piątek, 12 grudnia 2014

Jak się nie ma, co się chce...

Jak już opuszczamy rogatki Christchurch i pędzimy przed siebie to czuję, jakby mi ktoś skrzydła przypiął :-) Nic więcej mi nie trzeba…

Jedziemy stałą trasą na zachód. Początkowo pochmurne niebo, gór nie widać, więc gapimy się na pola i bydło. Mnóstwo bydła. I owiec. Po kilkudziesięciu kilometrach zakręt i vòila! Nagłe przejście w soczysty błękit i obłoki jak z waty cukrowej. Ręka rwie się do aparatu, aż muszę od czasu do czasu sama
sobie dać po łapach. Po prostu się tym nacieszyć.

W sieci krążą zestawy zdjęć typu – 20 powodów, dla których Nowa Zelandia uważana jest za najpiękniejsze miejsce na ziemi, etc. Coś w tym stylu. I jak patrzę na te zdjęcia (piękne, skądinąd, bardzo!) to tak sobie myślę… że ludzie tak się napatrzą, nawyobrażają sobie, wymarzą. Potem ciułają, odkładają, oszczędzają i w końcu jadą na krótki urlop do raju. Z takimi obrazami w głowie. Tyle, że te zdjęcia przeważnie nijak się mają do rzeczywistości, bo szansa zobaczenia tych miejsc w takich okolicznościach przyrody – nieskażony błękit nieba, idealnie wystrzyżone baranki obłoków to jak szansa wygrania w totolotka. Pogoda nieprzewidywalna jak rosyjska ruletka potrafi płatać figle i zamiast widoków obiecanych przez przewodnik National Geographic dostajesz w przydziale zamazane szaroburymi chmurami, skropione deszczem i poszarpane wiatrem nie wiadomo co. Nie zawsze, ale dosyć często. Natknęłam się kiedyś na blog pary, dla której ta NZ była marzeniem hołubionym przez lata. I w końcu dwa tygodnie wyczekiwanej podróży i… dwa tygodnie nieprzerwanych ulew. W środku lata. Że trudno nawet jakiś szczyt dostrzec w oddali. No przykro, naprawdę bardzo przykro. 


Dlatego uczciwie byłoby trąbić o tym, gdzie się da – że różnie to bywa z tym wyspiarskim klimatem. I lepiej nastawić się na najgorsze i przeżyć radosne rozczarowanie. Nas zachód do tej pory witał chłodem i przeważnie deszczem. Nawet jak się przejaśniało to i tak wiatr podszczypywał ziąbem. I dziś taka odmiana – dojeżdżamy akurat na zachód słońca, w powietrzu czuć ciepło. Dzieci zdziwione, że głów nie urywa. 


Na koniec stycznia zaplanowaliśmy trzydniowy trekking po fiordach Nowej Zelandii. Wyprawa na całego – z taszczeniem plecaków, spaniem w chatach (woda bieżąca jest, ale o prysznicu to pomarzyć można). Taka przygoda ;-) I teraz uwaga - Fiordland to oficjalnie najbardziej deszczowe miejsce świata – 220 deszczowych dni w roku, a przez kolejnych 50 niebo zasnute jest ciemnymi chmurami. Yhm… ile uda się nam zobaczyć tego dzikiego piękna, wpisanego na Listę Dziedzictwa Kulturowego i Przyrodniczego UNESCO? Nie wiem… może niewiele. Czy warto się w ogóle wybierać? Zawsze warto. Zawsze jest szansa, że to akurat nam się trafi któryś z puli tych pozostałych w miarę pogodnych dni, jakieś 40% do wzięcia ;-)


To, czego tak skutecznie i konsekwentnie uczy nas Nowa Zelandia to niezwykle przydatna w życiu umiejętność – nie mieć oczekiwań i cieszyć się tym, co jest. Trudna to lekcja do odrobienia, ale coraz lepiej nam wychodzi. No może ja zostaję w tyle, ale staram się. Naprawdę się staram ;-) 


Właśnie wyjechaliśmy z chmur
 
 
Na miejscu
 
 
 
 
 
Dla Juleńki i Laury z życzeniami szybkiego powrotu do zdrowia!

4 komentarze:

  1. Dech zapiera... bardzo piękne zdjęcia!!!

    OdpowiedzUsuń
  2. DZIĘKUJEMY ZA PIĘKNE ZDJĘCIA, ŻYCZENIA POWROTU DO ZDROWIA, PIĘKNY NAPIS Z KAMYCZKÓW I SERDUSZKO TEŻ DLA WAS.

    OdpowiedzUsuń
  3. Pani Marto nie mam słów by podziękować, za pamięć i za wszystko, dziewczynki zachwycone, Jula pytała o każdego kamyczka z napisu :) i postanowiła z moją małą pomocą sama napisać podziękowania. A Laura powiedziała tyle: kuje (dziękuję) też :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Cieszę się.. :-) Choć taka odrobina radości dla nich ode mnie :-)

      Usuń