wtorek, 10 lutego 2015

Szelest liści

Po weekendzie w sceneriach rajsko-nierealnych powrót do Kiwi reality bywa twardym, bolesnym lądowaniem. Sami to sobie fundujemy, więc potulnie rozcieramy siniaki i do boju :P

Dzieci na nowo wsiąkają w szkolną rutynę. Pierwsze dni to znów chwilowe zblokowanie i język kołkiem, ale stopniowo nabierają odwagi. Oswajają się. Dziś po lekcjach wymiana rodzeństw – Filip do Toby’ego, a jego siostra do Matyldy. Nasłuchuję z boku, jak dziewczyny rozmawiają i chichoczą. Co rusz podszczypuje mnie belferska potrzeba poprawiania błędów Matyldy, ale nie wtrącam się. Dogadują się bez problemu, rozmawiają o różnych sprawach, więc cel osiągnięty. A że czasownik nie w tej formie, że końcówki zabrakło? Wiem, że szkolne testy to ‘wyłapią’, no trudno. Ale nie chcę zniweczyć tego, co już udało się im tu wypracować – tej naturalnej umiejętności komunikowania się, spontanicznych reakcji. Bez tego uporczywego zastanawiania się nad każdym zdaniem, bez podgryzającego pewność siebie stresu, czy aby nie powiedziałam coś z błędem. Pal licho te błędy!


Z Livy
Wmieszaj się w tłum turystów czy choćby imigrantów i posłuchaj. Jak kaleczą, jak przekręcają, jaką kosmiczną miewają wymowę  i… nikt się tym nie przejmuje. Chodzi o przekazanie informacji, o wymianę myśli, o rozmowę. A my, Polacy? Wiecznie zestresowani. Z brakiem wiary we własne umiejętności. Zawstydzeni byle potknięciem językowym. Wystarczyłoby zrobić ankietę z jednym pytaniem – zaznacz swój poziom znajomości angielskiego. Jestem przekonana, że gros ludzi oceniłoby się o poziom niżej niż stan faktyczny. Taka mało wierząca w siebie z nas nacja

Gdy przychodzi taki moment (a przecież się zdarzają), że dzieci dopada zmęczenie, znużenie, że chcą już słyszeć polski wokół, żeby puściło to wieczne napięcie i skupienie, to mówię – wy ich rozumiecie, znacie ich język i nie mogą przy Was powiedzieć tajemnic. A my sobie możemy czasami ‘poszeleścić’ i nawet jedno słowo do nich nie dotrze :P Taki myk! I od razu czują się lepiej, bo mają jakąś choćby drobną przewagę. Dlaczego ‘poszeleścić’? Kiedyś zapytałam Billa, jak nasz język brzmi w jego uszach (to jedna z moich ulubionych zabaw – jak słyszysz obcy język, czym dla ciebie jest?). I Bill to tak prosto i pięknie ujął – że polski brzmi jak ‘szelest liści’. Przylgnęło to do mnie i tak teraz ‘widzę’ nasz język. I piękny to widok :-)

Wywiadówka po nowozelandzku? Proszę bardzo. Wtorkowe popołudnie, stawiamy się prawie punktualnie i próbujemy wczuć się w rolę Kiwi Parents. Oczywiście wszystko jest inaczej. Podział dzieci na "klasy" raczej teoretyczny; lista przedmiotów raczej krótka - pisanie i liczenie. Właściwie wokół tego wszystko się kręci, innych przedmiotów nie wyodrębniają. Wszyscy nauczyciele z "bloku" Matyldy siedzą i wspólnie tłumaczą, jak wygląda organizacja roku, semestru i każdego dnia. We wszystkim, co mówią przebija jedna myśl: dziecko, to ono jest najważniejsze. Ono ma nauczyć się przede wszystkim samodzielności i niezależności, a cały program zaprojektowany jest w taki sposób, aby zadbać o potrzeby każdego z nich. I to nie banał, wypowiadany dosyć często w wielu szkołach - dzieci we wszystkim SAME oceniają swoje możliwości i kolejne kroki, czyli czego chcą się nauczyć, co już potrafią. Zajęcia w dużej mierze mają charakter warsztatów, a dzieci trafiają do różnych grup w zależności od upodobań i umiejętności. Oczywiście nauka tej samodzielności jest ściśle kontrolowana przez nauczycieli - "Most of the time we just let them believe it's them who decide" - tak opisała to jedna z nauczycielek. Poza tym sporo czasu poświęcają wsparciu rodziców - udzielają konkretnych wskazówek, jak pomagać dzieciom, jak motywować, gdzie znajdować pomoce itd. W szkole obowiązuje żelazna zasada "No Homework", ale rodzice są zachęcani do pracy z dziećmi w domu -oczywiście czytanie, literowanie, liczenie. Miło, grzecznie i przyjemnie. Krótka rozmowa jeden-na-jeden, aby usłyszeć, jak świetnie sobie nasze dzieci radzą i można wracać do domu.
Taka sobie Kiwi szkoła.


Zdjęcia z kolekcji Filipa - taki dumny ze swojego aparatu, co rodzina z Kluczborka przemyciła do NZ, że nosi teraz wszędzie i pstryka ;-)


Głównym zajęciem młodszych na przerwie jest turlanie się z pagórka
Lunch
 
Z Toby'm
Szperając w jego zbiorach (a już pokaźną ma sumę tych zdjęć) natknęłam się na te, z trzydniowego Routeburn... :-) I jakoś tak dziwnie okulary trzeba było przetrzeć...

 
Ech...
I jeszcze Jo z dziatwą znalazłam ;-)

No i siebie 'ustrzeloną' - bo teraz mamy zabawę, kto kogo pierwszy 'pyknie' :P

Wystarczy, bo już się chaos zaczyna wkradać ;-)

3 komentarze:

  1. Pani Marto, świetne uwagi z tą naszą znajomością języka, zgadzam się że najważniejsza jest komunikacja:) a tak w ogóle to Pani blog i kawka to najmilsze chwile poranka:)))
    K.K.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. I znów chce mi się chcieć :-)

      Usuń
    2. Zgadzam się:) Blog jest wspaniały, zdjęcia piękne, wszystko tak dopieszczone i spójne. Lektura obowiązkowa!

      Usuń