poniedziałek, 15 września 2014

Z pamiętnika glazurnika - część pierwsza

Pod wpływem ogromnej presji rodziny, przyjaciół i rzeszy fanów chwyciłem w końcu za klawiaturę i spróbuję opisać przygód kilka glazurnika z wyboru. Nie wszyscy może wiedzą, że z rzeczoną profesją niewiele mnie dotychczas łączyło. Aby wjechać do Nowej Zelandii potrzebowałem zawodu z listy zawodów poszukiwanych i po przeanalizowaniu programu studiów weterynaryjnych, medycznych, inżynierskich i informatycznych uznałem, że jednak skuszę się na egzamin czeladniczy w zawodzie glazurnika. I od razu ubiegam pytania niedowiarków - ja ten egzamin rzeczywiście zdałem, choć przyznać trzeba, że głównie sprytem i arogancją. A jak już miałem "papier" to szybko wziąłem się za szukanie pracy w NZ i ku zdziwieniu wszystkich znalazłem - dzięki temu dostaliśmy wszyscy wizy i mogliśmy zacząć bookować bilety.

Później były plany, ambitne plany, aby się fachu tego nauczyć, nowinki poznać i zanurzyć ręce w kleju... Niestety skończyło się na jednej  łazience, udostępnionej na własne ryzyko przez wspaniałomyślnych przyjaciół, którą w pocie czoła pokonałem (z drobną tylko pomocą prawdziwego glazurnika, Tomka, chociaż nie wiem, czy miał tytuł czeladnika jak JA :-)


I wszystko nabrało rozpędu dopiero tutaj, na miejscu. Po przyjeździe i tych kilku dniach w klimacie miesiąca miodowego, kiedy nie pracowaliśmy, podróżowaliśmy i oswajaliśmy się z wszystkim nowym, nadszedł moment spotkania z moim szefem. Stres olbrzymi, pomijając przyzwyczajenie do BYCIA szefem, to wiedziałem jakie firma ma wobec mnie oczekiwania - przyjechał doświadczony glazurnik z Polski... Udaję się więc pod właściwy adres i w pierwszej chwili mam nadzieję, że zabłądziłem. W ponurym domu, w brudnych pomieszczeniach, na brudnej kanapie siedzi starszy Pan, uroda arabska i gra na komputerze w pokera (uff, to nie mój szef, ale nogi zadrżały). Klimat, wystrój wnętrza i pojawiające się co jakiś czas ciemne twarze pasują do namiotu na pustyni - równie dobrze mógłbym być w Iraku, jaki znamy z filmów. No tak, firma należy do młodego i energicznego Irakijczyka, który pojawia się po paru minutach. Jest jak w filmie, zza niewidocznych drzwi wyłaniają się co chwila nowe twarze, jak się okazuje Filipińczycy, którzy kłaniają się, przechodzą, chwytają coś do jedzenia, znikają... Przychodzą mi do głowy różne myśli, również o ucieczce:-), ale... przecież Nowa Zelandia, podróże, marzenia, dzieci już w szkole, trzeba dać szansę, nie wolno oceniać po pozorach. Uzgadniamy więc kilka szczegółów, umawiamy się na poniedziałek rano i mogę wrócić do domu wypłakać się na ramieniu żony hahahaha.


W poniedziałek zjawiam się w umówionym miejscu i jedziemy "na robotę" - to znaczy ja i jeden Filipińczyk. Szef rozdziela zadania, tłumaczy mi co mam zrobić ( dwa stopnie prysznicowe z listwami - nigdy takich nawet na oczy nie widziałem) i leci dalej. No... mniej więcej tutaj kończy się spryt i arogancja i zaczyna rzemiosło, czyli dokładnie ten element układanki, którego mi brakuje. Ale nie poddaję się, komórki w głowie na najwyższych obrotach, podglądam kolegę Filipińczyka, Rod mu na imię, i jakoś udaje się sklecić te stopnie. Na koniec dnia (10 godzin) szef ogląda, komentuje, wcale nie gani, lekko koryguje, właściwie miło jest, tylko dlaczego spać nie mogę...


Później jest już tylko gorzej - kolejne zadania to już nie przelewki. Trzeba położyć kafle na ścianach podwójnego prysznica - zostaję sam z pięknym granitowymi kaflami 60x60 i absolutnym brakiem wiedzy, jak to zrobić, żeby nie pospadały. Co gorsza, nie ma Roda, jest na innej budowie, nie da się nic ugrać sprytem. Nie wiem, jak to się stało i czy kafle niedługo nie spadną, ale ostatecznie wyglądało to na tyle przyzwoicie, że kochana żona fotkę już umieściła. Kolejny tydzień to nowe zadania i niestety pierwsza poważna wpadka - kafle na obudowie wanny musiałem zrywać, ech, ile to pracy ile emocji, ile przekleństw, ale grzecznie się przyznałem i o radę poprosiłem. Szef nadal wyrozumiały, chociaż sam widzę, że tempo mojej pracy nie budzi zachwytu (nie oceniając absolutnie nikogo fachowcy w Polsce mają piękne życie, ale może się mylę, może nie tych co trzeba widziałem...). I tak nadeszła środa 10 września. Umówiliśmy się po tej cholernej wannie, że ten dzień będę pracował z szefem i razem rozwiążemy ten problem. Dynamika firmy sprawiła jednak, że rano zjawiliśmy się na pięknym patio, które należało wyłożyć brzydkimi kaflami (oczywiście 60x60). Jestem ja, Rod i nasz szef, który po rozłożeniu sprzętu mówi "Rod, ty zacznij a ja zabieram Jacka (wymawiane "dżasek", oczywiście) na przejażdżkę bo musimy sobie porozmawiać. I znowu w głowie szaleństwo myśli, założyłem już, że żegnam się z pracą, zacząłem planować jaką podjąć dalej, jak oszukać Immigration Office, jak przekonać szefa, żeby tego nie zgłaszał... Jedziemy więc i zaczyna się: Dżasek, bardzo ładnie kładziesz kafle, ale w kategorii tempo pracy zdobywasz zero punktów (to ja dalej w głowie, czy może barmanem będę, ale godziny nierodzinne, czy może w szkole językowej,  coś tam uczyć potrafię...), a szef też dalej, że on ma taki pomysł, żebym mniej kafelkował, a więcej zajął się zarządzaniem pracami i pozyskiwaniem nowych zleceń... No bardzo chciałbym zobaczyć swoją minę, bardzo, bardzo, ale się nie da... A szef dalej, że umówimy się na okres próbny i zobaczymy co z tego wyjdzie, ja oczywiście szybko wchodzę w tryb sprzedawcy (na razie sprzedaję siebie) i szybko wyrzucam z siebie wszystkie pomysły, co możemy zrobić i jak ja się do tego przyczynię. Reszta dnia to tak zwany "shadowing" - jeździmy razem, patrzę co robi szef, rozmawiamy, wdrażam się w nową rolę. Czuję się jak na rollercoasterze. Godzinę po tym jak w głowie szukałem nowej pracy siedzę w Immigration Office i prowadzę na prośbę szefa rozmowę rekrutacyjną z Filipińczykami przez skype!!! Z jednej strony ja, z obłędem w oczach, sam nie do końca rozumiejący co się dzieje (a to część całego planu pomocowego dla Filipińczyków, w którym pomaga państwo i pracodawcy), a z drugiej strony, gdzieś na małej wysepce trzech wystraszonych murarzy i kafelkarzy, którzy spełniają swój sen o Nowej Zelandii i lepszym życiu. Nie wiem, czy prędko przydarzy mi się coś równie nierzeczywistego.


Następny dzień, dla odmiany, spędziłem z Rodem kończąc to brzydkie patio w ogrodzie nieprzyjaznych Kiwi, którzy nie chcieli nawet udostępnić zasilania z garażu (trudno czasami za nimi nadążyć, dziwni ludzie mieszkają w tej Nowej Zelandii), i było super. Słoneczko świeciło, patio piękniało, Rod się cieszył, że ma takiego świetnego partnera, ja się cieszyłem, że on dźwiga ciężar rzemiosła, sąsiedzi cierpieli od dźwięku naszego generatora prądu i pilarki kątowej - Friday at its best. Ach, zapomniałbym, że na koniec dnia pojechałem z szefem na grilla do właściciela jednej z firm, która zleca nam roboty - tak po pracy, umorusani, w brudnych łachach. Martwiłem się, oczywiście, że wrażenie kiepskie zrobimy, ale co tam, jedziemy na dwa autka (bo zapomniałem powiedzieć, że w ramach nowych obowiązków dostałem company car and phone hahahaha) i docieramy do domu na górce, gdzie wita nas równie stylowo ubrany jegomość, wokół biega trójka jego synów, w tym dwóch nago, na środku stoi odkurzacz, meble z odzysku, ale dostajemy piwko w rękę i jest ok. Grill polega na tym, że właściciel odpala na tarasie maszynę, rzuca na nią dwa kawały mięsa, na talerz kładzie nam po bułce i do tego sos pomidorowy z puszki z dwoma wykutymi otworami. Pojawia się również małżonka, bardzo serdeczna i pomocna, i nikt się absolutnie niczym nie przejmuje. Ratuję się więc prośbą o steka well-done, wkładam do bułki, zapijam piwkiem i po godzinie jest po imprezie:-)))) 


Co dalej? Nie wiadomo, może się nie uda, bo w budowlance nie zdobywa się zleceń mailami, tylko przy grillach jak ten, a na to miesiąca próbnego może nie starczyć, ale spokój jest, bo w głowie mam przecież już przygotowane plany awaryjne (powstały w te parę minut kiedy myślałem, że już tracę pracę:-) i zawsze chciałem być też barmanem...
Trudno będzie mnie jeszcze zaskoczyć. Ostatnie trzy tygodnie to prawdziwa przygoda, nie tylko w różowych kolorach, część rzeczy nas przygniotła, ogrom stresu nadwyrężył relacje rodzinne, ale koniec końców nie przejechaliśmy połowy świata, żeby było jak w domu. Nie chcę powtarzać się za Martą, ale w trudnych chwilach krótki sms czy komentarz na blogu miały siłę porównywalną do rocznej terapii na kozetce. Każdy nas podnosił, czasami z kolan, czasami zupełnie z poziomu chodnika. Dzięki.




24 komentarze:

  1. Jacek dasz radę, nie martw się - jestem z Tobą (wiem, że to guzik ale cóż...) Już to mówiłem/pisałem ale jak Cie znam to będzie git! Czekam na spotkanko w L na dziedzińcu zamkowym. (o jacie jak ja czekam)
    PZ

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Będę, k...a, będę! Ty wiesz. Dzięki i pamiętajcie, żeby mnie też słowem wspierać jak już mi zabiorą to piękne autko hahahaha

      Usuń
  2. Podnoszę szczękę z podłogi! Co za wpis! Ale się uśmiałam :) Nawet w NZ poznali się na Tobie. Zawsze mówiłam- Jacek jest jak z reklamy, zawsze uśmiechnięty, nie ma dla Niego rzeczy niemożliwych. No normalnie GRATULUJE! Tylko Kto nam kafelki w wymarzonym domku ułoży? Najważniejszy, że Jacek zorganizuje dobrą ekipę :) Usciski!

    OdpowiedzUsuń
  3. Kierunkowy jak do Warszawy :-) zawsze to coś swojskiego ;-)

    OdpowiedzUsuń
  4. Jestesmy z Wami kiedy spicie chodzicie - pracujecie , jestesmy z wami myslami i sercem. Usciski!

    OdpowiedzUsuń
  5. Od jakiegoś czasu śledzę blog,jest cudowny,tyle prawdziwych wrażeń....takich rzeczywistych,namacalnych.......ale dzisiaj popłakałam się ze śmiechu,no nie mogę,ale się ubawiłam:) gratuluję niezła groteska....;p pozdrawiam L.

    OdpowiedzUsuń
  6. Dobre dobre - uśmiałem się ale też nie jestem zdziwiony że ktoś tak szybko zauważył że jesteś stworzony do wyższych celów. Jeszcze chwila i twój szef bedzie miał obok siebie konkurencyjną firmę. Pozdrawiamy

    OdpowiedzUsuń
  7. Jacku, muszę koniecznie przeczytać Twoje przygody Lechowi, robią wrażenia, naprawdę:) kafelki w naszej łazience jeszcze sie trzymają, zatem głowa do góry;) jest NAPRAWDĘ dobrze. Emocje, ktore przelałeś na papier są tak prawdziwe, jak Ty:) po prostu... :)

    OdpowiedzUsuń
  8. Dzieje się:-):-):-):-) kibicujemy! Wszystkiego dobrego! Ola i Maciej

    OdpowiedzUsuń
  9. Jesteśmy pełni podziwu jak szybko udało ci się "awansować". Czytaliśmy i śmialiśmy śmialiśmy się do rozpuku wyobrażając sobie Twoje miny przed pracodawcą. Gdzie diabeł nie może tam Jacka pośle. Czekamy na relację z pracy "manegemancie" firmy. Pozdrawiamy i trzymamy kciuki. Iwona i Tomek.

    OdpowiedzUsuń
  10. Powiem jedno... to się nazywa mieć osobowość....

    OdpowiedzUsuń
  11. Witajcie, ponownie zachęcamy do napisania przewodnika po NZ z poetyckimi wpisami Marty przeplatanymi skrajnie rzeczywistą ale jakże radosną twórczością Jacka. To musi być hit. Magdalena i Przemek.

    OdpowiedzUsuń
  12. Komunikacja na poziomie serc.......

    OdpowiedzUsuń
  13. Dżasek - na ślicznej po zczytaniu wpisu uśmiechy od ucha do ucha;) Trzymam kciuki, abyś w sektorze zarządzanie wypracował sobie przy tych grillach szybkie uznanie szefa;) wytrwałości, wiary w siebie !! głowa do góry:) pozdrowienia

    OdpowiedzUsuń
  14. W tym tempie do części drugiej będziesz musiał zmienić tytuł na Z pamiętnika kierownika!

    OdpowiedzUsuń
  15. Pan Dżasek ma dar pisania! pozdrowienia dla całej rodzinki ;)

    OdpowiedzUsuń
  16. Co za fura! W dodatku tak szybki awans, nowa komóra.... i spełnianie marzeń w NZ - tylko pozazdrościć. Dbaj o to autko, bo jak przylecimy na TRI (gdzieś chyba na wiosnę Waszego czasu), to ktoś będzie musiał nas z lotniska odebrać:-) Dasz radę, bo jak nie Ty, to kto? Pozdrowienia Rafał R.

    OdpowiedzUsuń
  17. Po ilości postów to ja tobie radzę pisz blogga! Z tego mogą byc duże $$$. Na pierwszą reklamę proponuję powną szkołę językową i doskonałłe biuro tłumaczeń.
    JW

    OdpowiedzUsuń
  18. TILE MASTER = CZELADNIK! Wiedziałem, że czeladnik to dla Ciebie za mało i niedługo zostaniesz prezesem tej firmy a Irakijczyk będzie pracował dla Ciebie ;-)

    OdpowiedzUsuń
  19. Monika Majcherek


    I jak tu Was nie uwielbiać? :)
    Ściskamy mocno!

    OdpowiedzUsuń
  20. Brawo Mistrzu Fior! (kto czytuje Gombrowicza ten wie ;-) mistrzem ci nie tylko od glazury jest, ale również i od słowa ;-) gorące pozdrowienia z Nam

    OdpowiedzUsuń
  21. Dżasku Dear, to ja w takim razie zostawiam skutą łazienkę ( po wymianie rur dziurawych :-) bo na prawdziwego fachowca poczekać warto i rok!
    A .... zaproponowałeś bossowi ekspansje na kraj i wszystkie kontynenty... system franczyzowy? ;-)
    Ściskam wszystkie Fiorki mocno i serdecznie
    nela

    OdpowiedzUsuń