poniedziałek, 26 stycznia 2015

Routeburn, czyli śladami Hobbita

Great Walk, czyli nowozelandzka trasa Wielkiej Wędrówki marzyła się nam na długo przed przylotem do NZ. Chcieliśmy doświadczyć uroków tego kraju w najbardziej możliwy surowy sposób. I ten trzydniowy marsz trasą 32-kilometrowego szlaku przez dwa parki narodowe Fiordland i Mt Aspiring umożliwił nam całkowite oderwanie się od cywilizacji i wszelkich udogodnień.  

Wszystko, co niezbędne – ubrania na każdy scenariusz pogodowy, śpiwór, jedzenie pakujesz na plecy i w drogę. Dzień pierwszy to głównie lasy deszczowe z bujną soczystą roślinnością. Wodospady na każdym kroku (w sumie Filip naliczył 105, a w tym pierwszym dniu było ich ponad 70). Powoli wyłaniające się szczyty Alp Południowych. Pogoda nam sprzyja, więc tylko przyglądamy się z lekką obawą potokom mniejszym i większym, które w razie ulewy mogą skutecznie podtopić nasz szlak. Dzień pierwszy, z racji porannego rejsu na fiordy, rozpoczęliśmy z opóźnieniem, więc trzymamy tempo marszu. Pod wieczór dochodzimy do pierwszego miejsca noclegowego, zwanego Lake Mackenzie Hut. Okolica jest piękna – chata leży w dolinie nad szmaragdowym polodowcowym jeziorem. Mijamy pierwszy budynek – na tarasie pani czyta książkę popijając wino. To wersja dla miłośników luksusu, którzy mogą pokonać ten szlak w opcji all-inclusive. Za ‘jedyne’ 1100$ do dyspozycji ma się prywatne kwatery z ciepłą wodą, wygodną sofą, zimnym piwem plus towarzystwo przewodnika górskiego. Ale my idziemy dalej, do chaty drugiej kategorii, która wygląda jak schludny barak z pryczami. Oczywiście bez prądu. Obok pomieszczenie kuchenne (jedynie palniki, żadnego wyposażenia). Toalety i umywalki z lodowatą wodą na zewnątrz. Tak miało być i tego się spodziewaliśmy, więc rozczarowania nie ma. Jesteśmy zmęczeni, więc połykamy skondensowane papki i wskakujemy w śpiwory, bo przed nami najdłuższy i najtrudniejszy odcinek szlaku. I tylko przez chwilę przychodzi nam wszystkim myśl, że góry zawsze kojarzyły się nam z zasadą, że nie ma tu miejsca na podział warunkowany zawartością portfela… Że to właśnie jedno z tych miejsc, gdzie nie różnicuje się ludzi w ten sposób.  Taka myśl tylko…


No to w drogę!
 
 
 
 
Pierwszy nocleg - nasz barak tam hen z tyłu :P
Jezioro przed chatą
Przeżyjemy ;-)
 
Da się przełknąć :P
Takie widoki rano po przebudzeniu
 
Po nocy przerywanej świstami wiatru, powiewami chłodu wdzierającego się przez nieoszklone okna i chrapaniem we wszystkich możliwych tonacjach wstajemy gotowi na drugi dzień wędrowania. Znów mieszanka zalewana wrzątkiem (i już wiadomo, że ‘Lamb Fettuccini’ niejadalne, a na kogoś musi paść :P), szczękościsk przy myciu zębów lodowatą wodą i ruszamy. Początek szlaku można scharakteryzować jako niekontrolowany wytrzeszcz oczu ;-) Wchodzimy w scenerię iście z ‘Władcy Pierścieni’ – omszałe lasy, prawie fosforyzująca zieleń, tylko czekać, aż jakiś Hobbit wyskoczy zza drzewa!  Mozolnie pniemy się do góry, pokonując strome podejścia. Plecaki jakby cięższe. Szlak zamienia się w wąską dróżkę przyklejoną do zbocza gór. Stopniowo przed nami wyłaniają się sub-alpejskie krajobrazy z ośnieżonymi graniami, a gdzieś w oddali majaczy ocean. Brakuje nam tchu – i to nie tylko z zasapania wspinaczką... Długo idziemy przytuleni do zboczy, nie mogąc oderwać oczu od panoramy gór. Po drodze jeszcze bajeczne jeziora, potoki, wodospady. Dochodzimy do kolejnej chaty ulokowanej tuż przy wodospadzie. Standard podobny. Ok. 50 osób w dwóch barakach z piętrowymi pryczami. Narodowości – głównie Francuzi, Niemcy, Azjaci, jacyś Kiwi. W pamiątkowym notesie sprawdzamy, czy nasi tu byli. Byli, ale w znikomej ilości. Za to mnóstwo wpisów Czechów! Tłustym drukiem uwieczniliśmy, że Namysłów też był :-) Tej nocy zmarzłam pieruńsko. Wiatr prosto w twarz wył. Przytuliłam dziecię jak termofor, ale niewiele to dało. Gdzieś między jedną tyradą chrapiących i wzdychających wstałam i po omacku (bo ciemno tak, że własnej dłoni nie widzisz!) z piętrowego łóżka wyturlałam się na zewnątrz, żeby sprawdzić, czy te gwiazdy faktycznie na wyciągnięcie ręki. Były, dużo ich było. Niebo czyste, bezchmurne. I gdyby nie ten ziąb, to śpiwór na tarasie i planetarium nad głową by było ;-)

 
 
 
 
 
 
 
Prawdziwa uczta ;-)
Na śniadaniu co niektórzy, niestety, już zdezerterowali i nie było mowy, żeby papka przez gardło przeszła. Wygrzebywaliśmy ostatnie zapasy, batoniki, ziarna, cokolwiek. Byle przeżyć. Czekał nas ostatni już etap szlaku Routeburn. Ruszając rano nadal nie mogliśmy uwierzyć we własne szczęście – bezchmurne niebo kolejny dzień. Strach było komentować, żeby nie zapeszyć, bo każdy z tyłu głowy miał wizję, jak inna byłaby to wyprawa w strugach deszczu, o ile mniej widoków byłoby do podziwiania (jeśli byłyby w ogóle!). Ale nie ma zlituj się – dźwigasz na plecach cały ekwipunek przeciwdeszczowy, tudzież czapki, rękawiczki i inne, bo w górach nie ma nic przewidywalnego. Poza tym zawsze przydadzą się w nocy :p Ostatni dzień był pod znakiem wiszących mostów, rwących górskich rzek, bukowych lasów z mchem wołającym do każdej zbolałej kości – no połóż się na mnie! 

 
 
 
Kończysz szlak i, oczywiście, czujesz ulgę. I dumę. Wielką dumę z dzieci :-) Ale gdzieś w środku jest też mały smutek, że już… Że wracasz do życia, w którym trzeba podzielić uwagę na tyle różnych rzeczy. A tam idziesz, przed siebie idziesz. I tylko to się liczy. Żeby dotrzeć do celu. Nic innego cię nie rozprasza. To niezwykle wyzwalające uczucie.
Największym problemem po ukończeniu szlaku jest zazwyczaj to, że twoje auto jest jakieś… 300km dalej! Tyle zajmuje droga samochodem z punktu wyjściowego do końca trasy Routeburn. Można było wydać jakieś 700$ ( na naszą siódemkę) i skorzystać z przewozu. A można też było wykombinować, że na pewno ktoś wpadł na pomysł doprowadzania ludziom aut i zapłacić za to niecałe 300$. I mieć jeszcze Toyotę pod nosem zaraz po wyłonieniu się z buszu ;-)


 

WIĘCEJ ZDJĘĆ ZE SZLAKU TUTAJ :-)

Późnym popołudniem dotarliśmy do Queenstown. Inny świat. Po trzech dniach odcięcia nagle atakują cię zewsząd dźwięki, telefon już pika, mózg trochę wariuje. Ale gdy zanurzasz głowę pod ciepły prysznic to cieszysz się jak dziecko. I z tego, że kawy możesz się napić. I że nikt ci nie chrapie nad uchem. I że nie marzniesz w nocy i masz poduszkę pod głową. I z wielu innych prostych rzeczy. Doceniasz je. Po trzydniowym szlaku na odludziu Queenstown było jak rozpędzona karuzela. Ale o tym jutro.

2 komentarze:

  1. Czytamy i chłoniemy każde słowo, a każde zdjęcie oglądamy po naście razy, niesamowite...takich widoków nie ogląda się nawet w bajkach ! Bosko to za mało powiedziane :) ... i wyobrażam sobie radość, że już można się napić kawy :) Pozdrawiamy DP

    OdpowiedzUsuń
  2. Podziwiam i widoki i Was, a szczególnie dzieciaki, że dały radę. Zagapiam się na zdjęcia z otwartym buziakiem i ....... jakbym tam troszkę była :-) Iwona

    OdpowiedzUsuń