czwartek, 20 listopada 2014

How's your English???

Ktoś niedawno zapytał mnie, jak dzieci radzą sobie językowo. No jakoś widocznie sobie radzą, skoro dzień w dzień udaje im się przeżyć 6h w szkole. I nawet jakieś opowieści później mają, że pani to mówiła albo z kolegami rozmawiali/ grali w gry, etc. Filip ostatnio odwiedził Toby’ego i skoro po 2h wrócił i był zadowolony, najedzony to musiało być dobrze. Nam trudno ocenić, bo przy nas milkną jak trusie. Ale gdy o loda proszą to $$$ do ręki i radź sobie. Gdy spotykamy się z Billem i Judy to nie ma lekko, bo Bill, swoim zwyczajem, nachyla się i prosto im w twarz krzyczy ‘And how’s your English??!!!!’. I już pozamiatane :P Matylda ostatnio z przestrachem w oczach pyta – a jak oni tam, w Polsce, oczekują, że my po powrocie to będziemy już tak płynnie, a my wcale nie, to co? To, córuniu droga, kolejny raz przekonasz się w życiu, że czyjeś oczekiwania to nie twoje obietnice ;-)


 Tradycyjny taniec Haka w wykonaniu Filipa - wczoraj uczył się w szkole ;-)

Właśnie skończyły się zajęcia

 
 
 
Droga powrotna w czwartki to slalom między koszami -
rozwalone na całym chodniku. Nie raz widziałam
mamy z wózkami lawirujące wokół nich..
Już prawie w domu

 Oderwanie się od swoich ulubionych zabawek, tego, co uznawało  się już za oczywiste ma swoje niezaprzeczalne plusy. Dzieci często przypominają sobie jakieś zakopane po kątach w ich pokojach zapomniane skarby, gry, książki – wygrzebują je z pamięci i z sentymentem – teraz, to bym się tym pobawił/a. Nie mogę doczekać się ich reakcji po powrocie… Póki co radzimy sobie i wysilamy wyobraźnię. Filip tworzy gry planszowe - kartka papieru, kredki i do dzieła. Wytargane gdzieś przez Judy pudełko klocków Lego z odzysku sprawiło im więcej radości niż Mikołaj. A propos – jakoś ciężko przestawić się na świąteczne dekoracje witryn, Mikołaje wyskakujące na każdym rogu, gdy słońce i 20°. Jakoś… brakuje klimatu.

Mają kryzysy…. Matylda mało odporna jest na typowe intrygi dziewczęce. Gdy do tego dochodzi brak swobody w komunikacji i, co za tym idzie, niemożność obrony to kurczy się w sobie i każde poranne wyjście do szkoły bywa udręką. Filip liczy, ciągle liczy. Dolary, które ciuła; kapsle w kolekcji; dni do przyjazdu naszych przyjaciółek w grudniu; miesiące do powrotu… 

Tęsknią. Za plackami Pani Eli. Za przyjaciółmi. Za bushi. Za swoją armią plastikowych żołnierzyków. Za sąsiadami. Za bezwietrznymi dniami. Za kolekcją koni. Za Luką… 

Codzienny przystanek w drodze ze szkoły - taka namiastka Luki...
I nasza Lu...
Powtórzę się – ale naprawdę dzielne są te dzieci. Czasami nawet dzielniejsze od nas. Nie wiem, na ile zostaną w nich widoki, miejsca, atrakcje… Myślę, że to rozbudzi ich apetyt na odkrywanie co jest na końcu danej drogi, za kolejnym zakrętem, za tamtą górą. Taką mam nadzieję.
Ale wiem na pewno, że to, co tu przeżyją, to natężenie skrajnych emocji, szlifowana do granic możliwości empatia budują ich od środka, dają im solidne podstawy. Że będą mogli niejednokrotnie w życiu odbić się od tych doświadczeń jak od trampoliny…


Takie dziewczyny dziś mnie odwiedziły :-)
 
Rozsiadły się na naszym wypasionym trawniku ;-)
Trzy miesiące…

2 komentarze: