czwartek, 13 listopada 2014

Country comes to town…

…czyli wieś brata się z miastem. Pod tym hasłem w Christchurch corocznie odbywa się wielkie święto, początkowo bardziej regionalne (ChCh leży w Canterbury, jednym z 16 regionów NZ), od pewnego czasu traktowane już jako ogólnonarodowa atrakcja. Bo i jest co oglądać. Na kilka dni do miasta zjeżdżają się farmerzy z całym dobytkiem - nowozelandzka wieś w pigułce (Canterbury uważany jest za najbardziej rolniczy dystrykt w NZ). Do wyboru masz bydło i zwierzaki w każdej możliwej postaci, przegląd maszyn rolniczych od staroci do najnowszych okazów i mnóstwo innych atrakcji. Po kilku godzinach chodzenia, oglądania, głaskania i przytulania (dzieci powycierały się o wszelką dostępną zwierzynę) miałam już dość, ale warto było. Nawet nie zdawałam sobie sprawy, ile może być rodzajów krów, kóz, o owcach nie wspominając.

Ten spodobał się nam najbardziej!
Pozycja profesjonalnego fotografa!
Dla samych owiec potężna hala z setkami
wydzielonych boksów
Obejrzeliśmy sobie popisy psów pasterskich, których
ceny osiągają tu zawrotne sumy
Takie dziwne, nieco demoniczne bydlę
Matylda wręcz wytarzała się z tymi cielaczkami ;-)
A to maleństwo... urodziło się na naszych oczach :-)
Konie we wszelkiej możliwej postaci - raj dla Matyldy
Jeden dobrał się jej do plecaka
A zaraz potem w drogę i nasza ulubiona (jak na razie) trasa na Zachodnie Wybrzeże. Już nawet dzieci kojarzą, że to jest ta ‘sucha’ strona gór (dlaczego – bo Alpy zatrzymują chmury deszczowe), a za Przełęczą Artura już zielono-soczyście. Jadąc odnosimy wrażenie, że droga jest tu jedynym śladem ingerencji człowieka. Plus tory dla TranzAlpine (często pojawiający się w przewodnikach jako pociąg jadący przez najpiękniejszą trasę na świecie).  I my tę trasę pokonujemy już trzeci ( i nie ostatni) raz. I bardzo ją lubimy :-) Z całym zróżnicowaniem przyrody i krajobrazów. Z tymi uroczymi miejscowościami z jedną kafejką i (daj Boże) stacją benzynową. Warto pamiętać, że większość sklepów i restauracji zamykana jest o godz. 17.00, więc jadąc po tej godzinie na oparach koncentracji i marząc o kawie możesz przeżyć gorzkie rozczarowanie. Nam się udało i po kilku ucałowaniach klamek w końcu trafiliśmy na otwarte drzwi. Co ciekawe w najbardziej obleganej turystycznie miejscowości na Przełęczy Artura (pod taką samą nazwą) kawa kosztuje tyle samo, jak na pozostałych częściach wyspy. Nie ma zróżnicowania na mniej lub bardziej atrakcyjne miejsca – tu gorzko wspominamy cenę kawy zakupionej niegdyś na Kasprowym Wierchu :/ I co warto odnotować – w każdym, nawet najbardziej zapyziałym miejscu możesz zapłacić kartą. Niby nic, ale bardzo ułatwia życie, szczególnie tym, co wiecznie zapominają o gotówce w portfelu.

Wiadukt Otira widziany z przełęczy Artura  (35 m wys.i 440 metrów dług.) 
Wybudowany po tym, jak wskutek lawin i osuwisk droga stała się
zbyt niebezpieczna, a trasa zbyt obfita w wypadki.
To po prawej to właśnie trasa byłej drogi.
Kea przy drodze

I już na Dzikim Zachodzie. I cudownie słyszeć ten żywioł za oknem, siedząc przy kominku, popijając znakomite nowozelandzkie Sauvignon Blanc i planując wyprawy na najbliższy weekend. To jedna z tych chwil, gdy czujesz się we właściwym miejscu i czasie...

2 komentarze:

  1. Wasze plany na wyprawy również nas motywują do ruszenia się z domu i spacerów po bliższej i dalszej okolicy - "jak się nie ma co się lubi to się lubi co się ma";-) ważne żeby się nie zasiedzieć w fotelu. Czekamy niecierpliwie na relacje z nowej wyprawy. Iwona

    OdpowiedzUsuń
  2. Piękny wpis, pięknym zdaniem zakończony a widoki na góry to jest to co Tygryski lubią najbardziej...

    OdpowiedzUsuń