środa, 3 grudnia 2014

Must see

Znów się naczytałam. I znów dałam się złapać w pułapkę własnego umysłu. Jak w felietonie Majewskiego o żonie, której Szczegół na drugie imię.. Kto czytuje Zwierciadło może skojarzy ;-)

Dobrze jest czytać i czerpać inspiracje. Bardzo dobrze. Ale.. Tradycyjne przewodniki i portale podróżnicze przeważnie (z wyjątkami) zawierają listy tzw. ‘Must see’, czyli miejsc, które koniecznie, bez dwóch zdań, obowiązkowo trzeba zobaczyć lub atrakcji, których trzeba spróbować samemu. Bo inaczej…  No właśnie, co inaczej? Czy ta podróż przestanie smakować, jeśli tej listy się nie zrealizuje prawie w 100%?  I tak na przykład będąc w NZ, stolicy sportów ekstremalnych zaleca się podniesienie adrenaliny poprzez wyzwania takie jak paralotniarstwo, przelot balonem lub helikopterem (najlepsze widoki ‘tylko’ z powietrza!), skoki spadochronowe, rafting, wycieczki jetboatem, bungy jumping; do tego niezliczone wycieczki konne, wyprawy na quadach śladami bohaterów Władcy Pierścieni, downhill na rowerach, kajaki, pole do gry w golfa…  A teraz adrenalina skacze, jak sprawdza się ceny, np. skok spadochronowy – od $300, rafting – ok. $200, bungy jumping - $200… etc. Przecież chęci starczyłoby na wszystko.. No i to te właśnie ‘must see/ must do’. Ja wiem i rozumiem, że po to też pisane, by pokazać innym wachlarz możliwości. Ja to naprawdę rozumiem i doceniam. Tylko nie trzeba tak podkreślać, że koniecznie, że tylko to, bo jeśli nie... Jest tyle pięknych, bezpłatnych (!) miejsc do zobaczenia, szlaków do przejścia, gór do zdobycia, widoków do nacieszenia oczu… Warto ludziom pokazywać, że NZ można też poeksplorować i przy tym nie zbankrutować.


A mój umysł już zdążył uruchomić wyrzuty sumienia. Że nie ma możliwości zobaczenia i przeżycia wszystkiego… W tylu blogach/ relacjach napotkałam to przewiercające na wylot uczucie nienasycenia. Ten lęk i smutek już na początku podróży; świadomość, że i tak ‘nie da się wszystkiego’. Tylko co to jest to ‘wszystko’? Ja tego uczucia nie znoszę i regularnie je
w sobie zwalczam. Dobrze jest czuć niedosyt, ale taki, co pcha cię do przodu, mobilizuje do działania, do podejmowania wyzwań. A nie ten podtruwający radość. Bo kto w sumie po latach pamięta nazwy tych wszystkich jezior? Pamięta się emocje, obrazy, niespieszne delektowanie się przypadkowo odkrytym miejscem, o którym ani słowa w przewodnikach… 

Ja tu się nie wymądrzam. Ja to SOBIE głównie tłumaczę ;-) I może jeszcze P. ;-)  Po raz kolejny zresztą. Do przeczytania następnej listy ‘must see’ :P

4 komentarze:

  1. Ja wyznaję zasadę że nie można zrealizować wszystkich marzeń, bo po co potem żyć :-) Ten niedosyt mobilizuje do dalszego działania. A kiedyś, jak pojedziecie do NZ tylko na wakacje, to warto będziecie mieć jeszcze miejsca do odkrycia. Iwona

    OdpowiedzUsuń
  2. Bardzo trafne spostrzeżenia, delektujcie się Swoimi Smakami ;-)

    OdpowiedzUsuń
  3. Minelo kilka miesiecy i juz jest ladna ksiazka i w dodatku z ilustacjami.
    Wspaniala tresc, jezyk czytelny. W moim pierwszym wpisie tak sie domyslalem ze sie tak stanie, i sie dokonalo. Dziekuje za przyblizenie Nowej Zelandii w tak autentyczny sposob nie kolorowany.
    Pozdrawiam i zycze wytrwalosci.
    Namyslowianin

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję... ja się od razu wzruszam...

      Usuń