sobota, 13 września 2014

Impreza w dziczy

Ze wschodu na zachód Wyspy Południowej przeprawiamy się przez przełęcz Artura. Tę drogę określa się jako jedną z najbardziej malowniczych tras w całych Południowych Alpach, a region jako jeden z piękniejszych parków narodowych tego kraju. Parku, gdzie nieokiełznana ludzką ręką natura i nagie łańcuchy górskie łączą się z niebem. Ale my niewiele z tego zobaczyliśmy, bo całą drogę padało i wszystko szczelnie opakowane chmurami.  I tylko momentami przesmyki widoczności i przeczucie, że wokół nas dzika, nieujarzmiona, onieśmielająca przyroda. W porażającej dawce  piękna, o wiele większej, niż moglibyśmy przełknąć jednorazowo. Może jutro w drodze powrotnej pogoda będzie bardziej łaskawa. Cierpliwości. Tę trasę pokonamy nie jeden jeszcze raz.

Jak Bill opowiadał, że ich chata jest nad oceanem, to nie sądziłam, że do wzburzonej, spienionej masy wody będzie ok. 20m! Wychodzisz na trawę i czujesz na twarzy podmuch żywiołu! Dosłownie. Myślałam, że te fale to sztorm, a Bill, że nie, to tak często…. Nie umiem sobie nawet wyobrazić, jak to miejsce może wyglądać, gdy niebo błękitne, a zieleń soczysta… nie umiem… Skoro dziś, przy takiej pochmurnej, niepokojąco ponurej pogodzie odniosłam wrażenie, pierwszy raz tak namacalnie odniosłam wrażenie, że jesteśmy w … raju.. ;-)


I w tej najmniej zaludnionej części kraju trafiamy wieczorem na imprezę pełną rodowitych Kiwi! Przez całe trzy tygodnie w NZ nie poznaliśmy tylu naraz, jak na tym odludnym pustkowiu :P Sąsiedzi Billa robili pożegnalne party. Niesamowite doświadczenie. Kulturowe zderzenie naszych oczekiwań i przyzwyczajeń z ich luzem (nie ma przy czym jeść? To siadaj gdziekolwiek i wcinaj), otwartością (każdy jest ciebie ciekawy), zróżnicowaniem narodowości i historii (Chińczyk, który wyemigrował tu z rodzicami; Dunka, która pięć lat temu szczęśliwie się tu zakochała..). Dużo ciekawych rozmów. Z rosnącym bólem głowy, bo taki mają niektórzy akcent, że choć spinasz się i umysł gimnastykujesz, to jest to nie lada wyzwanie :P Rozmów o tym, dlaczego tutaj, dlaczego to miejsce właśnie. Zbieram i notuję to wszystko w głowie i gdzieś tam nikłe wnioski i odpowiedzi na moje pytania się klarują, ale jeszcze za wcześnie. Jeszcze nie teraz.


Ogień w kominku. Ciemno. Męska część na meczu rugby. Za oknem słychać tylko ryk oceanu. Jak dla mnie – muzyka dla uszu. Wsłuchuję się i myślę – uszczypnij się. Uszczypnij się, bo… to się chyba nie dzieje naprawdę :-)



Kilka lat temu ta chata była 15m bliżej wody..
Przed chatą
Oko w oko z żywiołem!

5 komentarzy:

  1. Dziękuję za takie wpisy. Czuję się, jakbym trochę też była nad tym oceanem:)

    OdpowiedzUsuń
  2. Stojąc tak oko w oko z oceanem, czując mokrą bryzę na twarzy i słysząc ten ryk wiatru poplątany z szumem wody to musi być coś..... naprawdę, coś pięknego

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. To jest coś pięknego! I ... to wszystko jeszcze przed Tobą!!! ;-)

      Usuń