemcy, Francuzi, Duńczycy, Włosi..) ma nieograniczoną liczbę miejsc i może aplikować o takową wizę w trybie ciągłym. U nas, jak i u Słowaków, Litwinów, czy Estończyków jedno wielkie koło fortuny i mglista szansa na legalne zatrudnienie w Kiwilandzie. Ale jakiś nikły procent jest! Więc jeśli ktoś spełnia podstawowe warunki (wiek 18-30,  środki finansowe w wysokości 4200 NZD, w ręku bilet powrotny lub odpowiednie środki na jego zakup, ubezpieczenie, spełnione warunki zdrowotne, odpowiedni charakter (???) i brak nadbagażu w postaci dzieci) to może marzyć i aplikować. Jeśli przekroczyłeś jednak magiczny próg 30 lat, ale chęć wyjechania na dłużej do NZ dalej męczy niespełnionymi snami o raju, to masz jeszcze dwa wyjścia: albo przekonać Kiwi, że twój fach jest im niezbędny do szczęścia (spełniając przy tym szereg kosmicznych wymagań, przechodząc przez tortury wizowej aplikacji, tony papierków, etc.), albo w akcie ostatecznej desperacji możesz uwieść jakiegoś Legolasa na dobre i na złe ;-)

Dlaczego o tym piszę? Bo dawno temu, w czasach zamierzchłej mej młodości brakowało mi wiedzy w tym temacie –  jak wyjechać na dłużej w miejsca, wydawałoby się, niedostępne, nierealne, egzotyczne, znane tylko z National Geographic, jakie są możliwości i czy są w ogóle. Są i to różne (choćby opcje wszelakich wolontariatów). Można zżymać się na niesprawiedliwość losu i wizowe fiasko Polaków na antypodach, ale jeśli chęci są, a jakaś furtka nieznacznie uchylona, to dlaczego by nie spróbować? Śledzę sobie zrywami blogi różnych pozytywnie zakręconych ludzi, niekoniecznie takich, co to podróże wyssali z mlekiem matki. Bywa, że całkiem zwyczajni to ludzie, choć robiący nadzwyczajne rzeczy. I jak mi dziś te myśli po głowie krążyły to na stronie Przemka Skokowskiego wpadły mi w oko słowa: ‘Tak sobie myślę, że brak odwagi i organizacji, to sabotaż na własnym szczęściu’.

Chciałabym móc kiedyś swoim dzieciom pokazać, że jest wiele możliwości. Że, nie będąc uprzywilejowanym Brytyjczykiem, co to pół świata skolonizował i wszędzie wchodzi jak do siebie, czy socjalnie wychuchanym, zadbanym Skandynawem, też ma się swoją szansę na przepustkę do raju. A czy wymiędlony wycinek z gazety, co nad biurkiem latami wisiał wypłowiały, rajem okaże się w rzeczywistości, to już od wielu zmiennych zależy i każdy ma prawo do własnych doświadczeń w tym temacie.

Dla tych, którym myśl zakiełkowała:
Strona urzędu imigracyjnego dotycząca Working Holiday Visa dla obywateli Polski
Jak dostać wizę krok po kroku ktoś rzeczowo opisał tutaj

Gdyby ktoś myślał o Australii to kilka przydatnych informacji tutaj

poniedziałek, 23 marca 2015

Na Vivaldiego nuty

Nad ranem obiegając nasze bajorko poczułam szelest liści pod butami i nagle zdałam sobie sprawę, że przecież nieubłaganie, nieuchronnie do Nowej Zelandii zbliża się jesień… Kiedy czmychnęło to lato? Dlaczego zimowe miesiące takie rozwleczone, a wiosenno-letnie jak struś pędziwiatr? Powoli czas się zbierać.. ogarnąć swoje sprawy tutaj, posprzątać po sobie, dopiąć plan, co dalej i ruszyć przed siebie. Jeszcze niecały miesiąc, jeszcze Christchurch w jesiennej odsłonie. 

Pierwsze tygodnie w Nowej Zelandii w zimowo-chłodnej scenerii. Pierwsze tygodnie to przemarznięte, skurczone palemki. To deszcz zacinający poziomo i chmury przyszywające niebo do ziemi. To przerażone szarpanie się z rzeczywistością. To koszmarna tęsknota. To ubieranie się na cebulkę, a raczej na cebul kilogramy. To powolne uświadamianie sobie, że to się dzieje NAPRAWDĘ. 

Wiatr. Pozbawiający grzebienie racji bytu. Smagający rześkim chłodem. Bezlitośnie szczypiący policzki, gdy rowerami do szkoły. Ten wiatr przywiał w końcu wiosnę. Dziwną, bo momentami od razu palącą słońcem, by zaraz przypomnieć zziębniętymi porankami, że jeszcze nie czas. Na ciepło przyjemne i pewne, jeszcze nie czas. Ale te poranki chłodne to też wyraźnie majaczące w oddali góry. Z czapami śniegu. Jak przyczajona obietnica, że dopiero trzeci bieg wrzucony. Że już za chwilę nabierzemy prędkości. Ten obraz dalekich Alp zniknął na całe lato. Nie widać z naszej ulicy, nie widać ze wzgórz. Darmo wypatruję od miesięcy.

I lato. Wyczekane, wytęsknione. Każdą przemarzłą kosteczką. Lato, co nam przyniosło dziewczyny z Polski i jeden z najcudowniejszych miesięcy tutaj. Niezapomniane, wyjątkowe, jedyne w swoim rodzaju STYCZNIOWE lato :-) 

Jesień idzie. Jesień, której nie znamy i nie wiemy, czego się spodziewać. Czy choć trochę jak nasza szeleszcząca, ciepła, pomarańczowo-złota? Czas wybrać się do Ogrodu Botanicznego. Poszukać jej śladów. Póki co dni przeplatane kapryśnymi nastrojami pogody – od euforycznych skoków wzwyż na termometrze do senno-melancholijnego deszczowego hamowania. Jakby ktoś nasze życie próbował tu naszkicować - wzloty w górę, gdy wizja domu coraz bliżej; zdziwione opadanie, gdy myśl, że koniec niebawem. Już koniec. Smutkiem podszyte to zdziwienie. Że trzeba będzie zostawić tyle miejsc... Kto by pomyślał, że tak żal będzie...?  

Łapiemy te słoneczne dni. Nie mając pojęcia, ile ich zostało i czy zaraz nie dostaniemy w twarz wychładzającym goodbye. Przynajmniej jest szansa, że Alpy majestatycznie wyłonią się z oddali… Chciałabym je jeszcze zobaczyć wychodząc z domu. W prawo patrz, poza rusztowania i hałdy piachu. Może się jeszcze pokażą.


Zachłanni na ciepło :-)
Kilometry za nami, to jest i nagroda :-)
Pukeko - drogowy samobójca
Wieczór w nasłonecznionym, jasnym domu Abramsów

sobota, 21 marca 2015

Oczami Matyldy

Teraz żyję tylko wycieczką, z której właśnie wróciłam. 
Bałam się jechać na ten obóz, ponieważ nie miałabym rodziców do pomocy, w moim otoczeniu byliby tylko  Kiwi. Ale przezwyciężyłam swój strach i pojechałam. Dobrze zrobiłam. Było SUPER !!! Droga pociągiem była przepiękna. Było pełno tuneli, a w powrotną drogę jechaliśmy mostem nad wąwozem głębokim na kilkaset metrów.
Chcecie wiedzieć, jak wyglądał obóz? Proszę bardzo.

DZIEŃ 1
Przyjechaliśmy na miejsce o 11:30. Zabraliśmy bagaże i poszliśmy do chaty, w której mieliśmy mieszkać. Potem było organizowanie pokoi i osiedlanie się. Później wyruszyliśmy na szlak prowadzący do punktu widokowego na wodospad. Ja się trochę nudziłam, bo robiliśmy już ten szlak z rodzicami. Potem robiliśmy river crossing czyli przechodzenie przez rzekę. Ja miałam krótkie spodenki!!! Pierwszy krok,  nic nie poczułam bo zanurzył się tylko but. Lecz gdy tylko woda dotknęła gołej skóry przeżyłam straszny szok!!! Woda była KOSZMARNIE LODOWATA!!!!! Nie dziwcie się, to przecież stopiony śnieg! Robiliśmy zygzak na coraz to głębszych ostępach. Woda najpierw sięgała nam do łydek, potem do kolan, a potem do pasa. Kiedy wyszłam czułam się jakbym miała nogi z brył lodu. To było okropne uczucie! Wróciliśmy do chaty przebraliśmy się, ogrzaliśmy i zjedliśmy kolacjoobiad. Potem mieliśmy czas dla siebie w pokojach. A później do łóżek ! Pierwsza noc była KOSZMARNA !!! Dziewczyny w moim pokoju gadały całą noc! I nagle jedna powiedziała „ O za minutę siódma rano! ‘’ Nie przespałam ani minuty. Istny koszmar!

Niektóre Kiwi dzieci po prostu się wykąpały w tej lodowatej wodzie!

DZIEŃ 2
Po śniadaniu poszliśmy na najdłuższy szlak na tym obozie. Był cudowny. To była taka wyprawa, jaką lubię najbardziej, czyli z wieloma przeszkodami! Było dużo głazów i kamieni, ostre zejścia i kilka razy musieliśmy przechodzić wpław przez strumień. I coś Wam powiem, znaleźliśmy norę kiwi, a w niej łup kiwi, czyli małą łasiczkę! Na końcu szlaku w wąwozie była piękna przeźroczysta rzeka. 
Po powrocie i po napełnieniu głodnych brzuchów odbył się Talent Show, czyli każdy z nas chwalił się czymś, co potrafi robić najlepiej. Większość dzieci śpiewała i tańczyła. Dwie dziewczynki cudownie stepowały! Gdy przyszła moja kolej odśpiewałam nasz hymn narodowy ( w całości!, choć zapomniałam, gdzie ten Czarnecki się wybierał, hi hi..) Wszystkim się podobało i niektórzy chcieli się nauczyć go śpiewać. Gdy próbowali powtarzać polskie słowa to brzmiało to bardzo śmiesznie ;-) Po takim męczącym dniu wszyscy od razu zasnęliśmy. Fiu, nie było gadania dziewczyn!


DZIEŃ 3
Połowę tego dnia spędziliśmy na sprzątaniu chaty, gdyż po południu już wyjeżdżaliśmy. Ale mieliśmy też fajne zabawy i zajęcia. Pierwsza zabawa wyglądała tak: wcześniej przygotowano trasę, powiązano linami drzewa i zawiązywano nam oczy. Musieliśmy pojedynczo iść wzdłuż liny i wyczuwać stopami grunt. Druga zabawa nie była aż taka fajna. Zostaliśmy podzieleni na grupy i każda grupa dostała mapę z zaznaczonymi miejscami ukrycia kolejnych wskazówek. Nasz grupa nie znalazła ani jednej ponieważ Scarlett ciągle wskazywała nam złe drogi. I tak straciliśmy prawie cały czas :-( Wracaliśmy ponownie pociągiem. Na stacji było bardzo miło ponieważ rodzice i Fitek tam na mnie czekali. To były bardzo udane trzy dni.

A tu budowaliśmy szałasy

Jeśli chodzi o pobyt w Nowej Zelandii, to jest OK. Lecz muszę wyznać, że nigdy nie czułam aż takiej tęsknoty. Ten wyjazd pomógł mi zrozumieć, czego naprawdę potrzebuję do szczęścia – to znaczy Was wszystkich przyjaciół i Lukę. 
Ten nowy rok szkolny jest dla mnie o wiele lepszy od poprzedniego. Teraz mam więcej wolności i o wiele więcej rozumiem. Jest mi dużo łatwiej. Moją najlepszą przyjaciółką jest Livvy. Często się spotykamy, a po powrocie chcemy się łączyć na Skype. 

Mama pyta na koniec, czy będzie mi trudno stąd wyjechać.. Myślę, że raczej nie. Mam tu wprawdzie jedną przyjaciółkę, ale to za mało, żebym mogła tu zostać. Cały czas myślę już o wyjeździe; o spacerach z Luką, o wyprawach do Babci Bronii, o spotkaniach z Majką. I nie mogę już doczekać się lotów samolotami, bo bardzo lubię tam oglądać filmy i bajki. I bardzo lubię latać samolotem :-)

Napisała: Matylda ;-)  

Tak wygląda główny (jedyny zresztą) dworzec kolejowy w
drugim co do wielkości mieście w NZ :P Więcej torów niet!
Nadjeżdża Matysia!
Stęsknili się za sobą ;-)
Swoim zwyczajem choć te 5 groszy dodam ;-) To, co nas bardzo urzekło w kwestii obozu szkolnego to jego edukacyjna wartość! Kilka tygodni przed wyjazdem dzieci przygotowywały się skrupulatnie w szkole, tworząc własne Camp Books, czyli obozowe książki zawierające różne informacje na temat danego obszaru, jego historii, zwierząt tam występujących. Do tego strona organizacyjna wyjazdu  - podział na grupy, plany poszczególnych dni, etc. Mnóstwo ciekawostek, wartościowych informacji wyszukiwanych wspólnie. Cały wyjazd potraktowany bardziej jako projekt edukacyjny niż wyrwanie się z rzeczywistości szkolnej na zasadzie ‘hulaj dusza, piekła nie ma’. Myślę, że warto się temu bliżej przyjrzeć i może dać się zainspirować..?