środa, 17 grudnia 2014

Zapachniało choinką :-)

Stało się! Tyle rozpływałam się nad tym, jakie to wspaniałe, że można szwędać się po lasach i górach, i nic nie kąsa, nie gryzie, a tu nagle masa bąbli na nogach i rękach. I nadal wyskakują. Nie wiem, czy to jakaś opóźniona reakcja, czy co? Czyżby pierwsze spotkanie z ‘sandflies’? To małe muszki (podobne do naszych owocówek), które gryzą na tyle żarłocznie, że swędzące ślady mogą utrzymać się przez kilka miesięcy. Nasze komary to przy nich pikuś. Cokolwiek to było, było skuteczne :-( Póki co bąble smarujemy (głównie ja i Matylda ucierpiałyśmy) i obserwujemy, co z tego wyniknie.

Matylda wczoraj mówi, że następny dzień zaplanowano na basenie – taki luźny przed końcem roku. Zważywszy na pogodę, która zaraz po weekendzie wróciła do poziomu jesienno-deszczowo-wietrznego, byliśmy pewni, że chodzi o basen kryty. O naiwności… Temperatura na zewnątrz ok. 15 stopni (odczuwalna niższa z racji silnego wiatru, NAPRAWDĘ SILNEGO), a dzieciaki siedzą w wodzie kilka godzin. Zimnej wodzie. Matylda po kilku minutach poddała się. Chyba nikomu nawet przez myśl nie przeszło, żeby imprezę odwołać lub choćby przenieść na kryty basen. Cóż… 


Czy czujemy atmosferę świąteczną? – padają pytania z różnych stron. Poczuliśmy dzisiaj, gdy Jacek przytargał do domu żywą choinkę. Pachnącą. Gdy dzieci radośnie buszowały po pudłach pełnych bajkowych, nietuzinkowych ozdób – pożyczonych od Billa i Judy, którzy w tym roku postawili kategoryczne veto wszelkiemu ozdabianiu domu. Na nasze szczęście. Poczuliśmy, gdy w skrzynce znaleźliśmy kartkę z ciepłymi życzeniami od całej Rodziny P., których nawet nie zdołałam do końca doczytać, bo jakoś głos się łamał… 


Czy będziemy świętować po polsku, czy w stylu Kiwi? 24 XII Bill i Judy zapraszają na świąteczny obiad (zazwyczaj mają dzień później i w sumie nie wiem, czy ze względu na nas zrobili wyjątek). Pewnie zgodnie z tutejszymi zwyczajami będzie gotowana szynka, kurczak lub indyk z rożna, z ziemniakami i sałatką, co raczej nam nie przejdzie przez gardła. Jakoś tak.. nie da rady… Wieczorem w centrum miasta tradycyjnie odbywa się śpiewanie kolęd, a później pasterka. Może w końcu uda się nam zobaczyć dekoracje świetlne, co przy długich dniach letnich jest raczej utrudnione. I poszukamy na pewno drzewka pohutukawa, zwanego drzewem wigilijnym. Gdy zakwita na czerwono to znak, że w Nowej Zelandii nadeszły święta Bożego Narodzenia. 


I co jeszcze…? Zobaczymy, bo to pierwsze nasze święta na końcu świata ;-) Tymczasem przeżywamy zakończenie roku szkolnego, które już za dwa dni!


Judy zabrała dziś dzieci do 3-tygodniowej sarenki.
Zdjęcie autorstwa Filipka :-)
 
 
 
 
 
 
 
 
Źródło: www.treklens.com

1 komentarz: