sobota, 20 września 2014

O tym, dlaczego czasem warto iść pod prąd ;-)

Weekend lokalnie. Reperujemy nieco nadszarpnięty domowy budżet korzystając z uroków i atrakcji Christchurch. A jest ich sporo. Już wkrótce skompletujemy rowery dla wszystkich i można będzie w końcu te ich przeolbrzymie parki poznać z perspektywy siodełka.

Według prognozy miało być ok. 13°C i deszcz, a był piękny, rześki, słoneczny dzień. Szybka decyzja - Rezerwat Przyrody Willowbank, w którym można zobaczyć typową nowozelandzką faunę i florę. Dziwaczne te niektóre stworzenia – jak te, no nie można inaczej tego określić – przebrzydłe świnie. To i tak delikatnie powiedziane – one naprawdę wyglądają koszmarnie! Poza tym okazja do zobaczenia z bliska tzw. latającej małpy, czyli górskiej papugi Kea. Przydomek ten zyskała dzięki swojemu sprytowi i niszczycielskim zapędom - Kea podobno uwielbia wydzierać gumki z okien samochodów i podbierać ludziom różne rzeczy.


No i wisienka na torcie, czyli możliwość spotkania ze słynnym nielotem kiwi, którego raczej nie ma szansy zobaczyć w terenie. A nawet w rezerwacie nie zawsze jest gwarancja, bo jest bardzo płochliwy i nieśmiały, poza tym funkcjonuje nocą, więc można go oglądać tylko w specjalnie przystosowanych pomieszczeniach „nocnych”. Długo wytrzeszczaliśmy oczy zanim wypatrzyliśmy tę upierzoną pokraczną kulę z długim dziobem. I zaskoczenie jego rozmiarem, bo jakoś utkwiło nam w głowach, że jest mniejszy, a to taki dość spory kurak! Ale bardzo przyjemny kurak – wychylił się nieśmiało zza krzaczka i dłubał tym swoim pokaźnym dziobem w błocie w poszukiwaniu robali. No i teraz wielkie faux pas Fiorów. Jako że w połowie wycieczki pomyliliśmy drogi i kierunek zwiedzania nam się odwrócił, to i do domku kiwi weszliśmy od tyłu, jak, nie przymierzając, nieproszeni goście. Pstrykamy zdjęcia, bo jak tu nie uwiecznić spotkania z ptakiem, który „dzieli” z królową angielską nowozelandzką 1-dolarówkę, a wychodząc frontem napotykamy wielkie znaki ‘NO PHOTOS!!!!’….. Taaak, skruszeni chyłkiem przemykamy dalej, po cichu (co przyznajemy bez bicia) ciesząc się, że jakieś tam zdjęcie udało się zrobić. I tak to bywa, jak się czasami idzie pod prąd :P


W kontenerowym centrum towarzyskiego życia RE:Start Mall w to sobotnie prawie wiosenne popołudnie jest leniwie. Ten niesamowity przykład architektury tymczasowej wrasta skutecznie w krajobraz miasta. Mimo kolorowych kontenerów i wysiłków ożywienia centrum Christchurch siedząc tam masz jednak świadomość, że przecież wszystko wokół to ruiny lub rozbebeszone place budowy... Ale te próby powrotu do życia sprzed i cieszenia się takim zwykłym byciem są poruszające. Ludzie siedzą na chodnikach lub w kontenerowych kafejkach, w powietrzu zapach wiosny i dobrej kawy. A my wcinając pyszną, pieczoną w piecu opalanym drewnem pizzę delektujemy się początkiem naszej drugiej w tym roku wiosny ;-)



Przed wycieczką Jack wyruszył na 'podbój' trawnika -
zajęło mu to całe 2 min 40 sek - z pozamiataniem, jak podkreśla!
Rezerwat Przyrody Willowbank
Wallabia (gatunek małych kangurków)
Małpy popisywały się skokami i opadaniem w przeróżnych pozycjach
Mina Jacka to najlepszy komentarz ;-)
Konik wypisz wymaluj jak u Pippi
Ach te paluszki wylizane, wyciumkane, wyślinione.. :P
Nasz kiwi...No trochę się wstydzę, to prawda ;P
Uwaga na uszczelki i buty - Kea nadlatuje!
Yummy!
Jedną z największych atrakcji dzisiejszego dnia było... karmienie węgorzy :-)





1 komentarz:

  1. Ogladalismy z Kacperkiem zdjecie i film bardzo nam sie podobaly.Kacprowi podobala sie nawet ta okropna swiniaPozdrawiamy serdecznie usciski i caluski.

    OdpowiedzUsuń