poniedziałek, 1 grudnia 2014

Z pamiętnika glazurnika - część siódma

I jak tu się ustatkować? Każdy tydzień przynosi tyle zmian, że nawet ja powoli zaczynam się czuć zmęczony. Część niespodziewanych zdarzeń ostatnich tygodni nie znajdzie się w pamiętniku glazurnika, pewnie opowiemy o nich po powrocie przy winie. Jedno jest pewne, pierwsze miejsce w rankingu ponownie się zmieniło:-) Do tego spotkanie z Duńczykami, które mocno nami wstrząsnęło. Skala podobieństw nas zaskoczyła i podbudowała. Tina i Marta mogły się podzielić wrażeniami z poszukiwania pracy na pół etatu – opcji niewiele, wymagania do byle posady kosmiczne, a godziny zazwyczaj pokrywające się z czasem dla dzieci. Trudno to pogodzić, a niestety prawda jest taka, że pierwszeństwo wszędzie i tak mają Kiwi. Na próbę ponad miesiąc temu wysłałem 22 podania o pracę jako Personal Assistant - miałem doskonale spreparowane dokumenty, doświadczenie i profesjonalne CV. Odpowiedzi dostałem 22 - wszystkie z podziękowaniem za wysiłek, ale przy olbrzymiej ilości podań nie zmieściłem się na liście wybranej do rozmowy o pracę... Dzięki temu jednak, zgodnie z ustalonym priorytetem, jakim są nasze dzieci, mamy dobrze zorganizowane życie rodzinne mimo pewnych niedostatków, a Marta może nadal pracować online w kraju:-)

Z ciekawostek firmy Tile Master, to mój szef ma nogę w gipsie, co z kolei oznacza, że będę bardziej potrzebny w terenie "on the tools". Już zacieram ręce:-) Zupełnie szczerze przyszedł taki moment, w którym wolę rzucić się z kaflami na betonową podłogę, zamoczyć szpachlę w kleju i na koniec dnia mieć poczucie sukcesu. O niczym nie trzeba myśleć, żeby tylko podłoże było w miarę równe, kafle w jednym rozmiarze i można się tym nawet nieźle bawić. Zobaczymy co przyniesie świąteczny grudzień.


Jako glazurnik/marketingowiec/project manager/logistyk/szef (dla kochanych Filipińczyków) spełniam jedno z założeń przyjazdu do NZ - spotykam rzesze ludzi, a każdy ciekawy, w innym kolorze, z odmiennym akcentem i pozycją w swoich firmach.


Mike - "bro" z firmy Buildtech, Maorys o serdecznym uśmiechu, pełen werwy brygadzista, który zawsze, i jako jeden z nielicznych, wymawia moje imię w poprawny sposób. Często do mnie dzwoni i wtedy dopiero zaczyna się zabawa - zrozumieć Kiwi English w wersji maoryskiej przez komórkę z dźwiękami szlifierki w tle. Can't get any better.


Paul - czarnoskóry glazurnik "wolny strzelec" z Anglii, któremu podzlecamy roboty jak się gotuje. Mówi szybciej niż inni, ale dzięki "swojskiemu" akcentowi łatwiej mi go zrozumieć niż literujących Kiwi. 


Michelle - właścicielka domu z widokiem na zatokę, w którym spędziliśmy łącznie siedem tygodni zamiast planowanych dwóch. Pochodzi z Zimbabwe, jest malarką i mistrzynią złego planowania, niezdecydowania i pomysłów spowalniających postęp prac.  Wspaniale się z nią jednak rozmawia.


Conor - mój ulubiony QS z firmy Brosnan, która może niedługo być naszym klientem. Conor pochodzi z Irlandii i przyjechał tutaj ... trzy miesiące temu. Łatwo było nam znaleźć wspólny język i ponarzekać na nowozelandzkie dziwactwa. Dobrze mieć go po swojej stronie kiedy staramy się o kontrakt z nimi:-)


Jake Hann - właściciel firmy Hann Built, w której zdobyłem pierwszy poważniejszy kontrakt. Miły i uśmiechnięty Kiwi, jak oni wszyscy, ale przy tym wyrachowany negocjator. Niełatwo było utrzymać przyzwoite stawki.


Pippa - urocza Pani doktor, która cierpliwie czekała 6 tygodni na remont swojego prysznica. Zawsze wyrozumiała i chwaląca naszą profesjonalna komunikację z klientem:-) Mieszka w przepięknym małym domku przy Keswick Street i zawsze oferuje kawę, nawet po swoim nocnym dyżurze. Każdy chce tam pracować:-)))


Richard - właściciel sporej firmy budowlanej, dla której pracujemy. Zawsze nieskazitelnie ubrany i ogolony, spogląda na nas maluczkich raczej z góry, ale oczywiście z uśmiechem zagaduje jak się mamy, czy wszystko "all good?" i leci dalej. Czasami dla zabawy zaczepiam go i wymuszam chwile rozmowy, mówi wyraźniej od innych, ale zupełnie nie do zrozumienia przez telefon.


Tych osób spotykanych każdego dnia jest ogrom, wiele znam tylko przez telefon, nie wszystkie są miłe i nie każdego dobrze wspominam. Spełnia to jednak moje marzenie o "meeting people", z którym tutaj przyleciałem. Czasami dzień cały do d...raczej, ale nagle do biura/garażu/magazynu wchodzi Rodney, piekarz wynajmujący pokój u Issaca, rzuca na moje biurko chleb i pyta jak mi idzie ćwiczenie Haka. On sam jest mistrzem breakdance(!) mimo swoich prawie 50 lat. Tak więc po raz kolejny ludzie, ludzie i jeszcze raz ludzie. To ciekawe, jak każde z nas przyjechało tutaj mając inne cele, czyli ja do ludzi, Marta do miejsc, Filip do ślimaków i innych stworzeń, a Matylda – jak to sama ujęła – aby przeżywać przygody i obserwować, jak inni się tym cieszą. I udaje się nam to wszystko jakoś pogodzić, każdy odnajduje się tu po swojemu.

5 komentarzy:

  1. Jacek ale Ty to jesteś jednak gość:-)
    Trzymam kciuki
    PZ

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. W końcu zdobywał "people skills" pod Megasamem;):):)

      Usuń
  2. A my widzimy, że trochę i dla nas ta Wasza podróż, Dzięki Wam poznajemy ten odległy kraj z jego lepszej i gorszej strony, śmiejemy się i płaczemy czytając codzienną "lekturę obowiązkową" w naszych domach, a przede wszystkim trzymamy kciuki i czekamy..... na Wasz powrót. Pozdrawiam A.K.

    OdpowiedzUsuń
  3. Dzięki Wam te jesienne wieczory nie są już takie "smutne", śledzimy, tropimy i przeżywamy kaźdy dzień razem z Wami, trzymamy za Was kciuki każdego dnia...

    OdpowiedzUsuń
  4. Cztery w jednym, ale pięknie się uzupełniacie. No nie ma opcji abyście nie wytrwali
    ;-)

    OdpowiedzUsuń