sobota, 24 stycznia 2015

Przeżyj to sam..

Jak w jednym wpisie zmieścić wrażenia, przeżycia, wydarzenia z ostatnich kilku dni, które czasem składają się na pół roku życia?! Jak ubrać w słowa intensywność emocji? Jak to wszystko przekazać? Tylko na raty ;-) Nie da się inaczej. Nie ma możliwości, żeby podzielić się wszystkim od razu. A szkoda skracać, pomijać. Wielka szkoda. Dlatego cierpliwości. Będzie dużo. Będzie szczegółowo. A dziś tylko w telegraficznym skrócie.

W sumie przejechaliśmy 1900km. Widzieliśmy wiele. Doświadczyliśmy jeszcze więcej. Zobaczyliśmy Nową Zelandię taką, jaką obiecują foldery – magiczną, baśniową, nierealną, zachwycającą i… w wersji 100% lukrowanej ;-) Bo pogoda była dla nas tak łaskawa, że w każdym odwiedzanym miejscu błękit nieba i jasne słońce. Co, zważywszy na poprzednie wpisy, jest albo cudem, albo dobrze ‘zabukowanym’ elementem wyprawy ;P


Jako przedsmak czekających nas wrażeń pokonaliśmy jedną z najpiękniejszych tras samochodowych na świecie (a był wczesny ranek i wstawało słońce, i…. ech…) i zobaczyliśmy tzw. ‘ósmy cud świata’, czyli fiord Milford Sound. 


Tak nas powitał poranek w drodze z Te Anau do Milford Sound
Fiord Milford Sound i Mitre Peak
 

A potem już prosto do miejsca, skąd wyruszaliśmy na trzydniowy Great Walk – Routeburn. 32 kilometry do pokonania, przez góry i doliny. Z całym ekwipunkiem na plecach. Zatrzymując się na nocleg w chatach przypominających baraki – prycze, wiatr wyjący nocą i lodowata woda w kranikach. Czy było warto….? To jedno z najwspanialszych przeżyć. I te widoki, ten kalejdoskop krajobrazów wartych każdego wyczerpującego zmęczenia… I nasze dzieci, które bez zająknięcia prawie – dały radę! Naprawdę dały radę!!!


Dopiero ruszamy, jeszcze nieświadomi tego, co nas czeka...
Brudni, zmęczeni, ale naładowani energią zjechaliśmy do Queenstown, światowej mekki sportów ekstremalnych. Miasto urzekło nas pod każdym względem. Jest takie, jakiego oczekiwaliśmy. Hedonistycznie niepoprawne ;-) 


Nie mogliśmy, będąc w takim miejscu, nie zrobić czegoś szalonego… :P No nie mogliśmy! Każdy wybrał, co mu się marzyło. 
Niektórzy pofruwali na paralotni… 

 

a niektórzy skoczyli na bungy :D

Jak skoczyć to z mostu Kawarau,
gdzie narodziło się
bungy
 

Dzieci też miały swoją adrenalinową atrakcję!


I masa innych miejsc, zdarzeń, emocji w drodze do i z powrotem… I o tym wszystkim napiszę – po kolei, poświęcając każdemu istotnemu wydarzeniu osobny wpis. Bo teraz tysiące zdjęć do ogarnięcia i selekcji, myśli do przetrawienia, zmęczenie do odespania. I właśnie zaczynają się moje urodziny, więc proszę mi wybaczyć ten ekstremalny skrót ;-) Nadrobię w dwójnasób!

2 komentarze:

  1. Wspaniale! jesteście, już nie mogliśmy się doczekać Waszej relacji. Bungy nie zazdroszczę, ale fruwania na paralotni ...... Zdjęcia przepiękne, super że pogoda dopisała. Szacun dla dzieciaków, że dały radę. Czekamy na dalszą relację. Życzymy Ci Marto jeszcze wielu takich wspaniałych przeżyć i dużo uśmiechu. Iwona i Tomek

    OdpowiedzUsuń
  2. Jeśli ktoś w zakamarku serca trzymał słowo zazdroszczę, to teraz oczywiście w pozytywnym tego słowa znaczeniu wydusi, żeby nie zabrzmiało źle, wspaniałe ;-)

    OdpowiedzUsuń