niedziela, 21 grudnia 2014

W poszukiwaniu świątecznego nastroju ;-)

W ramach  przedświątecznej bieganiny… pognaliśmy nad ocean ;-) Nie pichcimy, nie sprzątamy, nie myjemy okien! Choć ten jeden raz… Jak już jest wszystko na opak to konsekwentnie do końca :P Już i tak choinka to przegięcie, ale czego się nie robi dla dzieci. I nie tylko, bo wieczorem, gdy błyszczą na niej lampki to tak jakoś i nam cieplej w środku. 

Pierwsza kąpiel w oceanie zaliczona :-)
 
 
 
 
Gdzieś w drodze taki sobie 'zwyczajny'
plac zabaw przy jakiejś szkole...
  
 

Żeby nie było, że do tych świąt tutaj jak do jeża, zabieramy dzieci w różne miejsca mające wprawić nas w odpowiedni nastrój. Lub choć spróbować poczuć odrobinę nastroju świątecznego Kiwi. Popularnością cieszą się wydarzenia i miejsca takie jak Grota Bożonarodzeniowa, zorganizowana przy jednym z kościołów. Wstęp od głowy $3. Nastawiamy się na to, że na chwilę schowamy się przed komercyjnym zgiełkiem i plażowo-słoneczną aurą, żeby poczuć religijno-świąteczne wyciszenie. Yhm… nic z tego. Bo Grota okazuje się być kolejną, tyle że bardziej rozbudowaną i widowiskową, wystawą świąteczną. Jest kolorowo, bajkowo, głośno (tłumy! tłumy!) i nawet dzieci w końcu pytają – to gdzie ten Jezus?! I tak dochodzimy do wniosku, że jednak Boże Narodzenie to tutaj bardziej komercyjne wydarzenie, bajkowo-kiczowato-przesłodzone. To taki nasz subiektywny odbiór. Może jeszcze do weryfikacji? Przed nami kilka wydarzeń w nadchodzących dniach, więc szansa na odkrycie innego oblicza nowozelandzkiego Christmas.


Wejście do Groty
Fabryka Św. Mikołaja
W tle szopka z... pluszowych misiaków
 
Taka świąteczna dekoracja :P
Jest tutaj, w Christchurch, taki dom, do którego corocznie w czasie świąt przybywają tłumy (ok. 40000 w ciągu miesiąca). Ustrojony i oświetlony lampkami w ilości, uwaga, pół miliona! Każdego roku inna tematyka, już od lipca budują poszczególne sekcje. Bo to nie tylko dom, ale całe obejście, różne sceny wokół. I do tego pokazy świetlne zsynchronizowane z muzyką. Wspaniałe widowisko! Powstałe z pasji właścicieli. I będące teraz nadzieją, której można się uczepić. Bo Ona zachorowała. Po trzech lata błąkania się po lekarzach w końcu okazało się, że zawinił australijski kleszcz. Leczenie kosztowne, skutki zbyt późnej właściwej diagnozy mało optymistyczne. 
Wybraliśmy się tam wczoraj przed północą. Tłumy ludzi. I właściciel żegnający wszystkich z uśmiechem. Zadowolony, że nam to sprawiło radość. 

Czy wy to widzicie?!
 
 
 
 
Taka namiastka:

I nieco dłużej:

2 komentarze:

  1. Też bym wskoczyła do oceanu zamiast pichcić i sprzątać ;-)

    OdpowiedzUsuń
  2. Pani Marto dziękuję za te cudowne zdjęcia, za filmik, za uśmiech Julii i Laury. Oczarowane są dekoracjami, światełkami w Nowej Zelandii !!!

    OdpowiedzUsuń