poniedziałek, 5 stycznia 2015

Póki czas....

Spieszmy się oglądać lodowce…. W ciągu ostatniego stulecia zniknęło ok. 80% objętości lodu lodowcowego w Alpach Południowych (wg badań nowozelandzkiego National Institute of Water and Atmospheric Research). Od kilku dni w nowozelandzkiej prasie ( i ponoć też w prasie ogólnoświatowej) trąbią o tym, że dwa najsłynniejsze lodowce w NZ – Franciszka Józefa i Foxa, są dostępne tylko w opcji znacznie uszczuplającej portfel – helikopterem. Do niedawna można było się na nie wspiąć z przewodnikiem. To tylko dwa z ponad stu lodowców występujących w tej najwyższej partii Alp Południowych, ale za to dwa najbardziej spektakularne. Ich jęzory schodzą stromymi grzbietami w dół, czyniąc z nich jedyne na świecie lodowce spływające do dolin porośniętych lasem deszczowym! 

Jako że wersja z lotu nie wchodziła w grę wybraliśmy tradycyjny sposób z tak zwanego buta. Idąc doliną wzdłuż rzeki w kolorze cementu, którą spływają ku ostatecznej zagładzie kawały lodowca mogliśmy zobaczyć wyparowywujące czoło Franka Józka. Dlaczego niemiecki geolog nadał mu imię austro-węgierskiego cesarza??? Mi bardziej odpowiada maoryska nazwa ‘Ka Roimate o Hinehukatere’ (Łzy Hinehukatere), związana z legendą o powstaniu lodowca z łez niewiasty rozpaczającej za pierdołowatym ukochanym Wawe. 


W drodze do lodowca takie atrakcje
 
Lodowiec i roślinność lasów deszczowych w jednym
ujęciu... o czymś to świadczy.
 

Jedną z najbardziej popularnych atrakcji w okolicy lodowców jest również jezioro Matheson. Jezior innych mnóstwo po drodze, ale to słynie z malowniczych refleksów – w tafli wody przeglądają się majestatyczne ośnieżone szczyty z Mt. Cook na czele. Oczywiście odbijają się przy wyjątkowo sprzyjających warunkach pogodowych, więc my podziwialiśmy głównie refleksy okolicznych traw i badyli. Było pięknie mimo to ;-) Szlak wokół jeziora przez bujny las sam w sobie był wielką przyjemnością, a obiad na tarasie z widokiem na Aoraki to już w ogóle przesada :P


Wiszący most w drodze na jezioro Matheson
 
Po prawej już prawie widzimy Mt Cook ;-)
 
Jakby się tak przyjrzeć...

Po pokonaniu setek kilometrów w sobotę ( po drodze było jeszcze zagłębie nefrytu, czyli Hokitika), następny dzień już na miejscu, w pobliżu chaty Billa. Najpierw bardzo przyjemny szlak pagórkami nad oceanem, w większości wijący się przez subtropikalny gęsty las, a później obiad na tarasie i sjesta. Brzmi bajkowo? Bo tak było :-) I jeśli możesz takie chwile dzielić z przyjaciółmi to smakują one podwójnie. Jak pyszne nowozelandzkie lody! Nie, jak podwójna porcja lodów ;-) 

$$$...
 
 
 
 
 
 

A w drodze powrotnej Castle Hill... Sami. W ciszy. Cudnie...

 
 

Nasz pierwszy wspólny weekend tutaj intensywny. Dlatego dziś korzystamy z nadmiaru słońca i wylegujemy się na plaży. Co chwilę przypominając sobie z niedowierzaniem, że jest… styczeń! 

Dla tych, co czują niedosyt więcej zdjęć TUTAJ :-)

1 komentarz: