poniedziałek, 9 lutego 2015

Co wspólnego mają - lwy morskie, czekolada i najbardziej stroma ulica na świecie? ;-)

Trochę czytaliśmy, trochę planowaliśmy, ale w sumie ten wyjazd na południowy wschód wyspy odbył się na zasadzie – zobaczymy, gdzie nas poniesie. Nawet domek, który zarezerwowaliśmy, leżał ‘Bóg-wie-gdzie’. Lokalizacja miała być teoretycznie w Dunedin, a w rzeczywistości wylądowaliśmy jakieś 15km dalej, na totalnym pustkowiu, w dziczy. Na szczęście! Kilka domków wciśniętych między wzgórza nad urokliwą zatoką. Kilkanaście metrów do plaży z niesamowitymi jaskiniami. O tym nawet nie wspomnieli w opisie chatki :P Pierwszy wieczór zmroził nas chłodem i deszczem. Poczuliśmy, że to już jednak dalekie południe. 
W dole pośrodku tych wzgórz znajdowała się nasza chata
 
 
 

Ale nad ranem już nieśmiałe słońce. Przez wzgórza rozsiane nad zatokami jedziemy do Dunedin, miasta założonego przez szkockich osadników i nazywanego drugim Edynburgiem (Dunedin to zresztą stara szkocka nazwa Edynburga). Na to rozlane na stromych wzniesieniach, pochylające się nad lazurową zatoką miasto możemy patrzeć i tylko wzdychać. Ma swój niezaprzeczalny urok – nie tylko w tej bajkowej naturalnej scenerii, z mnóstwem ścieżek rowerowych, biegowych wzdłuż zatoki i przecinających wzgórza, ale również ze swoją atmosferą pulsującego akademickiego miasta z pierwszym uniwersytetem w kraju, założonym w 1871 roku. Życie toczy się w sercu Dunedin, na placu zwanym The Octagon przez swój ośmiokątny kształt. Wokół placu i w uliczkach doń dochodzących mnóstwo klimatycznych miejsc, pubów, kafejek, w których chciałoby się od razu usiąść z książką i filiżanką Flat White... My pijemy kawę i gorącą czekoladę na schodach obserwując ludzi, stragany oferujące wszędzie to samo – wyroby z owczej wełny, nefrytową biżuterię. Spokój i miłe, przyjemne ciepło. 


Sobotni popularny tutaj targ, z grajkami takiej
maści na każdym kroku :-)
Plac najlepiej byłoby sfotografować od góry -
wtedy można byłoby docenić jego urok
 

Wędrujemy uliczkami ocierając się o zabytkową architekturę wiktoriańską. Przyznaję szczerze, nie robi na nas piorunującego wrażenia. Bo trzeba jednak spojrzeć prawdzie w oczy – nie po to lecisz do NZ te 18000 km, żeby podziwiać zabytki. W jednym z najmłodszych na świecie kraju, w którym miasta wzorowane są na brytyjskich metropoliach, byle stuletni budynek zaliczają do skarbów dziedzictwa narodowego. Co na nas, Europejczykach, niewielkie robi wrażenie. Kwintesencją NZ jest wszystko to co na zewnątrz – natura we wszelkich możliwych odsłonach. Niemniej jednak nie stronimy od miejskiego gwaru, charakterystycznego dla Kiwi leniwego letargu miasteczek, przerywanego od czasu do czasu jazgotem autokarów wypluwających głównie azjatyckie wycieczki. 


Dworzec kolejowy z 1904r. - ponoć drugie (po Operze w Sydney)
obfotografowywane miejsce w Australalazji!
Tak nam powiedziała rodowita mieszkanka Dunedin.
Ile w tym prawdy, a ile PR-u? ;-)
Styl flamandzkiego renesansu - tak przynajmniej wyczytałam :P
Dla nas wiele budynków wpasowałoby się w
klimaty nowojorskich ulic
W samym centrum DOM UCIECH! Sprawdziliśmy później
ofertę na stronie... yhm...
Siedziba lokalnych władz, a tuż za nią
anglikańska Katedra Św. Pawła
Wygląda to tak (DOSŁOWNIE): zatrzymuje się autokar,
wypada gromada i nawet nie zawieszając wzroku pstryka
gdzie popadnie. Jedni pozują, inni kadrują, wymiana
i z powrotem do autokaru. No ubaw po pachy ;-)
Zahaczamy jeszcze o ulicę roszczącą sobie miano najbardziej stromej na świecie (wg Księgi Guinnessa). Baldwin Street o nachyleniu do 38% (różnica poziomów między jednym końcem a drugim wynosi prawie 70 metrów) zawdzięcza swoje powstanie… błędom w planach zagospodarowania przestrzennego, stworzonych w Londynie przez osoby nie mające pojęcia o ukształtowaniu powierzchni! Wyścigi na szczyt i z powrotem to stały punkt programu tutejszych imprez. Biegiem na górę… yhm…. 

Zadyszka jest :P
A przecież ktoś tu mieszka i codziennie się wspina...
... lub wjeżdża takim cudeńkiem ;-)
Opuszczamy Dunedin na rzecz leżącego tuż za progiem wulkanicznego Półwyspu Otago, naturalnego środowiska bytowania fauny morskiej w postaci fok, lwów morskich (zwanych uchatkami nowozelandzkimi), pingwinów żółtookich i największych latających ptaków – albatrosów królewskich. Półwysep ciągnie się na kilkadziesiąt kilometrów wzdłuż zatok, piaszczystych plaż, wzgórz usianych stadami owiec. Na jego końcu znajduje się jedyna na świecie lądowa kolonia lęgowa albatrosów. Nie mamy ani rezerwacji (konieczna), ani zbyt wiele $$$, więc podziwiamy je z oddali (z bliska dały się podejrzeć przy wyprawie na wieloryby) i schodzimy do zatoki będącej ulubionym miejscem fok i uchatek. Nieświadomi, co nas tam czeka :P

 

Rozczarowania nie ma. Foki wygłupiają się w wodzie w beztroskiej zabawie. Lwy morskie rozłożyły się na skałach. Jest ich sporo. Siadamy na plaży i spokojnie obserwujemy. Dzieciaki na brzegu, foki ciekawskie podpływają i zaglądają. Trzymamy się na bezpieczną 10-metrową odległość, jak zalecają wszystkie możliwe oznaczenia. Tymczasem jedna z uchatek gramoli się na brzeg i rozkłada w pobliżu, odcinając nam drogę do wyjścia z plaży. Wkrada się nam lekki niepokój, więc poganiamy dzieci i powoli szykujemy się do odwrotu. Tylko, że wszędzie piszą co by nie przechodzić pomiędzy zwierzętami a wodą, bo to je denerwuje. Yhm… już lekka panika, ale na twarzach spokój grabarza. Zwłaszcza, że tłumek już się zebrał niezły i the show must go on :P W przeciągu kilku sekund lew morski zaczyna przemieszczać się w naszą stronę (jakie one szybkie!!!), prychając i obnażając zębiska i już krew nam odpływa z kończyn, już drałujemy przed siebie w popłochu. Udało się tylko, że…. lew rozłożył się przy porzuconych w panice butach Matyldy! Siadamy i czekamy. Każdy na każdego nakrzyczał, jakieś łzy poleciały i już zostaje nam tylko nerwowy śmiech. Uchatka rozkłada się i zaczyna drzemać. Przy butach, rzecz jasna. A tu na dodatek przypływ się zaczyna i fale coraz bliżej. I zaraz po butach śladu nie będzie...Zostań bohaterem swojego domu i stań oko w oko z lwem morskim ;-) Jak szpieg z Krainy Deszczowców, w przyczajonych podskokach, na palcach prawie, nasz bohater Jacek ratuje obuwie córki, co uwieczniam na filmie. Którego nie pokażę – pamiątka rodzinna :P Ale się działo… Nauczka jest – to nie zoo ani wyreżyserowane przedstawienie. To zwierzęta w swoim naturalnym środowisku i trzeba to uszanować. Dlatego też już nie gonimy tak za pingwinami, które zresztą i tak trudno zobaczyć ze względów czysto logistycznych – albo wcześnie rano, albo wieczorem tylko. Jeśli płochliwy i nieśmiały pingwin dojrzy człowieka w pobliżu swojego gniazda to już do niego nie wróci. Smutne. I mieć to na sumieniu? Nieee…. 


Uchatki mają niezłą prędkość! Nie to, co bezradne foczki
Obczajanie coś ty za jeden
Akcja się zaczyna...Na razie gramolenie się na brzeg.
Takie tam, niby drapanie i spozieranie, kto śmiał na
miejscu ulubionej drzemki się rozłożyć?!
Już po akcji! Ino butki się ostały :P
Już nam wystarczy, wracamy!
Wracając z drugiej strony półwyspu robimy przyjemny szlak i wpadamy do ukrytej rajskiej zatoki. I co? U samego wejścia na plażę na całej długości ścieżki leży rozłożona drzemiąca uchatka! To my już boczkiem. Już z daleka ;-) Plaża jest… jest pięknie. Jest po prostu pięknie….
Ooops!
 
Tak sobie niewinnie leży...
Ale jak otworzy pysk...!
 
 
I już wędrujemy po wzgórzach podziwiając półwysep
 

Wstaję wczesnym rankiem, żeby zobaczyć pierwszy wschód słońca na świecie. Na plaży cicho i pusto, tylko mewy plączą się pod nogami. 


 

Budzimy naszego nieświadomego swoich 8 urodzin syna i w ramach prezentu zabieramy dzieci do fabryki czekolady Cadbury. Oglądamy kolejny wodospad, ale tym razem czekoladowy – tona płynnej czekolady spada z hukiem, gdy wszyscy śpiewają Filipowi Happy Birthday :-) Zdjęć brak, bo zakaz wnoszenia sprzętu. Urodziny nietypowe i na pewno zapamiętane na długo!

Jeszcze poranna kawa w klimatycznym miejscu -
u nas powiedzielibyśmy w duchu PRL-u
;-)
 
'Nie wolno mi dziś dokuczać, bo jestem jubilatem!' :P
A potem już powoli zbieramy się w drogę powrotną, zatrzymując się jeszcze po ok. 75 km przy geologicznej zagadce, jaką stanowią Moeraki Boulders. Olbrzymie głazy o niemal idealnie kulistych kształtach leżą rozproszone po plaży, częściowo zagrzebane w piasku. Ważą po kilka ton i mają średnicę ok. 3m. Do tej pory nie wyjaśniono dokładnie genezy ich powstania. Prawdopodobnie zaczęły się tworzyć kilkadziesiąt milionów lat temu. Początkowo były uwięzione w skałach niczym rodzynki w cieście, choć po klifach, które je skrywały nie ma już śladu. My nazwaliśmy je 'jajami dinozaura'. Czymkolwiek by były, przyciągają tłumy. Przynajmniej my w tym miejscu widzieliśmy, jak dotąd, największe skupisko ludzi!

 
 

WIĘCEJ ZDJĘĆ TUTAJ :-)

I to była
już nasza ostatnia wycieczka na dalekie południe wyspy. Jeszcze szlaki w pobliżu Mt. Cook, obowiązkowo Zachodnie Wybrzeże i potem już pniemy się w górę, w kierunku Wyspy Północnej. Bo i już czasu coraz mniej…

5 komentarzy:

  1. Wszystkiego najlepszego dla Filipa, a ja zastanawiam się???? W którym momencie Jacek miał więcej adrenaliny, skacząc z mostu, czy odbijając Matyldy buty. Wspaniałe przygody. Pozdrawiam. :-)

    OdpowiedzUsuń
  2. Wszystkiego najlepszego dla Filipa, a ja zastanawiam się???? W którym momencie Jacek miał więcej adrenaliny, skacząc z mostu, czy odbijając Matyldy buty. Wspaniałe przygody. Pozdrawiam. :-)

    OdpowiedzUsuń
  3. Najlepszego Filip!
    Tradycyjna przerwa na kawę i Waszego bloga:) Tradycyjnie wspaniałe zdjęcia, piękne miejsca, zazdrość, że macie lato... (bo o to, że jesteście w NZ nie wspominam, bo to oczywiste ;-) ). I cały czas podziwiam dzieciaki, że dają radę, są bardzo dzielne!
    Pozdrawiam z zasypanego śniegiem Namysłowa :)

    OdpowiedzUsuń
  4. Sto lat dla Filipa.
    Ten wpis czytałam już x razy, świetny tekst. Humorystyczno-historyczny i te widoki. Pozdrawiam DP

    OdpowiedzUsuń
  5. Filip dziękuje :-) I ja też! Pozdrawiam czytających.

    OdpowiedzUsuń