niedziela, 11 stycznia 2015

Berek z delfinami

W ten weekend to nawet my poczuliśmy się jak stuprocentowi turyści na wakacjach :-) Łącznie z pełnoetatowym glazurnikiem, co zluzował z tonu i zapomniał o ciemnych chmurach nadciągających nad firmę. Po sobocie wyleżanej na gorącym piachu plaż Christchurch dziś udaliśmy się na Półwysep Banksa, a konkretnie do uroczego miasteczka Akaroa. Wspominałam o nim w sierpniu, gdyż było to jedno z pierwszych miejsc, do których zabrał nas Bill. Wówczas jeszcze zagubionych, zmaltretowanych tęsknotą i wyobcowaniem, przemarzniętych i totalnie skołowanych. I właśnie wtedy wyszło słońce i perełka Półwyspu Banksa oczarowała nas na tyle, że postanowiliśmy tam wrócić pewnego dnia. I wróciliśmy, razem z naszą polską reprezentacją :-)

Sama droga z Christchurch do Akaroa jest tak malownicza, z pochowanymi zatokami i zakamarkami, że w sumie można byłoby spędzić cały dzień jadąc i zatrzymując się co kilka kilometrów. Zatrzymaliśmy się więc w Birdlings Flat, zatoce będącej przyczółkiem wszelkiego rodzaju ptactwa. Niesamowite miejsce...

 
Wielkie stado zrobiło sobie akurat postój i na
naszych oczach szykowało się do odlotu
 
 
Dla przypomnienia, Akaroa i cały półwysep to pozostałości po olbrzymich erupcjach wulkanicznych. Sama zatoka to potężny krater zalany krystalicznie czystą, turkusową wodą. Przyroda jawi się tam we wszystkich możliwych odcieniach piękna – malownicze zatoki o nieregularnych liniach brzegowych, cypelki, pagórki, cuda niewidy ;-) Samo miasteczko jest nieco senne, jakby zatrzymane w czasie francuskiego kolonializmu. Z uroczymi domkami obrośniętymi kwieciem różnego rodzaju. Urocze – to słowo oddaje w pełni charakter miasteczka. Wszystko do siebie pasuje – jak idealny krajobraz pocztówkowy. 
 
Akaroa z oddali
Francuskie akcenty na każdym kroku

Pohutukawa wszechobecna ;-)
 
 
Naszym celem było jednak coś innego – mianowicie delfiny Hektora, najmniejsze z waleni (do 1,5 metra). Występują one tylko i wyłącznie w wodach przybrzeżnych Wyspy Południowej Nowej Zelandii. Wyskoczywszy z $$$ wskoczyliśmy w pianki (ci, co je często zakładają zyskali mój dogłębny szacunek!) i po krótkim instruktażu ruszyliśmy łodzią wraz z pozostałymi zapaleńcami w szmaragdowy rozległy ocean. 

To wcale nie jest takie proste :P
 
I jak z wielorybami – szukanie, wypatrywanie, wyczekiwanie. Czy udało się nam zobaczyć? Zobaczcie sami ;-)


Z tymi delfinami to nie takie hop siup. Kontakt z nimi musi wynikać z ich własnej woli. Albo chcą się bawić, albo nie. Proste. To czekamy, aż się nami zainteresują. Już, już prawie są przy nas, my do wody i… cisza. Przewodniczka każe nam śpiewać i wydawać przedziwne dźwięki, żeby przyciągnąć ich uwagę. To śpiewamy, kląskamy, jodłujemy. Hymn cały odśpiewałam.. Zniknęły. I tak w kółko. Zabawa w berka z delfinami. My gonimy je, potem one nas. Skaczą, popisują się. My kolejny raz wskakujemy do wody. Początkowo z lekką nieśmiałością, bo w sumie ocean już głęboki i nieco przerażający. Ale po chwili już sama radość. Niestety, delfiny nie miały ochotę na bliższy kontakt, więc nieco z oddali. Dla nas i tak pełnia szczęścia. A jak jeszcze zwrócili nam część $ (czyli potraktowali jak obserwatorów z łodzi) to postanowiliśmy zjeść suto i bogato, pozwalając sobie na specjały półwyspu – świeże owoce morza plus Kiwi burgery i inne pyszności. Suma summarum – pływanie w głębinach oceanu było, delfiny były, lokalne specjały były. Było UROCZO :p 


 
 

WIĘCEJ ZDJĘĆ TUTAJ :-)

A jutro rozchichotane dziewuszki (to określenie Matyldy!) ruszają na czterodniowy podbój stolicy, Wellington! Ale nam tu będzie pusto bez nich... 

3 komentarze:

  1. Prawdziwe wakacje :) normalnie, po ludzku, nieszkodliwie zazdroszczę :) Jula i Laura zachwycone filmikiem, o zdjęciach już nie wspomnę. Zresztą jak zawsze :) Pozdrawiamy i życzymy wielu jeszcze takich wrażeń. DP

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Pani Doroto, ja to rozumiem :-) Dziękuję za życzliwe słowa. Magicznej, białej zimy życzymy.

      Usuń