wtorek, 18 listopada 2014

W drodze

Choć nie jestem fanką poznawania nowych terenów z okna samochodu, to jednak dotrzeć do pewnych miejsc nie da się inaczej. I trochę już tych kilometrów po nowozelandzkich drogach zaliczyliśmy (jak dobrze, że to paliwo w ludzkiej cenie!). Kilka spostrzeżeń się uzbierało. Po drodze...

Jak już wspominałam – Kiwi za kierownicą to już tacy mili i uśmiechnięci nie są. No może na prowincjach, gdzie każdy pozdrawia każdego. Machali nam w czasie weekendu i nie wiedzieliśmy na początku, czy policja czai się za rogiem, czy taki jest zwyczaj. Jacek nieśmiało rękę do góry, potem już sam zaczął machać. Cieszy nas ograniczony ruch na drogach Wyspy Południowej - jak już wypuścisz się za miasto w głąb lądu to spotykasz inne auta sporadycznie. Pewnie dlatego na nie ma tutaj autostrad, a jedynie klasyczne drogi dwupasmowe, na szczęście dosyć dobrej jakości. I pewnie dlatego większość wiaduktów jest jednopasmowa (nierzadko mają na nawierzchni jeszcze tory kolejowe!)



Prawie zerowy współczynnik reklam na poboczach, oprócz społecznych – bardzo wyrazistych, które skutecznie działają na użycie hamulca (kiedyś zrobię zdjęcie, bo nie da się opisać). Dzięki temu nic nie zasłania widoków po obu stronach – do woli można napatrzeć się na stada bydła wszelakiej maści: krowy, konie, alpaki, jelenie i sarny (tutaj zaliczane do zwierząt hodowlanych), no i oczywiście owce, miliony owiec ;-)

Ciekawie wygląda temat ograniczenia prędkości. W teorii 100 w terenie niezabudowanym i 50 w terenie zabudowanym. W praktyce każda miejscowość na trasie ma określoną prędkość "przelotową" od 50 do 100. To zdecydowanie ułatwia jazdę, nie spowalnia przy każdej małej mieścinie i można jechać swoje. W obrębie samego Christchurch ograniczenia wynoszą pomiędzy 30 i 100 w zależności od danej ulicy. Nie ma też niepotrzebnych ograniczeń na trasie przy każdym zakręcie - są one oznaczone "prędkością sugerowaną", ale nie jest to ograniczenie prawne i policja nie czai się tam, aby poprawić statystyki. Jest więc bez znaczenia, czy to nowozelandzka ‘highway’, górska serpentynka czy cokolwiek innego. Jedziesz na własne ryzyko.


To tylko sugestia. A z jaką prędkością wejdziesz w zakręt..?
To już Twoja sprawa.
A jeżdżąc w mieście trzeba… no cóż, walczyć o prawo do przeżycia ;-) Pomijam fakt, że wielu kierowców nie ma pojęcia do czego służą kierunkowskazy, linia ciągła nie ma żadnego znaczenia (jedynie żółte są w poważaniu), światła zapalają jak im się przypomni (niekoniecznie po zmroku), to jeszcze te dziwaczne manewry rowerzystów …  ich pas ruchu najczęściej znajduje się pomiędzy pasami ruchu samochodów. Momentami w centrum miasta wydaje się, że to zabawa dla samobójców i rzeczywiście statystyki wypadków z potrąceniem dwukołowych są zatrważające.

To, że usilnie próbujesz wepchać się na siedzenie z lewej strony, mylisz klamkę w drzwiach z gałką skrzyni biegów (chyba, że masz automat, ale i tak ręka sięga gdzie przyzwyczajona), mieszasz wycieraczki z kierunkowskazami… to już tylko smaczki ;-)
I dlatego taka jestem z siebie dumna, że w końcu przemogłam się i usiadłam za kierownicą gigantycznej (jak dla mnie) Hondy :P Póki co taki ze mnie kierowca wokół komina, ale pierwsze koty za płoty. Stres jak przed maturą, szczególnie, że mało nie staranowałam rowerzysty za pierwszym razem. 


A takie okazy napotkaliśmy w różnych miejscach - szczególnie w weekendy wyciągają te wypucowane cuda i w długą ;-)

 
 
 
 
 
 
 
 
No nie mogło zabraknąć!

1 komentarz:

  1. Garbusek z rzęskami słodki. Gratulacje Marta za odwagę z prowadzeniem samochodu, pozdrawiam Iwona

    OdpowiedzUsuń