czwartek, 29 stycznia 2015

It's not goodbye...

Ostatnie dni z dziewczynami w NZ. Deszczowe nieco, leniwe. 
Nagadać się do woli. Naśmiać i naładować baterie. Żeby starczyło... 

Fish&chips w porcie Lyttelton
 
 
Nacieszyć się słońcem :-)
Lubię lotniska. Lubię patrzeć, jak ludzie radośnie i bez skrępowania witają się, ściskają, wzruszają. Nie znoszę pożegnań... Dlatego… to nie było pożegnanie – tylko DO ZOBACZENIA!

 
 
 
 
 
 
 

 No to... poleciały :-( 

 
 
 

Thank you girls... 
'All that matters is where you lay your head.
All I care about is that you're always safe...'


wtorek, 27 stycznia 2015

Carpe diem - welcome to Queenstown!

Queenstown albo pokochasz od pierwszego wejrzenia, albo odbierzesz jako tandetną kopię Zakopanego. My zakochaliśmy się w tym miejscu. Może dlatego, że dotarliśmy tam po trzech dniach totalnego odcięcia od wszystkiego? A może właśnie dlatego, że siła tego miejsca leży w jego autentyczności? Spodziewasz się komercyjnej mekki adrenalinowych rozrywek, tłumów podekscytowanych turystów i mnóstwa miejsc pożerających cenne dolary. I tak jest! Queenstown wcale nie udaje czegoś innego – jest właśnie tym, czego się oczekuje. Pulsującym punktem na mapie Wyspy Południowej. 

Do tego jego lokalizacja jest tak spektakularna, że nie sposób się nim nie zachwycić. Leży nad najdłuższym nowozelandzkim jeziorem Wakatipu (80 km), które jest też jednym z najgłębszych (do 420m). Wydawałoby się, że przy takich gabarytach i sprzyjających wiatrach powinno się na nim roić od łódek, jachtów i windsurferów. Hmm…, jakoś brak! Pojedyncze żaglóweczki wyglądają jak małe kropki na tafli jeziora. Nic poza tym. Dziwne. 

 

Jak już nacieszyliśmy się ciepłym prysznicem w hostelu młodzieżowym (swoją drogą – lokalizacja w samym centrum, warunki super) zagłębiliśmy się w urokliwe uliczki pełne knajpek, barów. To chyba jedno z niewielu miejsc w Nowej Zelandii, gdzie większość lokali nie zamyka się o 17.00! Nadbrzeże wypełnione spacerującymi ludźmi. Plaża w samym centrum, na której spektakularnie lądowali paralotniarze, a obok pomostu miejsce startowe jet boatów. Jest w tym mieście jakieś wszechobecne, udzielające się każdemu ‘carpe diem’. Nabierasz chęci, by spróbować wszystkiego i skutecznym hamulcem okazują się jedynie ceny rozrywek :P


 
 
 
Starodawny parowiec TSS 'Earnslaw', zwany 'Damą Jeziora'
Szczyt Bob's Peak, górujący nad samym miastem - naszpikowany
atrakcjami i wykorzystany pod każdym możliwym względem
Wydać prawie 200$ za kilka minut szaleństwa? Brzmi irracjonalnie, prawda? Ale czasem po prostu chcesz to zrobić. Chcesz zrobić coś zupełnie absurdalnego i poczuć, jak ci wibruje każda komórka ciała. Chcesz chwycić te chwile garściami... Most Kawarau – kultowe miejsce i kolebka skoków bungy. To mi się marzyło. Innym marzyła się paralotnia. Każdy skutecznie podniósł swój poziom adrenaliny :-)

 
 
 
W międzyczasie trafiliśmy przypadkiem na 'canyoning', czyli ekstremalny sport wodny w falach rwącej górskiej rzeki. Skoki lub ślizgi ze stromego urwiska skalnego do lodowatego strumienia, zmagania z pędzącym nurtem i takie atrakcje. Na nas zrobiło piorunujące wrażenie!
 

Nowa Zelandia potrafi sprzedać wszystko, każdy najmniejszy ciek wodny nazwie hucznie wodospadem i też sprzeda. Samą siebie zapakuje w taki sposób, że sam wyciągasz ręce ;-) I nawet hamburgery sprzeda jako te naj! Fergburger to miejsce w Queenstown, gdzie kolejka jest prawie całodobowa. I choć nie przepadam to też się skusiłam. I… no warto było! Smakowite, świeże i ogromne! Spokojnie starczy jako danie główne. 

 
Żal było opuszczać Queenstown... Droga powrotna była dłuuuga, ale robiliśmy liczne przystanki. Arrowtown - dawna osada pamiętająca czasy gorączki złota...

 

oraz jeziora polodowcowe....
 
Wanaka - tutaj wakacje spędzają Kiwi
Windsurferów na jeziorach nie ma... ale za to tego mnóstwo!
Pukaki - pogoda wręcz wymarzona...
Nawet Mt Cook w całej okazałości!!!

 
Tekapo
Zaintrygowało nas obuwie jednej z Azjatek
na tej kamienistej plaży ;-)

a co niektórzy nawet odważyli się zanurzyć ;-)

 
 

I to by było na tyle :-) A jak komuś mało, to..
...WIĘCEJ ZDJĘĆ TUTAJ :-)

poniedziałek, 26 stycznia 2015

Routeburn, czyli śladami Hobbita

Great Walk, czyli nowozelandzka trasa Wielkiej Wędrówki marzyła się nam na długo przed przylotem do NZ. Chcieliśmy doświadczyć uroków tego kraju w najbardziej możliwy surowy sposób. I ten trzydniowy marsz trasą 32-kilometrowego szlaku przez dwa parki narodowe Fiordland i Mt Aspiring umożliwił nam całkowite oderwanie się od cywilizacji i wszelkich udogodnień.  

Wszystko, co niezbędne – ubrania na każdy scenariusz pogodowy, śpiwór, jedzenie pakujesz na plecy i w drogę. Dzień pierwszy to głównie lasy deszczowe z bujną soczystą roślinnością. Wodospady na każdym kroku (w sumie Filip naliczył 105, a w tym pierwszym dniu było ich ponad 70). Powoli wyłaniające się szczyty Alp Południowych. Pogoda nam sprzyja, więc tylko przyglądamy się z lekką obawą potokom mniejszym i większym, które w razie ulewy mogą skutecznie podtopić nasz szlak. Dzień pierwszy, z racji porannego rejsu na fiordy, rozpoczęliśmy z opóźnieniem, więc trzymamy tempo marszu. Pod wieczór dochodzimy do pierwszego miejsca noclegowego, zwanego Lake Mackenzie Hut. Okolica jest piękna – chata leży w dolinie nad szmaragdowym polodowcowym jeziorem. Mijamy pierwszy budynek – na tarasie pani czyta książkę popijając wino. To wersja dla miłośników luksusu, którzy mogą pokonać ten szlak w opcji all-inclusive. Za ‘jedyne’ 1100$ do dyspozycji ma się prywatne kwatery z ciepłą wodą, wygodną sofą, zimnym piwem plus towarzystwo przewodnika górskiego. Ale my idziemy dalej, do chaty drugiej kategorii, która wygląda jak schludny barak z pryczami. Oczywiście bez prądu. Obok pomieszczenie kuchenne (jedynie palniki, żadnego wyposażenia). Toalety i umywalki z lodowatą wodą na zewnątrz. Tak miało być i tego się spodziewaliśmy, więc rozczarowania nie ma. Jesteśmy zmęczeni, więc połykamy skondensowane papki i wskakujemy w śpiwory, bo przed nami najdłuższy i najtrudniejszy odcinek szlaku. I tylko przez chwilę przychodzi nam wszystkim myśl, że góry zawsze kojarzyły się nam z zasadą, że nie ma tu miejsca na podział warunkowany zawartością portfela… Że to właśnie jedno z tych miejsc, gdzie nie różnicuje się ludzi w ten sposób.  Taka myśl tylko…


No to w drogę!
 
 
 
 
Pierwszy nocleg - nasz barak tam hen z tyłu :P
Jezioro przed chatą
Przeżyjemy ;-)
 
Da się przełknąć :P
Takie widoki rano po przebudzeniu
 
Po nocy przerywanej świstami wiatru, powiewami chłodu wdzierającego się przez nieoszklone okna i chrapaniem we wszystkich możliwych tonacjach wstajemy gotowi na drugi dzień wędrowania. Znów mieszanka zalewana wrzątkiem (i już wiadomo, że ‘Lamb Fettuccini’ niejadalne, a na kogoś musi paść :P), szczękościsk przy myciu zębów lodowatą wodą i ruszamy. Początek szlaku można scharakteryzować jako niekontrolowany wytrzeszcz oczu ;-) Wchodzimy w scenerię iście z ‘Władcy Pierścieni’ – omszałe lasy, prawie fosforyzująca zieleń, tylko czekać, aż jakiś Hobbit wyskoczy zza drzewa!  Mozolnie pniemy się do góry, pokonując strome podejścia. Plecaki jakby cięższe. Szlak zamienia się w wąską dróżkę przyklejoną do zbocza gór. Stopniowo przed nami wyłaniają się sub-alpejskie krajobrazy z ośnieżonymi graniami, a gdzieś w oddali majaczy ocean. Brakuje nam tchu – i to nie tylko z zasapania wspinaczką... Długo idziemy przytuleni do zboczy, nie mogąc oderwać oczu od panoramy gór. Po drodze jeszcze bajeczne jeziora, potoki, wodospady. Dochodzimy do kolejnej chaty ulokowanej tuż przy wodospadzie. Standard podobny. Ok. 50 osób w dwóch barakach z piętrowymi pryczami. Narodowości – głównie Francuzi, Niemcy, Azjaci, jacyś Kiwi. W pamiątkowym notesie sprawdzamy, czy nasi tu byli. Byli, ale w znikomej ilości. Za to mnóstwo wpisów Czechów! Tłustym drukiem uwieczniliśmy, że Namysłów też był :-) Tej nocy zmarzłam pieruńsko. Wiatr prosto w twarz wył. Przytuliłam dziecię jak termofor, ale niewiele to dało. Gdzieś między jedną tyradą chrapiących i wzdychających wstałam i po omacku (bo ciemno tak, że własnej dłoni nie widzisz!) z piętrowego łóżka wyturlałam się na zewnątrz, żeby sprawdzić, czy te gwiazdy faktycznie na wyciągnięcie ręki. Były, dużo ich było. Niebo czyste, bezchmurne. I gdyby nie ten ziąb, to śpiwór na tarasie i planetarium nad głową by było ;-)

 
 
 
 
 
 
 
Prawdziwa uczta ;-)
Na śniadaniu co niektórzy, niestety, już zdezerterowali i nie było mowy, żeby papka przez gardło przeszła. Wygrzebywaliśmy ostatnie zapasy, batoniki, ziarna, cokolwiek. Byle przeżyć. Czekał nas ostatni już etap szlaku Routeburn. Ruszając rano nadal nie mogliśmy uwierzyć we własne szczęście – bezchmurne niebo kolejny dzień. Strach było komentować, żeby nie zapeszyć, bo każdy z tyłu głowy miał wizję, jak inna byłaby to wyprawa w strugach deszczu, o ile mniej widoków byłoby do podziwiania (jeśli byłyby w ogóle!). Ale nie ma zlituj się – dźwigasz na plecach cały ekwipunek przeciwdeszczowy, tudzież czapki, rękawiczki i inne, bo w górach nie ma nic przewidywalnego. Poza tym zawsze przydadzą się w nocy :p Ostatni dzień był pod znakiem wiszących mostów, rwących górskich rzek, bukowych lasów z mchem wołającym do każdej zbolałej kości – no połóż się na mnie! 

 
 
 
Kończysz szlak i, oczywiście, czujesz ulgę. I dumę. Wielką dumę z dzieci :-) Ale gdzieś w środku jest też mały smutek, że już… Że wracasz do życia, w którym trzeba podzielić uwagę na tyle różnych rzeczy. A tam idziesz, przed siebie idziesz. I tylko to się liczy. Żeby dotrzeć do celu. Nic innego cię nie rozprasza. To niezwykle wyzwalające uczucie.
Największym problemem po ukończeniu szlaku jest zazwyczaj to, że twoje auto jest jakieś… 300km dalej! Tyle zajmuje droga samochodem z punktu wyjściowego do końca trasy Routeburn. Można było wydać jakieś 700$ ( na naszą siódemkę) i skorzystać z przewozu. A można też było wykombinować, że na pewno ktoś wpadł na pomysł doprowadzania ludziom aut i zapłacić za to niecałe 300$. I mieć jeszcze Toyotę pod nosem zaraz po wyłonieniu się z buszu ;-)


 

WIĘCEJ ZDJĘĆ ZE SZLAKU TUTAJ :-)

Późnym popołudniem dotarliśmy do Queenstown. Inny świat. Po trzech dniach odcięcia nagle atakują cię zewsząd dźwięki, telefon już pika, mózg trochę wariuje. Ale gdy zanurzasz głowę pod ciepły prysznic to cieszysz się jak dziecko. I z tego, że kawy możesz się napić. I że nikt ci nie chrapie nad uchem. I że nie marzniesz w nocy i masz poduszkę pod głową. I z wielu innych prostych rzeczy. Doceniasz je. Po trzydniowym szlaku na odludziu Queenstown było jak rozpędzona karuzela. Ale o tym jutro.