piątek, 31 października 2014

Z pamiętnika glazurnika - część piąta: W Tonacji Trójki

Dzisiaj o tym, że nie warto oceniać i szufladkować ludzi. Niby oczywiste, wszyscy o tym wiemy, ale jak tu się przed tym obronić? Zanim przeczytacie dalej warto zobaczyć ten krótki filmik.


Co ciekawe Nek Minnit Guy to internetowy hit w Nowej Zelandii. Gość zwojował rynek youtube i facebooka. No i trudno nie pomyśleć, że to jakiś uliczny półgłówek, prawda?
Ale do rzeczy. Ja usłyszałem zwrot "nek minnit", który wszedł do potocznego języka, od mojego szefa. Nie rozumiałem odniesienia, więc pokazał mi powyższy filmik. Zabawne, jasne, byłem zdumiony zasięgiem takiego banału. Wtedy też przyszedł mi do głowy szalony pomysł marketingowy - nagrać filmik z tym gościem reklamujący naszą małą-wielką firmę. Od pomysłu do czynu - dotarłem do niego, ustaliliśmy warunki, wynegocjowałem wyłączność reklamy w budowlance i ustaliliśmy, że przyleci z Auckland do Christchurch  w październiku na nagranie pierwszego z serii filmików. :-) Mój szef zgodził się na wynagrodzenie Nek Minnit Guy i chyba nie do końca wierzył, że to dojdzie do skutku hahahaha. 


I tak tydzień temu Levi przyleciał do Christchurch. Mieliśmy oczywiście wszystko wcześniej przygotować, ale jak to często bywa sprawy odkładane na później same się nie załatwią... Zamiast kamery - nasz wysłużony aparacik, zamiast planowanego zespołu filmowego z lokalnego Uniwerku, ‘pan rezyser’ Jacek, zamiast scenariusza, pomysł zaledwie jak to ma wyglądać. No i lekki niepokój jak się dogadać z tym prostakiem, który niewyraźnie mówi. Podjeżdżam pod wskazany adres noclegu Leviego, witamy się, jest ok, wszystko rozumiem, mówi wyraźnie. Zaczynamy rozmawiać, Levi patrzy na mnie nieufnie, kiedy orientuje się, że cała ekipa filmowa to ja i mała czarna torba z aparatem:-) Dobrze, że rozmowa się kręci. Levi zauważa, że mówię tak szybko jak taki aktor Roberto Benigni. Zaskoczony, że gość zna Benigniego mówię: tak poruszający film o obozach koncentracyjnych zrobił (nie mówię, że ‘Życie jest Piękne’, bo na pewno nie kojarzy, może chociaż fabułę, zakładam), a Levi na to, że bardziej go lubi w filmach... Jarmuscha. Odpowiadam grzecznie, że dla mnie najbardziej w filmie ‘Poza Prawem’, ale już jestem zdezorientowany. Levi patrzy na mnie jak na ufoludka i obaj zaczynamy się śmiać. On jest wspaniałym, otwartym i wrażliwym artystą i "skateboarderem", który kocha kino i pracuje społecznie z trudną młodzieżą, a nie prostakiem z filmiku, którego ja sobie w głowie wykreowałem. Ja okazałem się być nie "tylko" glazurnikiem, ale ... no trudno powiedzieć kim się okazałem, zapytam Leviego następnym razem. Jedno jest pewne, obaj dostaliśmy świetną nauczkę. Levi raz jeszcze:



Dalej już było łatwiej. Uzgodniliśmy sekwencję scen, stanąłem za kamerą/aparatem i popełniliśmy dzieło wybitne, które ma szansę na kilka nagród w świecie reklamy i filmu (i proszę mówić do mnie ‘Panie Rezyseze’). Ciąg dalszy też jest ciekawy - film zmontował i dopieścił pewien znany w Namysłowie filmowiec Wojtek O. Jestem mu ogromnie wdzięczny, bo zrobienie tego na miejscu byłoby niezmiernie trudne. A on bez zbędnego tłumaczenia usiadł i wyprodukował klip reklamowy, który dokładnie odpowiada naszym zamierzeniom. To wcale nie takie proste. Premiera już na dniach. Pewnie będzie do wyłapania w sieci i będziemy się nią chwalić. Proszę pamiętać, że specyfika żartu Nek Minnit jest prostacka i taki jest filmik, ale tutaj w Christchurch i NZ w ogóle powinien się spodobać (we hope :-)
Rankingując te swoje dziwne zdarzenia i sytuacje mam już teraz problem, czy to wygrywa z pierwszym spotkaniem z "firmą"? Chyba jednak nie, niech zajmie równie dobrą drugą lokatę:-)


A na deser dzisiaj rano (u nas wieczorem) słuchaliśmy Wojtka Manna w Trójce i skrobnęliśmy pozdrowienia, które tenże Wojciech Mann odczytał powodując wybuch radości i wzruszenia w rodzinie Fiorów. Chociaż na chwilę oderwaliśmy myśli od Luki, która dzielnie walczy z wrogiem. Dobrze wiedzieć, że ma tam tak oddanych opiekunów. Dziękujemy.


Dziś nasza pierwsza tu burza
 
Wyglądało groźnie, ale pokotłowało się i przeszło
 
Rytuał - codzienne sprawdzanie skrzynki pocztowej
I wielka radość, jeśli coś tam jest :-)
Wielkie podziękowanie dla Pani Lidii W.!
Nasza Luka

czwartek, 30 października 2014

...

Z naszą psiną dzieje się coś niedobrego...
I ja mam w środku wielką czarną dziurę. 
Nic pozytywnego z niej się nie urodzi. Żadne sensowne zdanie.
Proszę mnie zrozumieć.

poniedziałek, 27 października 2014

Zamilknąć i patrzeć

Kto przebrnął kiedyś przez ‘Nad Niemnem’ Orzeszkowej, nie omijając opisów przyrody? No kto? :P Przy trzecim zdaniu myślami odpływa się w siną dal. O ile zazwyczaj słowo ma, w moim odczuciu, bezkonkurencyjną przewagę nad obrazem, o tyle w przypadku krajobrazów, tudzież podziwiania piękna natury wolę zamilknąć i patrzeć. Do tego wsłuchać się w odgłosy i nosem wciągnąć, co się da (reszta Fiorów śmieje się, że ocean dla mnie pachnie jedzeniem ;-) W związku z powyższym garść informacji, faktów, doznań i zdjęć, które starają się, bardzo starają się oddać co oczy widziały, ale nieudolnie…

Za nami trzy dni oglądania i delektowania się…


…widokiem nadmorskich miasteczek (Timaru, Oamaru), z pozbawioną kiczu infrastrukturą - gdzie życie leniwie się toczy, dzieci brykają po placach zabaw będących mądrym wyzwaniem, foki wylegują się na brzegu, a pingwiny żyją w swoim naturalnym środowisku;


Taka sobie pogawędka
Nie tylko zjechać! Najpierw trzeba się tam wdrapać!
Wybrzeże Oamaru

Nieźle...:-)
my pingwiny oglądaliśmy z oddali, nie można
ich straszyć, bo nie wrócą do gniazd
Takie dziewczyny wylegiwały się na skałach :-)
 
Te wyniosłe gmachy w lokalnym wapieniu w centrum Oamaru
(spuścizna po latach prosperity) nijak się mają do lekkiej,
tymczasowej zabudowy w większości drewnianych domów

… widokiem Mt Cook, skąpanej w chmurach i odsłaniającej przed nami swój szczyt na dosłownie kilka minut :-) To na niej ćwiczył Edmund Hillary, Nowozelandczyk, zanim jako pierwszy człowiek wdrapał się na Mount Everest (wraz z Szerpą Tenzingiem Norgayem);


Czekamy cierpliwie, aż Aoraki pokaże swoje wdzięki
Dosłownie na chwilę ;-)
Buntownik bez powodu
…. wysuwającym się spomiędzy gór jęzorem lodowca Muellera, który w momencie, gdy stoimy tam zziębnięci i poprzeszywani na wylot porywistym wiatrem, kruszy się spektakularnie i gubi swoją końcówkę… Stoimy jak te barany i patrzymy, jak na naszych oczach  kurczy się to niesamowite dzieło natury – jest to fascynujące i smutne zarazem… ;

Jakość zdjęcia kiepska, bo to był moment.

…. turkusowymi jeziorami polodowcowymi Pukaki i Tekapo, które swoje nieziemskie barwy zawdzięczają  zawiesinie skalnej odbijającej światło słoneczne. Razem z roztopami śnieżnymi spływa ze skał pewien rodzaj osadu nazywany mączką skalną lub lodowcową. Gdy taka mączka osadza się na dnie zbiornika, jego kolor w bezchmurne dni wydaje się być turkusowy. Masy fluorescencyjnie niebieskiej wody, trudne do ogarnięcia wzrokiem! Dla porównania – Pukaki ma powierzchnię 80km², a największe polskie Śniardwy ponad 113km²;


Pukaki widziane następnego dnia z innej perspektywy
 
Mt Cook widać z każdego możliwego
zakątka Parku Narodowego
 
 

Stojący nad brzegiem jeziora Tekapo kamienny kościół Dobrego 
Pasterza z 1935 roku, upamiętniający pionierów tej dzikiej krainy.
…oraz przeróżnymi miejscami w drodze (a zrobiliśmy w sumie ponad 800km) – skalnymi olbrzymami, gdzie rozgrywały się sceny z Narnii (perełka dla Matyldy), niezwykłą winiarnią dosłownie w szczerym polu (degustacja innym razem jednak). I nowe doświadczenie noclegowe dla dzieci - w schroniskach młodzieżowych pełnych francusko-malezyjsko-koreańsko-jakiejśtam młodzieży. Plus kilka starszych zahartowanych pań z tym niezwykłym wyrazem pionierskiego zacięcia na twarzy ;-) I my jako jedyni z dziećmi ;-)

Tylko nie odleć Matyś tą rakietą!
Takie toalety często w szczerym polu ;-)
Co ten syn tu wyprawia? Nie wiem doprawdy...
Ale że o co Państwu chodzi..?
Baśniowe te widoki, nierealne momentami… Wracam z tymi obrazami pod powiekami i łącząc się ze światem widzę polską jesień w niesamowitych kadrach Artura M., czerwono-pomarańczowe Bieszczady w ujęciu przyjaciela i moje ukochane miejsca w obiektywach różnych osób, które pamiętają i dzielą się nimi ze mną od czasu do czasu (za co bardzo dziękuję)… I myślę wtedy – tak, dobrze jest wyjechać i zobaczyć świat w odsłonach, jakich u nas nie uświadczysz, z tym nawet nie polemizuję. Ale dobrze jest też mieć świadomość, że warto oczy szeroko otwierać w przeróżnych miejscach. A jak ktoś chce to i w kałuży zobaczy odbicie nieba ;-) Kwestia nastawienia.

A ze spraw bieżących ;-)
Po zmianie czasu w Polsce jesteśmy już równo 12h do przodu, więc łatwo teraz połapać się w tych godzinach. Do marca przynajmniej.


Dla tych, co pytają - będzie o winach :-) I o jedzeniu mniej lub bardziej egzotycznym. Będzie. I o różnych innych spostrzeżeniach na temat życia i codziennego bycia. Dajcie mi czas ;-) Jeszcze nam tu trochę miesięcy zostało, więc o czym będę później pisać? ;-) Póki co zbieram notatki, obserwuję, żeby zbyt pochopnie nie ocenić, żeby mieć solidny mianownik dla tych swoich spostrzeżeń.


I na maile odpiszę. Każdemu z osobna. Bo wszystkie wiadomości mnie cieszą i czytam je po kilka razy. I myślę, jak tu każdemu kawałek raju przemycić ;-) Cierpliwości. Bo doba mi się kurczy, a innych spraw jest sporo. Ale dziękuję. Za każdy gest pamięci – w formie zdjęć, maili, komentarzy… Tym bardziej dzielę się tym, co przeżywamy i widzimy w NZ.


Kto czuje niedosyt zdjęć to może zajrzeć tutaj :-)

czwartek, 23 października 2014

W stronę Aoraki

Wilbert rośnie jak na drożdżach :-) Idealne warunki, zwierzyny dookoła w bród, farma Nicky to dla niego raj na ziemi. Jak dobrze. Na widok dzieci macha ogonkiem jak piesek i tuli się do nich, ssąc ubrania. Dla nich ogrom radości. Tęsknotę za Luką przelewają na wszystkie napotkane zwierzęta. W drodze ze szkoły wyczaiły czarnego labradora, co tylko pysk przez dziurę w płocie wystawia i liże ich, gdzie popadnie. Już nawet nie reaguję, widzę, jakie to dla nich ważne. Jakie potrzebne. Sama bym tam przez płot wlazła i go wyściskała… Tak mi fizycznie tęskno za naszą psiną… brakuje tego łba pod ramieniem, tego ciepła przy nogach…  Jak nam się uda ją na Skype zobaczyć to wydzieramy się jedno przez drugie, a Jacek z politowaniem tylko głową kiwa. I jakikolwiek znak, nieśmiałe machnięcie ogonem i nastroszone uszy to dla nas tak dużo, tak dużo! Kto psa tak nie kochał, to nie zrozumie. To jak głodnemu próbować wytłumaczyć, czym jest nasycenie.

Na weekend zjeżdżamy nieco bardziej w głąb wyspy. Chcemy przybliżyć się do Mount Cook (3754m n.p.m.) – najwyższego szczytu NZ, zwanego również Aoraki (‘Nakłuwaczem chmur’) – to maoryskie określenie obowiązuje od 1998r. W 1991 Aoraki straciła 10 m wskutek osuwiska, co jednak nie odebrało jej tytułu królowej szczytów w NZ. Ponoć Góra Cooka jest strasznie kapryśna, a jej czubek jest widoczny średnio tylko przez 1/3 dni w roku! Czyli… nie nastawiać się ;-) Co będzie, to będzie. Zwłaszcza, że prognozy zmieniają się dosłownie co godzinę – począwszy od nieśmiałych przejaśnień do nawet sporadycznych opadów śniegu, yhm….


Park narodowy Aoraki to nie tylko majestatyczne pasmo Alp Południowych (ok. 20 szczytów powyżej 3000 m n.p.m, 40% powierzchni parku to lodowce!), ale również turkusowe polodowcowe jeziora i rozległe alpejskie hale. Wczytując się i szperając odnoszę wrażenie, że Nowa Zelandia to jeden wielki park narodowy :-) W sumie jest ich 14, do tego parki leśne, rezerwaty i chroniona ziemia prywatna. Naprawdę jest co oglądać. Liczę, że i nam się uda przez najbliższe dni oczy nacieszyć. Nie wiem, co z dostępem do cywilizacji, więc na wszelki wypadek – do zobaczenia za jakiś czas...




środa, 22 października 2014

Tylko tyle

Co najlepszego możesz dać swojemu dziecku? W jaki sposób możesz zagwarantować, jemu i sobie, że będzie się czuło szczęśliwe i spełnione? No nie możesz.

Ale możesz dać mu swój czas. Swoją uważną obecność. Możesz prowadzić z nim długie rozmowy i liczyć na to, że zawsze będzie chciało podzielić się z tobą swoimi myślami. Jeśli tylko będziesz nimi zainteresowany. Tak autentycznie ciekawy swojego własnego dziecka.
 

Możesz zaszczepić w nim wiarę, że świat stoi przed nim otworem. Że może wybierać. Niezależnie od tego, skąd jest, skąd pochodzi.
 

Możesz mu pokazywać, że ludzie są różni, a różne jest piękne i inspirujące. Możesz pomagać mu przezwyciężać strach, by nie bało się być inne. Żeby potrafiło wychodzić przed szereg.
 

Możesz pokazywać mu swoim życiem, że ważne są wszystkie nasze wybory – co czytasz, czego słuchasz, jakie filmy oglądasz, z jakimi ludźmi się stykasz, co robisz z tym swoim bezcennym czasem – że to wszystko tworzy twoją codzienność i lepi cię jako człowieka.

Możesz pokazać mu, że tak naprawdę niewiele trzeba, by móc tym życiem zwyczajnie się cieszyć. Doceniać wielkie małe rzeczy.
 

Możesz być lub dążyć do tego, by być szczęśliwym  człowiekiem. Z własnymi pasjami, marzeniami, apetytem na życie. Możesz ten apetyt podsycać u swojego dziecka i sprawić, by zawsze chciało mu się chcieć.
 

Swojemu dziecku możesz dać tylko tyle. I AŻ tyle. 



poniedziałek, 20 października 2014

Domek z kart

To dzieje się nagle, bez ostrzeżenia. Tak jakby ktoś przyłożył ci z pięści w brzuch, aż cię zgina w pół. Z trudem łapiesz oddech i zdezorientowany mrugasz powiekami.
Nie rozumiesz.... Nie wierzysz.... Bo już było tak dobrze, już sobie wszystko poukładałeś w głowie. Już tylko carpe diem.

Byle podmuch tęsknoty i wszystkie karty wylatują w kosmos.

Dziś mijają 2 miesiące od wylotu z Polski. A mi się wydaje, jakby to było pół roku temu…

niedziela, 19 października 2014

Nowozelandzkie 'zwiedzanie'

Ciekawe, jak innego znaczenia nabiera słowo ‘zwiedzanie’ w Nowej Zelandii. Będąc ostatnim odkrytym i zasiedlonym przez człowieka krajem, NZ nie może, jak stary kontynent, pochwalić się historią zatrzymaną w architekturze i zabytkach. Dziś przejeżdżaliśmy przez most, oznaczony jako ‘historyczny’ z datą budowy … 1956 ;-) To mówi samo za siebie o nowozelandzkim wymiarze historii i miejsc ją uwieczniających. 

Czy turysta/podróżnik może w takim kraju ‘zwiedzać’? Ja zastąpiłabym to innym słowem – może eksplorować, doświadczać czy po prostu… cieszyć się :-) Namacalnie cieszyć się tym naturalnym pięknem i krajobrazami zmieniającymi się co kilkadziesiąt kilometrów.  Zróżnicowanie przyrody, jej oszałamiające bogactwo i możliwości, jakie nam daje wręcz wymuszają aktywne odkrywanie NZ. Jest w niej coś nierealnego, baśniowego… Odnoszę wrażenie, że Peter Jackson nic nie musiał dodać od siebie jeśli chodzi o scenerię swoich filmów ;-) A przecież tak niewiele jeszcze tu widziałam, zaledwie ułamek…

Takie myśli przyplątały się do mnie w deszczowe popołudnie, gdy przeglądaliśmy foldery, planując następny (długi tutaj) weekend. W samym Christchurch, oprócz lokalnych tras po wzgórzach i nad oceanem, szukamy raczej wydarzeń czy imprez przybliżających nam kulturę i mentalność Kiwi. I im bliżej lata, tym więcej kuszących propozycji wyłania się po zimowym marazmie. Ale marząc o przejechaniu kraju wzdłuż i wszerz (ile się uda, zobaczymy…) mamy na myśli głównie bycie na zewnątrz, wydeptanie kilometrów własnymi stopami, nacieszenie oczu widokami, zwyczajną radość bycia w niezwyczajnym miejscu ;-) 


Dziś wystawa motyli w jednym z oddziałów lokalnej uczelni. Do tego jak zawsze zabawa terenowa dla dzieci z wyszukiwaniem miejsc i informacji. Takie spokojne popołudnie z kawą i słodkościami na poprawę nastroju. 



No i kto tu jest dziś w Raju? ;-)
A to taka osobista prośba :-) Nasz syn, dzięki pewnemu Panu,
rozwinął nową pasję - zbieranie kapsli po piwie. Poświęcamy się ;-) i
pijemy tu na potęgę, co by kolekcję rozbudować.
Jeśli ktoś będzie pamiętał i odłoży czasami jakiś
ciekawy kapsel to sprawi tym naszemu Filipowi wiele radości :-)