niedziela, 30 listopada 2014

Opowieść polsko-duńska

Jest rodzina. Żyją na rozsądnym poziomie, bez fajerwerków. I ta rodzina marzy o wyjeździe do odległej, bajecznej Nowej Zelandii. Gdzie ponoć żyje się jak w raju. Gdzie praca jest dodatkiem do życia, w którym liczy się rodzina, przyjaciele, wspólnie spędzany czas i realizowanie własnych pasji. I ta rodzina przez dwa lata szykuje się do tego wyjazdu, oszczędza, planuje i marzy. Jak to fajnie będzie poluzować ten ucisk na gardle, przestać się ścigać z trudną codziennością. Jak to fajnie będzie spróbować tego rajskiego życia, zobaczyć te magiczne miejsca. I leci te kilkanaście tysięcy kilometrów. I choć początkowo jest ciężko i obco, i dzieciom tak trudno to przecież przylecieli do raju, więc będzie dobrze. Ale nie jest dobrze. On pracuje do późna, jakoś nikt nie rozumie, o co chodzi z tym czasem dla rodziny… Wraca zmęczony i nie ma na nic siły. Ona próbuje znaleźć pracę, ale pogodzenie tego z dziećmi wydaje się niemożliwe. Dzieci w szkole odnajdują się różnie. Syn nie może się zaklimatyzować, ucieka. W domu zamyka się w szafie i płacze, że nie chce mu się żyć. Ona siedzi w aucie pod szkołą przez dwa miesiące. Z czasem okazuje się, że życie jest przerażająco drogie. Nie starcza na wyjazdy, na wszystkie te bajeczne widoki. Ona zapuszcza włosy, żeby nie wydawać na fryzjera. Nie wychodzą ‘na miasto’, żeby oszczędzić. Na powrót do domu… 

To historia duńskiej rodziny, którą poznaliśmy wczoraj. Mieszkają dwie ulice dalej. Filip chodzi z Klarą do klasy. Od ponad roku w NZ. W naszej rozmowie aż kipi od emocji. Bardzo podobnych emocji. Mimo, iż jesteśmy z tak różnych krajów pewne rzeczy odbieramy podobnie. Dziwią te same sprawy, rozczarowują podobne aspekty życia. Które okazuje się nie być takim wymarzonym rajem. Owszem, jako kilkutygodniowy turysta zachwycisz się tym krajem, jego naturą, egzotyką. Ale jeśli chcesz tu pożyć, to się gorzko rozczarujesz (chyba, że rzeczywiście masz wynagrodzenie bardzo ponadprzeciętne). Tina (Ona) mówi szczerze i bez ogródek. O tym, że co czwarte dziecko w NZ jest niedożywione, że nie ma żadnych sensownych programów pomocy w szkołach. O tym, że jest to kraj nieznający współczucia – jeśli podwinie ci się noga to radź sobie sam, nikt ci nie pomoże. O tym, że jest to państwo, które osiągnęło mistrzostwo w pozytywnej autokreacji – sprzedaje się jako ten rzekomy raj i wielu ludzi nabiera się na ten wygładzony wizerunek. Sprzedaje cały dobytek, rusza w nieznane, żeby mieć szansę na lepszą przyszłość, a potem okazuje się, że to ułuda. I często nie ma już odwrotu. Tina mówi, ze trzeba to głośno wyartykułować, żeby inni mieli świadomość, zanim zdecydują się postawić wszystko na jedną szalę. Tiny nie lubią w szkole, bo potrafiła jasno i wyraźnie powiedzieć, że nie radzą sobie z trudnym dzieckiem. Tiny nie bardzo lubią nawet sąsiedzi, bo ośmieliła się skrytykować NZ. Nawet w sklepie obrazili się na nią , gdy skorygowała, że to Dania jest matką Lego, nie NZ! Peter (On) jest inżynierem budowlanym. Jest przerażony tym, że cofnął się w pracy o jakieś 20 lat. Jedna wielka improwizacja.  Projektowanie i realizacja projektów wg znanej już nam zasady – jakoś to będzie. 


Wracamy do domu i długo to przegryzamy. W środku coś na kształt ulgi, że jednak nie tylko my tak czujemy. Że może jednak nie przesadzamy z tym odbiorem prozy życia w NZ. Jako zwykli turyści pewnie ponarzekalibyśmy, że to czy tamto drogie, ale byłyby głównie ochy i achy. Jako ludzie, którzy próbują tu żyć, mamy mieszane uczucia. Żeby móc w weekend pojechać w jedno z tych bajecznych miejsc, przez dwa/ trzy kolejne zaciskamy pasa. Weryfikujemy różne plany. Australia (gdzie jedzenie jest jeszcze o 20% droższe niż tutaj) powoli niknie gdzieś we mgle. Nie narzekamy jednak. Doceniamy, że możemy tyle zobaczyć. Czerpiemy z tych doświadczeń. 


Ale cena, jaką płacimy, by dotrzeć do tych niesamowitych miejsc jest bardzo wysoka. I nie da się jej przeliczyć na dolary…



Polsko-duńska gra w nowozelandzkie rugby
Weekend w różnych ujęciach: 

 
Koreańskie Dni w centrum Christchurch
Oj, nie smakuje!
 
 
 
Odkrycia na niedzielnym wędrowaniu po wzgórzach Port Hills
Uwielbiamy te ich mobilne kafejki. A już spotkać taką na
odludziu, gdzie zamarzyła ci się pyszna flat white.... :-)
... lub gorąca czekolada :-)
 
 
I nici z przytulasów :P
 
Wieczór przed domem
 

piątek, 28 listopada 2014

Takie poranki, takie dni...

Są dni, kiedy budzę się i czuję, jakby to znów był ten pierwszy tydzień. Gdy wszystko zupełnie obce. Aż ściska w środku. Ile takich poranków jeszcze, gdy ciężko wstać i na nowo siłować się z każdą najprostszą czynnością? Wtedy naprawdę mam poczucie, że całe nasze życie wywróciło się do góry nogami, nie ma nic stałego, czego można by się uchwycić i przetrwać. Każda banalna rzecz bywa wyzwaniem. Każda prozaiczna czynność, na którą w Polsce nawet nie zwracasz uwagi, tutaj kosztuje cię masę energii. Bywa, że niewiele jej zostaje na cokolwiek innego. Pod koniec dnia już prawie na czworakach.

Jak dodać do tego trudne, drenujące sytuacje, na które nie masz wpływu z odległości 18000 km… Nic nie możesz zrobić. Tylko czekać, aż będzie dobrze. 


I, paradoksalnie, to dzieci stawiają mnie do pionu. Nie mogę przecież na ich oczach rozpłakać się, że ja już dziękuję, już mi wystarczy, już zobaczyłam sporo i mogę wracać. Że nie zdawałam sobie sprawy, na co tak naprawdę się porywamy. Czy można sobie to w ogóle uświadomić wcześniej? To dla nich głównie po raz kolejny przekonuję samą siebie, że tak długi wyjazd i pozostawienie za sobą tylu ważnych ludzi, miejsc, Lu ma sens. Dla nich odnajduję radość w małych rzeczach. Jedziemy w jakieś magiczne miejsce, ładuję akumulatory, jest dobrze. 


A potem znów przychodzi taki poranek… 


I można podsumować – no tak, jak w życiu, sinusoida wzniesień i upadków. Tylko, że w życiu, tym, które się zna, można odbić się od ulubionych miejsc i przyjaciół. Tutaj możemy się tylko odbić od siebie nawzajem. Czasem bywa to trudne. Czasem niewykonalne.


I gdy w taki dzień znajdujemy w skrzynce to, co poniżej na zdjęciu – to nie umiem ukryć wzruszenia. Łzy jak grochy. Że komuś chciało się pomyśleć i zadziałać. Że komuś się w ogóle chciało chcieć… To właśnie te bezcenne chwile, gdy uświadamiam sobie, jak bardzo ten wyjazd wyostrzył mi zmysły, jak nauczyłam się doceniać każdy najmniejszy nawet gest.
Wtedy mam siłę, by mierzyć się z takimi porankami.


 

czwartek, 27 listopada 2014

Yummy :P

Po ponad trzech miesiącach możemy pokusić się o pierwsze skromne podsumowanie kulinarne Nowej Zelandii. Proszę o wyrozumiałość, iż posiłkuję się tu zdjęciami z sieci, ale zazwyczaj zanim wyciągnę aparat reszta rodziny ma już na talerzu bonanzę ;-)
  
Pokłosie brytyjskiego kolonializmu widać wyraziście właśnie w kuchni. Do niedawna specjałami NZ były klasyczne potrawy rodem z UK, chociażby meat pie czyli ciastko z kruchego ciasta z mięsnym nadzieniem (do wyboru wersje z cebulą, grzybami lub serem) lub sausage rolls (kiełbaski w cieście). Od kilkunastu lat Nowa Zelandia podkreśla swoją odrębną tożsamość również na tym polu, tworząc tzw. Pacific Rim (Pacyficzny Wieniec) – dania w głównej mierze oparte na wysokiej jakości rodzimych surowcach – świeże mięso, owoce morza, sery, warzywa, no i oczywiście lokalne wina. I trzeba przyznać – te smaki naprawdę są wyraziste, świeżość produktów przekłada się na jakość spożywanego jedzenia. To, co mnie osobiście urzeka to podejście Kiwi do pichcenia ;-) Idealna wizja przygotowania posiłku – nic, co wymaga ogromu pracy i godzin spędzonych przy tzw. garach. Ot co! Najlepiej to szybko wymieszać, wstawić do piekarnika lub na grilla, a potem już tylko lampka wina i rozmowy. 


Spisuję, co ślina przynosi na język:


Ziemniaki, które smakiem w ogóle nie przypominają naszych rodzimych. Nowozelandzkie słodkie ziemniaki (Kumara) mają różne rozmiary, kształty i kolory (czerwone, pomarańczowe, beżowe, fioletowe). Wszechstronność zastosowań zadziwiająca – zapiekane, gotowane w wodzie lub mleku, smażone lub gotowane na gorących kamieniach umieszczonych w podziemnym piecu (tradycyjna technika Maorysów zwana hāngi, teraz już raczej jako atrakcja turystyczna) , jak również w postaci  frytek, chipsów i dipów. 


www.producedelivered.co.nz

Kiwi nowozelandzkie w odmianie złotej (Gold kiwifruit). Podobieństwo do klasycznego kiwi jak brat bliźniak, jedynie skórka gładka i lekko żółtawa. W smaku za to nieporównywalnie słodszy. No i zasadnicza różnica jest… w cenie :P Kiwi klasyk = $3.49/1kg, kiwi gold= $5.29. Z owoców również mango – soczyste, słodkie, wieeelkie! ($1.99 za 1 szt.)



Być w Nowej Zelandii i nie spróbować ich kultowych lodów hokey-pokey (lody śmietankowe z kawałkami chrupiącego toffi) to jak nie wejść do kasyna w Las Vegas ;-) Spróbowaliśmy. Nie jeden raz! I słynny deser Pavlova, czyli bezowe ciasto z bitą śmietaną i owocami. Zresztą kolejna kość niezgody między NZ a Australią (‘Nazwa pochodzi od nazwiska rosyjskiej primabaleriny Anny Pawłowej – tradycja głosi, że pierwszy raz został przygotowany podczas pobytu tancerki w Perth w 1926 lub 1929 (…) Jednak do autorstwa deseru pretendują także Nowozelandczycy, twierdząc, że przyrządzono go w Wellington podczas tournée Pawłowej w 1926 roku’ Wikipedia).


Nasz kawałek deseru w opcji ubogiej w owoce
Klasycznie. www.kulinarnawyspa.pl - można skorzystać z przepisów

Tamarillo. Hmm, ale co to jest? Kupiłam i dopiero  później sprawdzałam w sieci, co można z tym fantem począć. Często nazywane jest drzewkiem pomidorowym, choć z pomidorem, poza kształtem i kolorem, ma niewiele wspólnego. Na surowo – mało atrakcyjne, gorzkie w posmaku, dodawane bywa do sałatek. Ale taki myk – rozgniatasz na papkę, podgrzewasz, do tego odrobina miodu lub cukru trzcinowego… mniam! A jako dodatek do lodów to już w ogóle odlot! 
www.galleryhip.com
Chowder to kremowa zupa rybna, którą degustowałam razem z Matyldą. W sumie to nie jest zupa rybna, ale kociołek z owoców morza. Ten treściwy posiłek zawiera mnóstwo krewetek i różnego rodzaju małż, zdarzają się nawet fragmenty homarów.  Smakowało ;-) 

www.greenmountfoods.co.nz
Fast food. Na każdym rogu. W mobilnych budkach, które dogonią cię wszędzie. Fish & chips sprzedawane w szarym papierze. Ogólnie trend na ‘take away’, czyli jedzenie na wynos (tu wspomnienie zdziwienia sprzedawcy w Pizza Hut, że chcemy na miejscu i po ludzku). Poza tym szybka, tania i bardzo dostępna kuchnia azjatycka, ale my jakoś opornie się przekonujemy. 

Wspomnienie jedzonych kiedyś fish & chips, papier fruwa,
wszystko się roz..sypuje :P
Burgery. Które nijak się mają do tych przez nas kojarzonych. Wołowina rodzima, więc smakowała jak mięso, a nie podeszwa. Spróbowali Jacek i Filip – polegam na ich podniebieniach, bo ja z tych mało mięsolubnych. Przeważnie jednym z dodatków jest konserwowany lub piklowany… burak!  A tak na marginesie to baranina jest o niebo tańsza od drobiu, który jest najdroższym tu mięsem. Zdjęć brak, bo zanim wyciągnęłam sprzęt ostały się ino okruchy :P

Miód Manuka - ma charakterystyczny smak, jest ciemniejszy i bardziej intensywny niż klasyczne miody. Reklamuje się go jako ‘prawdopodobnie najzdrowszy miód na świecie’. To w 100% naturalny produkt pozyskiwany z nowozelandzkiego krzewu Manuka (drzewo herbaciane, rośnie powszechnie na terenie całej Nowej Zelandii). Miody są pieruńsko drogie, dlatego każdy słoiczek od Judy (dostaje ciągle od przyjaciół i, jak twierdzi, już jej uszami wychodzi) witamy z wielką radością.



Poza tym uwielbiam i mogę jeść w każdej ilości: owoce morza, lekko posolone awokado, sushi (relatywnie tanie, za 6 dosyć sporych sztuk $5.50), humus z serowymi ciastkami. Do tego kawa. Wyśmienita, stosunkowo niedroga  ($4.50 w każdym miejscu). To wielka ulga mieć tę pewność, że nawet w Wygwizdowie Wielkim napijemy się dobrej jakościowo, smacznej kawy :-)


 
 

Podkreślam – to nasze subiektywne odczucia, a nie kulinarna Nowa Zelandia w pigułce. Dla ciekawych polecam książkę ‘Kuchnia Nowej Zelandii’ Ilony Zdziech – my dostaliśmy w prezencie, dzięki A.i J. :-), czeka na nas w domu.
Nie jesteśmy stałymi bywalcami restauracji, więc pole do popisu ograniczone. Poza tym czasem dzieci ciężko namówić ( i nie tylko dzieci ;P) na ryzyko popróbowania nowości. Niemniej jednak liczę na więcej doświadczeń  w tym temacie, a okazji nie powinno zabraknąć – w marcu na Zachodnim Wybrzeżu odbywa się Wild Foods Festiwal, gdzie serwowane są m.in. smażone świerszcze, larwy huhu (żyjące w pniach tłuste pędraki) czy pikopiko (liście paproci). Filip już się nie może doczekać ;-)


O trunkach będzie gdzieś dopiero w styczniu lub później. Czekamy na wsparcie trzech wyrafinowanych degustatorek, które przylecą do nas z Polski ojczyzny naszej już za miesiąc. Odliczanie dni i rozciąganie ramion do uścisków rozpoczęte! Obowiązkowa wizyta w nowozelandzkiej winiarni w planach, także o tym we właściwym czasie.

środa, 26 listopada 2014

Jedziemy na wycieczkę

Wycieczka szkolna w wykonaniu Kiwi. Jadę jako rodzic opiekun, wolontariusz z przymusu ;-) Autobus wypełniony upalną duchotą, zapaszkami dojrzewającej młodzieży, krzykami i totalnym luzem co do zasad bezpieczeństwa. Po 40 min takiej jazdy zastanawiam się, jak przeżyję kolejne 6h :P Ale dojeżdżamy na miejsce i okolica łagodzi wstrząs pierwszego wrażenia. Dzika rzeka, mnóstwo stawów i innych bajorek, lasy, krzaki, dziko i pięknie. Ptactwa w bród. W czystej rzece pływają wielkie łososie i inne ryby. 

 
 
 
 

Najpierw zajęcia warsztatowe w grupach - wyławianie czego się da z rzeki i identyfikowanie stworzonek według planszy z obrazkami. Później zabawa – dzieci dostają stroje (różne wodne stworzenia) i muszą przepłynąć rzekę upozorowaną na trawie. Tyle, że po drodze wyłapują je przeszkody w postaci śmieci (inne dzieci) – to tak w wielkim skrócie, ale zabawa mądra, z krótką dyskusją i wnioskami na koniec. I jeszcze gra terenowa – bieganie po okolicy i robienie zdjęć roślinom i zwierzętom wg listy. Po latach oglądania mnóstwa przeróżnych zajęć i warsztatów dla dzieci mam już jako takie pojęcie co do ich przydatności – które są faktycznie wartościowe, a które taką ‘zapchajdziurą’. Ciekawe te warsztaty, proste w zamyśle, ale użyteczne. I taka mnie naszła refleksja, bardzo radosna, że nasze dzieci w Namysłowie mają możliwości uczestnictwa w wielu fajnych zajęciach, naprawdę wartościowych :-) Że jest do czego wracać...


 
 
 
 

To, co mnie uderzyło to zdyscyplinowanie dzieciaków. Jak wszędzie, tu też od razu rzuca ci się w oczy grupa rozrabiaków, co to w autobusie podniosła poziom decybeli do maksimum. Ale przy jakimkolwiek zadaniu czy dyskusji wszyscy uczniowie grzecznie i aktywnie. Nie ma powtarzania po kilka razy, proszenia o ciszę, upominania. Naprawdę nie ma. Mimo wycieczkowego luzu czuć było… szacunek – tak, inaczej tego nie nazwę.



Z innych szkolnych wydarzeń – praca Matyldy (Motywy sztuki Aborygenów) została wyróżniona i wywieszona jako jedna z nielicznych na tablicy, a Filip został wyczytany na forum całej szkoły w uznaniu za bardzo dobre postępy w czytaniu. To tak się trochę chwalę ;-) Ale jak tu nie być dumnym z tych dzieci, co weszły z rozbiegu w tę szkolną rzeczywistość - nie zdążyły nawet wyhamować po wakacjach polskich, wskoczyły w środek tutejszego roku szkolnego, a jeszcze zima do tego była … I one się w tym wszystkim jakoś odnalazły… 


 

Patrzyłam dziś na moją córkę przez te kilka godzin, jak mimo bariery językowej stara się uczestniczyć w zajęciach; radzi sobie w sytuacjach, w których niejeden dorosły skuliłby się i schował; umie znaleźć dla siebie miejsce w tych skomplikowanych relacjach koleżeńsko-rywalizujących i do tego zachowuje pogodę ducha. Patrzyłam i byłam z niej dumna jak diabli!