czwartek, 19 lutego 2015

Z pamiętnika glazurnika - część dziewiąta

Należy zameldować, że pomimo trudności firma nadal działa:-) Miesiąc temu pisałem o zmasowanym ataku instytucji kontrolnych - działo się sporo. Osobliwym doświadczeniem było telefoniczne przesłuchanie przez Panią urzędnik z lokalnego PIPu. Każde pytanie jak mina z opóźnionym zapłonem - co odpowiedzieć, żeby nie narazić siebie na kłopoty, a z drugiej strony nie zaszkodzić szefowi? Stąpałem po kruchym lodzie i nadal nie wiem jak wyszło. Kontrola się nie zakończyła i wniosków nie ma. Urząd imigracyjny za to się spisał i postawił zarzuty mojemu szefowi dotyczące rzekomego nielegalnego zatrudnienia imigranta bez uprawnień. Pierwsza rozprawa jeszcze w lutym. W Polsce byłoby łatwiej i mógłbym poprosić o pomoc silną grupę wsparcia z kręgu przyjaciół-prawników. Tutaj pozostaje mi poklepanie szefa po ramieniu i pilnowanie, aby nie zadzwonił do imigracyjnego z pogróżkami. To jego specjalność. Bardzo skuteczna przy ściąganiu należności. Konsekwencją jest to, że usuwam kolejne numery z książki adresowej - ten klient już się do nas nie zgłosi, oj nie zgłosi... Z ciekawostek dropsa szef stracił jeszcze prawo jazdy, więc wymaga ciągłego wsparcia szoferskiego. Powtarzam to za każdym  razem, ale nudy tutaj nie ma... 

Są też sukcesy, a jakże! Po trzech miesiącach ukończyliśmy wreszcie prysznic ze ścianą ze szklanych cegieł dla uroczej Pani doktor - wspominałem o niej wcześniej jako o kliencie idealnym, który nigdy nie narzeka, zawsze cieszy się z postępów i jeszcze płaci na czas. To nieliczne wyjątki, niestety. Na co dzień jest tak, że firmy zarządzające remontami domów po trzęsieniu ziemi chcą szybko i tanio, właściciele domów liczą na to, że ugrają więcej niż mieli przed trzęsieniem, podwykonawcy prowadzą roboty w kilku miejscach na raz i wszędzie zostawiają podobnych do mnie średnio wykwalifikowanych "fachowców". Ja wyróżniam się tym, że rozumiem, zwykle, co do mnie się mówi. Większość Filipińczyków, Somalijczyków czy Wietnamczyków zna angielski słabo lub w ogóle. To oznacza masę nieporozumień, niedopowiedzeń i przerażającą skalę niedoróbek i błędów. Odwiedziłem dzisiaj klienta, u którego pracowaliśmy w grudniu w ramach kompleksowego remontu uszkodzeń po trzęsieniu ziemi - remont zakończony w styczniu przez jedną z największych firm budowlanych Buildtech. Przepiękny dom pod przełęczą Dyers na Port Hills - stylowe drewniane wnętrza, taras z panoramą na całe miasto, bajecznie. No i tylko podłoga się zapadła w kuchni, bo ktoś źle podpory ustawił, a może w ogóle ich nie ma...? To czarna strona programu Rebuild Christchurch - obok ogromnych opóźnień, jakość prac jest często poniżej wszelkich standardów. Cóż, jak nasze kafle zaczną odpadać, to mnie już tutaj nie będzie. Ta myśl pozwala na odrobinę relaksu psychicznego i nabranie dystansu. 


Idę prosto, nie biorę jeńców żadnych.... :-) I nadal jako glazurnik/marketingowiec/project manager/logistyk/szef spotykam kolejne osoby na swojej drodze:


Peter - Kiwi z krwi i kości. Farmer po 60-tce, wszystko co NZ jest najlepsze. Kiedy podjeżdżam swoim Ute, made in China, Peter za każdym razem zaznacza, że on by tego nie kupił. Z dumą opowiada o swojej farmie i żniwach, a każdą decyzję dotyczącą wystroju łazienki ceduje na żonę. 


Roger - emerytowany inżynier lotnictwa, zawsze uśmiechnięty i trudno się dziwić. Z jego tarasu na szczycie Mt Pleasant, który w pocie czoła pokryliśmy glazurą, widać plażę New Brighton i Sumner... Roger generalnie wie lepiej i nauczyłem się z nim nie kłócić :-) Tym bardziej, że żona Dianne serwuje wyśmienite scones z kawą.


Jason - kierownik budowy na naszej największej inwestycji dla Hann Construction. Młody, roześmiany i najczęściej z kawą albo piwkiem. Pochodzi z Australii i zrozumieć go jest ciężko, ale jak coś jest nie po jego myśli, to i słowa niepotrzebne, nawet nasi Filipińczycy wiedzą o co chodzi:-)


Nick - jeden z Project Managerów w Buildtech'u. Sprowadził się do Christchurch z Wyspy Północnej w tym samym czasie co my i może dlatego mamy świetny kontakt. Często narzeka na zarobki, życie, firmę, szefów, pracę, korki.... Kiedy jednak wspomniałem kiedyś, że 30% dzieci w NZ jest niedożywiona to rzucił się do obrony dobrego imienia ojczyzny jak lew.  Kolejny gość z akcentem, który pozwala mi zrozumieć zaledwie 70% każdej wypowiedzi, czasami nawet mniej...


Rachel - da równowagi kobieta jakaś :-) Mama Toby'ego i Livy, przyjaciół naszych dzieci, typowa "mama Kiwi". Mąż siostry jej męża jest Polakiem i za każdym niemal razem, kiedy odbieram Filipa lub Matyldę Rachel o tym wspomina i opowiada o ich wspólnych wyjazdach wakacyjnych. Co ciekawe, właśnie dostali decyzję, że ich dom zostanie zburzony, ponieważ naprawa spękanych fundamentów jest niemożliwa. Taka tam, decyzja...

Różne chwile ostatnich dni:



Wzgórza Port Hills. W oczekiwaniu na zachód słońca
Christchurch u naszych stóp
 
 
 
Nowa pasja Filipa :-)
Pierwszy mecz w drużynie Hornets (Szerszeni)
Ogród Botaniczny po raz ... dziesiąty ;-)

2 komentarze:

  1. No dobra, trzeba robić kawę :)

    OdpowiedzUsuń
  2. Twój szef to taki swojski facet - ma wiele cech "przedsiębiorczego" Polaka :-)

    OdpowiedzUsuń