piątek, 28 listopada 2014

Takie poranki, takie dni...

Są dni, kiedy budzę się i czuję, jakby to znów był ten pierwszy tydzień. Gdy wszystko zupełnie obce. Aż ściska w środku. Ile takich poranków jeszcze, gdy ciężko wstać i na nowo siłować się z każdą najprostszą czynnością? Wtedy naprawdę mam poczucie, że całe nasze życie wywróciło się do góry nogami, nie ma nic stałego, czego można by się uchwycić i przetrwać. Każda banalna rzecz bywa wyzwaniem. Każda prozaiczna czynność, na którą w Polsce nawet nie zwracasz uwagi, tutaj kosztuje cię masę energii. Bywa, że niewiele jej zostaje na cokolwiek innego. Pod koniec dnia już prawie na czworakach.

Jak dodać do tego trudne, drenujące sytuacje, na które nie masz wpływu z odległości 18000 km… Nic nie możesz zrobić. Tylko czekać, aż będzie dobrze. 


I, paradoksalnie, to dzieci stawiają mnie do pionu. Nie mogę przecież na ich oczach rozpłakać się, że ja już dziękuję, już mi wystarczy, już zobaczyłam sporo i mogę wracać. Że nie zdawałam sobie sprawy, na co tak naprawdę się porywamy. Czy można sobie to w ogóle uświadomić wcześniej? To dla nich głównie po raz kolejny przekonuję samą siebie, że tak długi wyjazd i pozostawienie za sobą tylu ważnych ludzi, miejsc, Lu ma sens. Dla nich odnajduję radość w małych rzeczach. Jedziemy w jakieś magiczne miejsce, ładuję akumulatory, jest dobrze. 


A potem znów przychodzi taki poranek… 


I można podsumować – no tak, jak w życiu, sinusoida wzniesień i upadków. Tylko, że w życiu, tym, które się zna, można odbić się od ulubionych miejsc i przyjaciół. Tutaj możemy się tylko odbić od siebie nawzajem. Czasem bywa to trudne. Czasem niewykonalne.


I gdy w taki dzień znajdujemy w skrzynce to, co poniżej na zdjęciu – to nie umiem ukryć wzruszenia. Łzy jak grochy. Że komuś chciało się pomyśleć i zadziałać. Że komuś się w ogóle chciało chcieć… To właśnie te bezcenne chwile, gdy uświadamiam sobie, jak bardzo ten wyjazd wyostrzył mi zmysły, jak nauczyłam się doceniać każdy najmniejszy nawet gest.
Wtedy mam siłę, by mierzyć się z takimi porankami.


 

2 komentarze:

  1. Niesamowity pomysł, Krzysiek jest jednak wielki!

    OdpowiedzUsuń
  2. Ooo, taka motywacja, że aż chce się chcieć. Pozdrawiam.

    OdpowiedzUsuń