czwartek, 26 lutego 2015

Przed siebie

Po trzech tygodniach ruszamy przed siebie. W góry. Gdzie ludzi mało, zasięgu brak. Gdzie przestrzeni i nieba ile dusza zapragnie. Na swobodne oddychanie i myśli wyganianie. Na długie wędrowanie, butów zdzieranie, widoków pochłanianie, zdjęć pstrykanie ;-) Już przebieram nogami! 


Nie nabijać licznika zaglądaniem, bo nie odezwiemy się do poniedziałku na pewno :P


I tylko z wczoraj zdjęcia dzieci, które coraz odważniej poczynają sobie na hulajnogach :-) Szkoda, że u nas nie ma takich ramp – to zdanie dzieci. No szkoda. I takich placów zabaw, gdzie nie tylko pobujać się i na tyłku zjechać, ale i wysiłek wykonać, wyzwanie podjąć, formę poćwiczyć. Też szkoda. Że ich nie ma lub że w ilościach śladowych. A może by tak pomyśleć i coś w tym kierunku..? Bo jeśli wszelkie ograniczenia są tylko w naszych głowach (nadal chcę w to wierzyć), to nie ma rzeczy niemożliwych ;-)
To be continued.


Na każdym osiedlu takie miejsca
 
 
 
Jeden z naszych ulubionych placów.
Przy publicznej szkole podstawowej.
Taka atrakcja pojawiła się na szkolnym podwórku dzieci.
Kiwi wystrzeliwują z tego na wszystkie strony, aż mnie ciarki przechodzą.
I jedynie miękkie podłoże uspokaja moje czarne scenariusze w głowie ;-)

środa, 25 lutego 2015

Po pierwsze... dzieci

Jeśli wywozisz dzieci na koniec świata, odcinając je od wszystkiego, co znane, bezpieczne, ważne – dla nich ważne – to niekwestionowanym priorytetem staje się stworzenie im komfortu psychicznego i poczucia, że zawsze dla nich jesteś. Że zawsze mogą na ciebie liczyć. Żadnych dróg na skróty, żadnych półśrodków. I temu podporządkowujesz wszystko. Tyle im jesteś winien. Bo one nie kwestionowały twoich wyborów, poszły za tobą w ciemno. Zostawiły swoje skarby, swoje ukochane zabawki, swoje miejsca i przyjaciół, swojego psa i, zabierając kilka drobiazgów, zgodziły się pójść za twoimi marzeniami. 

Czasem z trudem przełykasz ślinę, gdy  tłumaczysz im kolejny raz, że na coś cię nie stać. Ale potem widzisz, że przyjmują to z coraz większą pogodą, rozumieją. Bo mają pewność, że zaraz ruszymy gdzieś przed siebie, na nową, ekscytującą wyprawę. I że to tak naprawdę się liczy. Ten wspólny czas, wspólne wędrowanie. Gdy widzą, ile nam to daje radości i szczęścia, to sami chcą być ich częścią. Nasiąkają pragnieniem przestrzeni i widoków. Zarażają się naszym zachwytem światem. I jeśli przywiozą w sobie nieposkromiony apetyt do jego odkrywania, to uznam to za najcenniejszy prezent, jaki mogłaby im ofiarować Nowa Zelandia :-)


Uwielbiam ich ‘podsłuchiwać’:
… kiedyś będę naukowcem, ale takim, co podróżuje po całym świecie (Fitu)
…to wrócisz do Nowej Zelandii? (Mat)
… pewnie, że wrócę. Wszędzie będę jeździł. Co to za problem?! :-) (Fitu)
Matylda po trzydniowym szlaku Routeburn regularnie pyta, kiedy wyruszymy na kolejny. Najlepiej jeszcze dłuższy. A mi aż serce rośnie z radości, że złapała bakcyla :-)


Są trudne momenty. Tak, uczciwie przyznaję, że zdarzają się chwile, gdy chciałoby się samemu. Szczególnie po opowieściach tych, co przed siebie, bez zobowiązań i zamartwiania się; bez tego ‘siku’ 10 min po wyjściu z domu; bez kaszlu późnym wieczorem, gdy zastygasz w przerażeniu co się z tego wykluje; bez ‘głodny’ w momencie, gdy w plecaku już tylko okruchy; bez ‘to on zaczął, nie to ona zaczęła’ na tylnym siedzeniu; bez ‘nudzi mi się’, gdy jeszcze 200km przed tobą… Tak, czasem są te chwile, że chciałoby się samemu. Nie myśleć, nie trapić się, nie przewidywać. Ale to tylko chwile. Mijają szybko. Jak smutne zdziwienie, że ktoś może poczuć się uprawniony do tego, by – nie znając ciebie ani motywów twoich wyborów – oceniać je i udzielać rad, jak żyć…


Oglądam zdjęcia wstecz, od przylotu tutaj i nie ma miesiąca, żeby dzieci nie były na nich szczęśliwe. Przetrwały z nami różne, trudne momenty. Znosiły nasze nastroje. Dzieliły naszą tęsknotę. I dojrzewały – nie tylko fizycznie, choć niektórzy twierdzą, że Filip wyjechał jako chłopczyk, a wróci jako poważny chłopak ;-) Myślę, że te doświadczenia rzeźbią ich od środka, kształtują im charaktery, ustawiają priorytety w życiu. I, jak już kiedyś pisałam, że będą to wspomnienia, od których zawsze będą się mogli odbić, by wzlecieć już tylko wyżej :-)


Początki w kilku ujęciach:

 
 
 
 
 
 
 
 

I tak, powtórzę się kolejny raz, dumna jestem jak diabli z tych naszych dzieci i wierzę, że wyrastają na fajnych, ciekawych świata ludzi :-)


niedziela, 22 lutego 2015

The grass is always greener...

Czy gdybyśmy zamieszkali w innym mieście, nienaruszonym, nietkniętym to ……. byłoby inaczej? Myślę, że byłoby zupełnie inaczej. Miast nowozelandzkich nie widzieliśmy wiele do tej pory (bo ileż ich jest?!), ale te, które napotkaliśmy po drodze, były zupełnie inne od Christchurch. Spokojne, leniwe, urokliwe. Jakby czas się w nich zatrzymał. I ty też chcesz się w nich zatrzymać, zapomnieć, zasiedzieć…

Christchurch jest inne. Ono boli. Na każdym kroku przypomina o tym, co wydarzyło się dokładnie cztery lata temu. Włóczyliśmy się dziś godzinami po ulicach, próbując znaleźć różnice między tym, co zastaliśmy pół roku temu, a obecnym stanem. Zmiany są, ale to wylizywanie się z ran jest długotrwałym, mozolnym wysiłkiem. Tak wiele jest jeszcze do zrobienia. Dziś mniejsze i większe gesty pamięci. Kwiaty w drogowych pachołkach i rzucane do rzeki Avon przy akompaniamencie szkockich dud. Kartki wieszane na drzewach. Uroczystości. Nowe murale (w ramach Festiwalu Sztuki Ulicznej) rozświetlające najbardziej opustoszałe, najsmutniejsze zakamarki centrum. 


Nad rzeką Avon
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
Zadziwiające, jak można wykorzystać różne materiały i nadać
specyficzny charakter, wydawałoby się, beznadziejnemu miejscu...
Wyszukiwanie nowych murali to wyzwanie dla dzieci
 
 
 
 
 
 

Byłoby zupełnie inaczej. Ale mieszkamy tutaj. Przyzwyczailiśmy się już do wiecznych pomarańczowych oznaczeń robót, objazdów, remontów, placów budów. Od pół roku obserwujemy, jak życie toczy się swoim torem, bez żalu, dlaczego my, dlaczego nas, dlaczego tutaj.
Przez 2 lata od tragicznej daty, Christchurch doświadczyło ponad 7500 wstrząsów wtórnych (niektóre źródła mówią nawet o liczbie przewyższającej 11 tysięcy). Czy możemy sobie w ogóle wyobrazić, co czuli mieszkańcy za każdym razem, gdy ziemia ponownie się kołysała?!

Zaledwie kilkanaście sekund, a centrum miasta praktycznie znikło z powierzchni ziemi. 


To uczy pokory. Daje inną perspektywę. Gdy patrzymy na to miasto wdrapując się na wzgórza, gdy widzimy całe piękno jego lokalizacji – pomiędzy oceanem a majestatycznymi górami to przez chwilę zapominamy, że ceną za tę szczodrość natury jest wieczny lęk, niepokój. O to, co może zdarzyć się w każdej chwili. Nieprzewidywalna kpina żywiołów, która w kilka sekund potrafi obrócić całe twoje życie w mało śmieszny żart :-( Nie da się bezkarnie żyć w raju. Przyglądając się bacznie Christchurch od ponad pół roku zaczynam to w końcu rozumieć. 
 
‘The grass is always greener on the other side.’ W wolnym tłumaczeniu oznacza nasze polskie: ‘Wszędzie dobrze, gdzie nas nie ma’ czy ‘Cudze chwalicie, swojego nie znacie’. Zrozumieć sens tych słów, ich ironiczną wymowę i zachować tę świadomość... To chyba najważniejsze zadanie domowe, jakie tu odrobiłam.

czwartek, 19 lutego 2015

Z pamiętnika glazurnika - część dziewiąta

Należy zameldować, że pomimo trudności firma nadal działa:-) Miesiąc temu pisałem o zmasowanym ataku instytucji kontrolnych - działo się sporo. Osobliwym doświadczeniem było telefoniczne przesłuchanie przez Panią urzędnik z lokalnego PIPu. Każde pytanie jak mina z opóźnionym zapłonem - co odpowiedzieć, żeby nie narazić siebie na kłopoty, a z drugiej strony nie zaszkodzić szefowi? Stąpałem po kruchym lodzie i nadal nie wiem jak wyszło. Kontrola się nie zakończyła i wniosków nie ma. Urząd imigracyjny za to się spisał i postawił zarzuty mojemu szefowi dotyczące rzekomego nielegalnego zatrudnienia imigranta bez uprawnień. Pierwsza rozprawa jeszcze w lutym. W Polsce byłoby łatwiej i mógłbym poprosić o pomoc silną grupę wsparcia z kręgu przyjaciół-prawników. Tutaj pozostaje mi poklepanie szefa po ramieniu i pilnowanie, aby nie zadzwonił do imigracyjnego z pogróżkami. To jego specjalność. Bardzo skuteczna przy ściąganiu należności. Konsekwencją jest to, że usuwam kolejne numery z książki adresowej - ten klient już się do nas nie zgłosi, oj nie zgłosi... Z ciekawostek dropsa szef stracił jeszcze prawo jazdy, więc wymaga ciągłego wsparcia szoferskiego. Powtarzam to za każdym  razem, ale nudy tutaj nie ma... 

Są też sukcesy, a jakże! Po trzech miesiącach ukończyliśmy wreszcie prysznic ze ścianą ze szklanych cegieł dla uroczej Pani doktor - wspominałem o niej wcześniej jako o kliencie idealnym, który nigdy nie narzeka, zawsze cieszy się z postępów i jeszcze płaci na czas. To nieliczne wyjątki, niestety. Na co dzień jest tak, że firmy zarządzające remontami domów po trzęsieniu ziemi chcą szybko i tanio, właściciele domów liczą na to, że ugrają więcej niż mieli przed trzęsieniem, podwykonawcy prowadzą roboty w kilku miejscach na raz i wszędzie zostawiają podobnych do mnie średnio wykwalifikowanych "fachowców". Ja wyróżniam się tym, że rozumiem, zwykle, co do mnie się mówi. Większość Filipińczyków, Somalijczyków czy Wietnamczyków zna angielski słabo lub w ogóle. To oznacza masę nieporozumień, niedopowiedzeń i przerażającą skalę niedoróbek i błędów. Odwiedziłem dzisiaj klienta, u którego pracowaliśmy w grudniu w ramach kompleksowego remontu uszkodzeń po trzęsieniu ziemi - remont zakończony w styczniu przez jedną z największych firm budowlanych Buildtech. Przepiękny dom pod przełęczą Dyers na Port Hills - stylowe drewniane wnętrza, taras z panoramą na całe miasto, bajecznie. No i tylko podłoga się zapadła w kuchni, bo ktoś źle podpory ustawił, a może w ogóle ich nie ma...? To czarna strona programu Rebuild Christchurch - obok ogromnych opóźnień, jakość prac jest często poniżej wszelkich standardów. Cóż, jak nasze kafle zaczną odpadać, to mnie już tutaj nie będzie. Ta myśl pozwala na odrobinę relaksu psychicznego i nabranie dystansu. 


Idę prosto, nie biorę jeńców żadnych.... :-) I nadal jako glazurnik/marketingowiec/project manager/logistyk/szef spotykam kolejne osoby na swojej drodze:


Peter - Kiwi z krwi i kości. Farmer po 60-tce, wszystko co NZ jest najlepsze. Kiedy podjeżdżam swoim Ute, made in China, Peter za każdym razem zaznacza, że on by tego nie kupił. Z dumą opowiada o swojej farmie i żniwach, a każdą decyzję dotyczącą wystroju łazienki ceduje na żonę. 


Roger - emerytowany inżynier lotnictwa, zawsze uśmiechnięty i trudno się dziwić. Z jego tarasu na szczycie Mt Pleasant, który w pocie czoła pokryliśmy glazurą, widać plażę New Brighton i Sumner... Roger generalnie wie lepiej i nauczyłem się z nim nie kłócić :-) Tym bardziej, że żona Dianne serwuje wyśmienite scones z kawą.


Jason - kierownik budowy na naszej największej inwestycji dla Hann Construction. Młody, roześmiany i najczęściej z kawą albo piwkiem. Pochodzi z Australii i zrozumieć go jest ciężko, ale jak coś jest nie po jego myśli, to i słowa niepotrzebne, nawet nasi Filipińczycy wiedzą o co chodzi:-)


Nick - jeden z Project Managerów w Buildtech'u. Sprowadził się do Christchurch z Wyspy Północnej w tym samym czasie co my i może dlatego mamy świetny kontakt. Często narzeka na zarobki, życie, firmę, szefów, pracę, korki.... Kiedy jednak wspomniałem kiedyś, że 30% dzieci w NZ jest niedożywiona to rzucił się do obrony dobrego imienia ojczyzny jak lew.  Kolejny gość z akcentem, który pozwala mi zrozumieć zaledwie 70% każdej wypowiedzi, czasami nawet mniej...


Rachel - da równowagi kobieta jakaś :-) Mama Toby'ego i Livy, przyjaciół naszych dzieci, typowa "mama Kiwi". Mąż siostry jej męża jest Polakiem i za każdym niemal razem, kiedy odbieram Filipa lub Matyldę Rachel o tym wspomina i opowiada o ich wspólnych wyjazdach wakacyjnych. Co ciekawe, właśnie dostali decyzję, że ich dom zostanie zburzony, ponieważ naprawa spękanych fundamentów jest niemożliwa. Taka tam, decyzja...

Różne chwile ostatnich dni:



Wzgórza Port Hills. W oczekiwaniu na zachód słońca
Christchurch u naszych stóp
 
 
 
Nowa pasja Filipa :-)
Pierwszy mecz w drużynie Hornets (Szerszeni)
Ogród Botaniczny po raz ... dziesiąty ;-)