poniedziałek, 3 listopada 2014

Powiało...

Czasami myślę, że będąc w NZ dla wielu straciliśmy prawo do chandry i użalania się. Na zasadzie – co MY mamy powiedzieć, przecież WY jesteście w raju! Ale potem przychodzi mail i czytam takie słowa i już wiem, że są tacy, co rozumieją…

Z listu:
'Dla mnie mozolne przechodzenie każdego dnia od zadania do zadania, od miejsca do miejsca, od człowieka do człowieka wydaje się najtrudniejszym wyzwaniem - egzaminem, których tysiąc zdajecie każdego dnia. Bo zaplanować wycieczkę, pojechać samochodem, zatracić się w cudnym widoczku to wrażenia, które umiemy sobie wyobrazić, ale nie mieć    ż a d n e g o punktu odniesienia i - mimo wszystko - nie odlecieć (odpłynąć?), to już sztuka. Nie wspomnę o tym, jak mocno byliście - jesteście zakorzenieni w małym światku namysłowskim, a tu... nic.. ulubionego chleba, stałych ścieżek pokonywanych samochodem albo na pieszo, tysiąca innych małych zdarzeń. Właśnie ta nieoczywistość życia, odwrócenie proporcji - nam zdarza się jedno (dwa?), jak dobrze pójdzie, niespodziewane zdarzenie w ciągu dnia, no i jaki kaliber (syn wrócił do domu godzinę szybciej...), a u  Was 1 - 2 - 3 zdarzenia przewidywalne i powtarzalne, a reszta….zobaczymy.'
 

I to jest sedno.

Próby odnalezienia się w zupełnie obcej rzeczywistości weryfikują kolejny raz nas jako ludzi. Od pewnych rzeczy nie da się uciec ani ich zmienić – nie zmienisz swojej osobowości i temperamentu. Możesz próbować, usilnie i mozolnie próbować walczyć z własnymi ograniczeniami i cieszyć się jak dziecko z każdej najmniejszej wygranej. Zawsze to krok do przodu. Choć później
kilka znów w tył. I tak w kółko. Patrzę na mojego męża, jak umiejętnie potrafił zostawić wszystko za sobą i z szerokim uśmiechem wkroczył na nową scenę, gotowy do wyzwań i przygód. Po cichu liczę, że to właśnie te geny dostały dzieci w przydziale. A ja w ślimaczym tempie wydeptuję swoje ścieżki, szukam swoich miejsc i zanim je zupełnie oswoję pewnie będzie czas wracać. I gdy nieraz uwiera brak tej bezwarunkowej otwartości na nowe wówczas czytam maile jak ten powyżej i to uspokaja rozbiegane myśli, przynosi ulgę. Że ktoś rozumie i czuje podobnie jak ja. Po raz kolejny uświadamiam sobie, że z obcym i nieznanym można siłować się na różne sposoby.

Znów wieje. Wszędzie kurz i pył. Wciska się w każdy zakamarek domu. W oczy i usta. Judy twierdzi, że to jeszcze nic, bo zaraz harce zacznie letni wiatr. Coś na kształt naszego halnego lub francuskiego mistralu. I wtedy dopiero będzie jazda. Ponoć ludzie od tego wiatru wariują. Siedzimy wczoraj przy stoliku w Ogrodzie Botanicznym, jest miło i przyjemnie. Nagle znikąd atak tak silnego podmuchu, że solidne wielkie parasole składają się w pół i lecą prosto na stoliki i ludzi. Wyglądało to groźnie. 

I dopiero w domu wieczorem uświadamiamy sobie, że ciężki metalowy słup podtrzymujący całą konstrukcję upadł dokładnie w miejscu, gdzie chwilę wcześniej siedziała Matylda... Kilka minut przed tym pokazem siły żywiołu przesunęliśmy stolik parę metrów dalej chowając się przed palącym słońcem…  

Różne momenty ostatnich dni:

Z wizytą u Wilberta
 
Największy sobotni targ w całej NZ odbywa się właśnie w ChCh
Profesjonalny sprzęt do kawy w bagażniku!
 
 
 
 
 
Czerpiemy siłę
Filip i Toby - największe 'bandziory' w klasie
Nasza Lu. Dziś ma badania.

2 komentarze:

  1. Martuśka ależ Ty piszesz kochana. Swietna lektura i caly czas chce sie wiecej Tydzien temuWas"znalazlam"-bardzo sie cieszę . Pozdrawiamy Was goraco. Lechmanki

    OdpowiedzUsuń
  2. żeby życie miało smaczek..... tak dla przypomnienia... chodzi o wiaterek i słoneczko...

    OdpowiedzUsuń