czwartek, 5 lutego 2015

Powiało smutkiem

Świdrujący ból głowy, rozdrażnienie, obniżony nastrój. Cały długi dzień. Nic nie możesz zrobić, nigdzie się nie schowasz. Przed fenowym wiatrem, zwanym tutaj Nor'wester lub Canterbury's Nor'wester nie ma ucieczki. Wczoraj zrozumiałam, o czym mówiła Judy. Wczoraj odczułam to każdą komórką ciała. 

Suchy, gorący, porywisty wiatr wgryza się wszędzie. Nie możesz zamknąć się na cztery spusty w domu, bo żar nagrzewa tę puszkę niemiłosiernie. Okna otwarte i, zważywszy na fakt, iż mieszkamy dosłownie pośrodku placu budowy, każdy przedmiot pokrywa się pyłem i piaskiem. Czego nie dotkniesz, na palcach zostaje ci brud. Bezsilność. Przeczekać…


Wczorajsza apokalipsa :-(
 

Z powodu wiatrów Christchurch ma ponoć najwięcej w Nowej Zelandii ludzi psychicznie niezrównoważonych. A z bardziej pozytywnych ciekawostek - lotnisko w Christchurch ma dwa prostopadłe do siebie pasy startowe: podstawowy, który umożliwia starty przy wiatrach północno-wschodnich i południowo-zachodnich i drugi, który umożliwia starty w czasie, gdy wieje Nor'wester. Gdy czekaliśmy przy pasach na odlot samolotu dziewczyn, z auta zaparkowanego na poboczu wysiadła babuleńka i poinstruowała nas, gdzie się ustawić, żeby dobrze widzieć. Lokalni amatorzy startów i lądowań doskonale wiedzą, skąd wieje i jaki jest ruch samolotów. 


Drugi dzień szkoły za nami. Rano jest siłowanie się z oporem, nastrojami, przytaczanie argumentów (dlaczego warto) do znudzenia. Gdy odbieram dziatwę o 15.00 to słyszę – już?! Tak szybko minęło… Yhm….


 

Jutro ruszamy w dół wyspy, wzdłuż wschodniego wybrzeża. Naszym celem jest najbardziej na południe wysunięte duże (mając na myśli gabaryty w skali NZ) miasto, Dunedin oraz Półwysep Otago. Tym razem planów niewiele. Zobaczymy, gdzie nas poniesie. Byle przed siebie. 



Brak komentarzy:

Prześlij komentarz