piątek, 16 stycznia 2015

Wellington zachwyca! Zachwyca...?

No i stało się. Po kilkunastu dniach zupełnej beztroski, braku konieczności martwienia się o to co zobaczyć, jak dotrzeć, co, gdzie zarezerwować, zdecydowałyśmy się zostawić, na krótką chwilę, naszą niezastąpioną czwórkę i ruszyć samotnie na północ, do Wellington.
Po mocnym przebudzeniu, przynajmniej niektórych z nas, wywołanym, wspominanym już trzęsieniem ziemi, ruszyłyśmy w 8-godzinną podróż do stolicy; miasta, które według przewodników i opowiadań Billa, miało zawrócić nam w głowie.
Pociąg linii Coastal Pacific, wiezie nas przepiękną trasą widokową; ponownie okolice Kaikoura, gdzie rzucamy okiem na wygrzewające się na słońcu foki, licząc, że może i jakiś wieloryb znowu się pokaże;-), wreszcie północ przypominająca jedną wielką winnicę. Zatrzymujemy się na kolejnych stacjach kolejowych, które wyglądają jak gotowe scenografie do westernów; małe, kolorowe, charakterystyczne  budynki, stojące pośrodku niczego, z jednym peronem i obsługą, zupełnie odmienną od tej, do której przyzwyczajają nas nasze kasy dworcowe. Żadne tam szorstkie „słucham”. Każdy petent może liczyć na krótką pogawędkę z nieodłącznym; „Witaj moja kochana!”, „Jak się dzisiaj  miewasz?” „Jak mija podróż?”. Wszystko wypowiedziane słodkim tonem dobrodusznej babci. Co gorsze, takim samym tonem trzeba odpowiedzieć. Dałyśmy z siebie wszystko, choć kusiło, żeby sprawdzić reakcję na nieco mniej sztampową odpowiedź. W Picton, sprawnie zmieniamy środek transportu na prom, którym wzdłuż przepięknych fiordów, docieramy do celu.
I….
Schodzimy na ląd mocno zapierając się nogami, bo Wellington to ponoć najbardziej wietrzne miasto Nowej Zelandii. I tu pierwsze niespodzianka, nie wieje! Znikają obawy o rozwiane na zdjęciach fryzury :-) I tak przez całe dwa dni – upalnie.
U niektórych z nas, odsyłam do wpisu Ani,  już pierwszy oddech wielkomiejskim powietrzem, wywołuje uśmiech na twarzy. Wreszcie koniec z ciągle powtarzającą się fauną i florą – jest życie!
Dla mnie, to po prostu wielka metropolia, której architekturę trudno porównać do znanych nam stolic europejskich. Nie ma co liczyć na okazałą starówkę z zapierającymi dech budynkami. Nad miastem  górują szklano – aluminiowe wieżowce, a wszystkie „must see” z przewodników okazują się jednym, wielkim kiczem. Wybieramy więc promenadę wzdłuż oceanu, krążąc między kolejnymi alejkami z jachtami, mijając setki biegaczy w różnym wieku, zastanawiając się kiedy oni pracują? I im dalej od centrum, im wyższe punkty widokowe, tym miasto nabiera uroku, ale tylko na chwilę, bo zejście na dół znowu obnaża jego nijakość, jak dla mnie, oczywiście. I taki odbiór miasta, może zbyt pochopny i niesprawiedliwy, mogę przekazać tylko tutaj, bo na niedzielnego grilla z Nowozelandczykami trzeba przygotować opowieści nafaszerowane ciągłymi  „och” i „ach” :-)
Dla mnie Wellington, do podróż do i z; zachwyciło mnie to co po drodze. Czyli znowu przyroda. W przeciwieństwie do miast, tak zupełnie odmienna od naszej.
Powrót z atrakcjami. Wzdłuż promu przez krótką chwilę, płyną z nami delfiny. To jest widok, który wywołuje, u dwóch z nas;-), niekontrolowane okrzyki!
I wreszcie peron w Christchurch i dzieciaki machające przez szybę i Marta i Jacek z szerokimi uśmiechami.  Ja jednak wolę południe :-)

Patrycja

Dwa dni w Wellington. Namiastka the coolest little capital in the world - palcem po hostelowej mapie, stopą od punktu A do punktu B. Rozczarowanie dla czekających na architektoniczne perełki. Pejzaż jakże odmienny od dotychczas widzianych w NZ. Dzikość przyrody ustąpiła na rzecz miejskiego pomruku. Spacer wśród cieni korporacyjnych drapaczy chmur i wzdłuż gęstego od biegaczy wybrzeża. Cuba Street i okolice pełne miejsc ukrytych przed obiektywami turystów - zachęcających, by zajrzeć i opróżnić kieliszek w towarzystwie stałych lub przejściowych mieszkańców miasta. Poczuć nocny klimat miasta. Bezcenne. W przewodniku subiektywnym do rubryki: must feel.
Ania


Jedna z klimatycznych stacyjek
W drodze
Słynny most 'Z miasta nad morze'
Wg przewodnika 'niezwykły, udekorowany
przez artystów absolutny must'
!
Civic Square - centrum kulturalne
Panorama miasta
Kolejny ABSOLUTNY MUST - słynne schody Plimmera :P
 
Duma miasta  - Muzeum Te Papa
Jedna z ładniejszych panoram miasta
Trzyminutowy przejazd kolejką gwarantuje
niezapomniane wrażenia!
Parlament. Trawnik w 'remoncie'
 

2 komentarze:

  1. Panorama miasta ok ... wszystkie must see nie koniecznie... i widzę zmiane koloru skóry...

    OdpowiedzUsuń
  2. Ale jak mogłyście nie pojechać do Shire?! A.Ch.K.

    OdpowiedzUsuń