wtorek, 30 września 2014

Wyprawa na biegun południowy

Najgorsze, jak się naczytasz, nawyobrażasz sobie i spodziewasz Bóg wie czego, a tu… ooops! Nie mieć za dużych oczekiwań – podstawowa zasada warta zapamiętania. Zawsze można się przecież rozczarować pozytywnie ;-)

Najważniejsze, że dzieciaki miały ubaw i summa summarum wrażenia na plus. Ferie są to i jakieś atrakcje trzeba wymyślić. No to naczytawszy się o Międzynarodowym Centrum Antarktycznym, co to ‘wzięciem wielkim się cieszy (…) i oferuje wiele wystaw, interaktywnych eksponatów i filmów o lodowym kontynencie’ (przewodnik National Geographic) stwierdziłam, że będąc u wrót Antarktydy (jak się reklamuje Christchurch) warto i dzieciom poszerzyć horyzonty. Może już trochę za dużo wymagań, jak się kilka podobnych miejsc obejrzało? Pamiętam Narodowe Muzeum w Edynburgu (bezpłatne!!!), kilka pięter wspaniałych ekspozycji, mnóstwo interaktywnych, rozwijających i mądrych zadań dla dzieci, bajka! Może stąd ta skala porównawcza. Bo jak już trochę portfel opróżnisz to i wymagania wzrastają.


Ale jak już napisałam – ogólnie na plus. Z największych atrakcji (wg dzieci) – przejazd pojazdem polarnym Hagglund z wszelkimi możliwymi turbulencjami. W przewodniku pisano również o komorze antarktycznej, gdzie można doświadczyć zamieci śnieżnej. Dla nas śnieg to raczej nie jest towar deficytowy (jeszcze! choć nie wiadomo, jak długo…), więc dzieci stwierdziły, że o co wielkie halo. Skoro cała zamieć to trochę mocniejszych podmuchów i nieco niższa temperatura (ostatnio o wiele bardziej wieje w NZ!). Ale poza tym przyjemnie, ciekawy film w 4D z cudownymi zdjęciami, no i małe niebieskie pingwinki :-) Mi się marzy takie włóczenie się wybrzeżami i spotkanie pingwinka gdzieś w dziczy, ale dla dzieci i tak odjazd – a jeszcze trafiliśmy na porę karmienia, więc radość od ucha do ucha. Trochę zabrakło mi punktów z interaktywnymi zabawami dla dzieci, żeby im przybliżyć temat (ja już w głowie od razu miałam sto pomysłów). Dla mnie to muzeum gablotek, a gablotki brzmią mało zachęcająco. Ale doczytałam z dziećmi, że Polska jako jeden z 28 krajów ma stację badawczą na biegunie południowym, co Filip skomentował siarczystym ‘Yeees!’ (jeśli coś namieszałam to proszę o korektę). Nadmienię tylko, że w ogólnodostępnym Muzeum Canterbury (bezpłatnym…) obejrzeliśmy również wystawę w tym temacie (w ramach NZ Icefest), z realnymi pojazdami i chatami z 1957 roku. Bardzo przekonująca. Bez koloryzowania, tylko faktycznie pokazująca, jak ciężka i pełna wyrzeczeń to praca. Co musi być w człowieku, że tak dobrowolnie dokonuje takich wyborów? Nad tym zastanawiałam się z dziećmi. I po tym, jak podsumowałam - pasja i szaleństwo, takie pozytywne szaleństwo, to Fitu stwierdził, że on właśnie chce być takim szalonym naukowcem ;-)

Na razie wystarczy nam atrakcji tego typu. Ja to w ogóle najchętniej ruszyłabym ‘w teren’ – jeśli tylko jest przestrzeń, góry i woda to już niewiele więcej mi do szczęścia potrzeba. Ale czego się nie robi dla dzieci ;-) W sobotę znów wybieramy się w stronę zachodniego wybrzeża i jeśli tylko ich prognoza okaże się (jak zwykle) daleka od stanu rzeczywistego to może uda się nam trafić na jedne z nielicznych słonecznych dni w tamtej części wyspy ;-)


To miejsce to odkrycie ostatnich dni ;-) Blisko naszego domu.
Trochę powiewa ;P
I zwiało Fitowi czapkę do wody! I dramat, bo przecież ta ulubiona!
Szukaliśmy po sitowiach.
A później tata wyłowił i został bohaterem swojego domu ;-)

niedziela, 28 września 2014

Rozgrzewając się kawą i kapielą w ... bani!

Najgorszy jest wschodni wiatr. Przynosi takie podmuchy lodowatego zimna, że najchętniej to wskoczyć pod koc i tam zostać. Spodziewasz się słonecznego, w miarę ciepłego dnia, a tu nagle zawieje, przywieje, popada i tyle z tego wiosennego żartu zostaje. Przestałam już oglądać ich prognozy pogody, bo nijak się mają do rzeczywistości. Trzeba po prostu być gotowym na to, że w ciągu jednego dnia możesz tu przeżyć cztery pory roku :P

I jak tu zaplanować weekend? Spontanicznie ;-) Ze względu na zobowiązania imprezowo-towarzyskie (jak to zabrzmiało!) – vide piątkowy wieczór oraz niedzielny obiad, o którym za chwilę - zostaliśmy na miejscu. I muszę przyznać, że naszym ulubionym miejscem w Christchurch został jednogłośnie Ogród Botaniczny, połączony z wielkim parkiem. Za każdym razem, gdy tam jesteśmy coś nowego kwitnie i atakuje nasz węch. Włóczysz się ciągnącymi się kilometrami alejkami, chodzisz po tych równo wystrzyżonych trawnikach (wow, prawda???), oglądasz rodzinne pikniki Kiwi (nawet przy takiej temperaturze i przelotnych opadach)… A w przyległym parku zawsze coś ciekawego się dzieje – tym razem trafiliśmy na mecz krykieta :-)


A jak już zmarzniesz i ręce zgrabiałe upychasz po kieszeniach (choć obok dzieci na boso ganiają, a co rusz ktoś w szortach i podkoszulku :/) to możesz się rozgrzać tą ichniejszą pyszną kawą. A kawy robią naprawdę wyśmienite. Na przykład latte to w NZ nie mdława mieszanka mleka z domieszką kawy, tylko wyrazisty smak czegoś, co nie tylko kawę ma w nazwie. Ale i tak furorę robi Flat White – kawa składająca się w 1/3 z espresso oraz 2/3 mleka (mniejsza ilość spienionego mleka niż w latte wygenerowała nazwę: flat  - płaski). Podobno Nowa Zelandia i Australia sprzeczają się o to, która z nich była pomysłodawcą. Ktokolwiek wymyślił – smakuje wybornie ;-)


Niedzielny obiad zaserwowaliśmy i zjedliśmy w towarzystwie Jacka szefa i jego ojca, czyli bardzo przyjemnych Irakijczyków! Isaac (Boss) jest o dekadę od nas młodszy ;-) W czasie, gdy Jacek omawiał strategię firmy ja ucięłam sobie miłą pogawędkę z seniorem i kilka niezwykłych historii usłyszałam. Pokręcone bywają życiorysy ludzkie.


Jako, że Bill gdzieś po Australii chwilowo śmiga to zajęliśmy się (na Jego prośbę, rzecz jasna :-) z przyjemnością tym wspaniałym domem, który mając kominek i …. banię z widokiem na miasto był najlepszą alternatywą dla tego kapryśnego pogodowo weekendu. A od jutra (ooops, już od dziś!) dzieci zaczynają dwutygodniowe ferie, chyba... wiosenne..? 


W Ogrodzie Botanicznym najlepiej poskakać po drzewach!
A że są imponujących gabarytów to bywa to wyzwaniem :-)
Na mnie największe wrażenie robią sekwoje
Jeden z rodzinnych pikników Kiwi
Namiastka tropikalnego lasu deszczowego.
Matylda wspina się po banany.
Takie moje mobilne marzenie :-) Które mogę tu
podziwiać na każdym kroku.
Dzieci w oparach. Filip oczywiście najchętniej by zanurkował.

piątek, 26 września 2014

'Luz w gaciach'... kolokwialnie rzecz ujmując ;-)

Pyszne przekąski, dobry alkohol, ciepli i życzliwi ludzie. Do tego znów przerwa w dostawie prądu i atmosfera przy świecach już w ogóle magiczna. Taka sobie impreza sąsiedzka z Nowozelandczykami ;-) Rozmawiamy, śmiejemy się, żartujemy i tylko nabrzmiałe żyły na naszych skroniach świadczą o tym, jak wielki to wysiłek nadążać za nimi, za tym ich przedziwnym akcentem i słowotokiem. Po ponad dwóch godzinach, jak już język zaczyna się nam plątać ( i to nie z nadmiaru alkoholu!) czujemy, że nasze mózgi już nie wyrabiają i grzecznie żegnamy wszystkich, tłumacząc się zmęczonymi dziećmi (które wcale na takowe nie wyglądają ;-) W domu wymieniamy się informacjami, kto co zrozumiał i z całości sklejamy obraz naszej ulicy. Bardzo przyjemnej ulicy :-) Szczerze mówiąc nie wiemy, czego dalej się spodziewać. Jak to tutaj wygląda? Czy na tym się kończy? Zobaczymy. Bo przecież przez te trzy tygodnie mieszkania tutaj nie spotkaliśmy żadnej z tych osób, nie – przepraszam – jedna pani raz wieszała pranie.

Po dzisiejszym wieczorze weryfikuję kilka pierwszych wrażeń i różnych opinii napotkanych wcześniej na temat Nowozelandczyków. Po ponad miesiącu tutaj i poznaniu już kilkunastu Kiwi czuję się z lekka upoważniona do zwerbalizowania swoich/ naszych pierwszych przemyśleń ;-)


Mogę teraz już uczciwie przyznać, że ten wyszczerzony uśmiech tutejszych mieszkańców ma niewiele wspólnego z amerykańskim ‘keep smiling’. Oni naprawdę są tak autentycznie życzliwi, pogodni, pomocni, gościnni i zainteresowani drugim człowiekiem. Obiecuję sobie, że wykażę więcej chęci do podtrzymywania rozmowy w sklepach ;-)


Ich styl życia sprowadza się do kilku oczywistych prawd – nie przejmujesz się za bardzo, nie przepracowujesz się, żyjesz w swoim tempie, powoli, delektując się tym, co sprawia ci frajdę. Odnoszę wrażenie, że w tym kraju nie ma miejsca na ‘dorabianie się’ w takim pojęciu, do jakiego przywykliśmy. Pieniądze są środkiem, który ma ci zapewnić przyzwoite lokum i możliwość realizowania swoich pasji, a nie celem samym w sobie. 


Kiedyś myślałam, że Nowozelandczycy jako jeden z najbardziej odizolowanych narodów są skupieni na sobie, hermetyczni, rzadko opuszczający swój piękny kraj. Nic bardziej mylnego. Ani razu nie spotkaliśmy się tu z pytaniem: ‘Where is Poland???!!’ (co wcale takie oczywiste nie jest w wielu miejscach..). Kiwi są otwarci, obyci, mają sporą wiedzę na temat świata i aktualnej sytuacji. Co roku około 7% populacji podróżuje po całym świecie, przywożąc ze sobą znajomość innych kultur, stąd może ta ich otwartość i ciekawość drugiego człowieka? Każdy Nowozelandczyk, którego do tej pory poznaliśmy, był choć raz (choć raz!!!) w Europie. Może w tym leży klucz do tolerancji inności i życzliwego traktowania siebie nawzajem…


Poza tym:
 - są szczęśliwi, że żyją właśnie w tym miejscu i nie zadręczają się tym, że wszędzie jest dobrze tam, gdzie nas nie ma :P
 - faktycznie temat pogody omówiliśmy z każdym uczestnikiem dzisiejszej imprezy, czyli standard :-)
 - między bardziej cywilizowaną Wyspą Północną a prowincjonalno-rolniczą Południową od zawsze jest rywalizacja. Generalizując - kraj można podzielić na Aucklandczyków i Innych. I jak to dziś padło – nigdy nie przyznawaj się w towarzystwie, jeśli jesteś z Auckland, szczególnie na południu ;-)
 - powoli przestajesz dziwić się wielu rzeczom – temu, że na koniec zimy możesz spotkać zarówno osobę w kozakach, jak i japonkach, o wszechobecnych kaloszach nie wspominając; temu, że wiele osób chodzi tu… na boso!; temu, że starsze żwawe panie pociskają w bluzie dresowej z obowiązkowymi słuchawkami w uszach ;-) Zachwyca mnie ta ich swoboda i luz. Można to odebrać jako brak gustu lub potrzeby zadbania o wygląd, a można to również określić jako wolny i nieskrępowany sposób bycia. Eklektyczny mix. I ja chyba wolę to drugie! 


Wystarczy tych spostrzeżeń na razie. Bardzo ciekawy to naród… Może właśnie z racji tego, że tak widowiskowo odcięty od reszty świata. Może właśnie ta wymuszona izolacja sprawia, że tak bardzo są ciekawi innych kultur i miejsc?
I na koniec (trafne?) porównanie – dla nas Nowa Zelandia to kraj żywiołów – trzęsienia ziemi, powodzie, wulkany – jakoś ciężko nam wyobrazić sobie codzienne życie z takimi ‘atrakcjami’. Ale jak to wyszło w rozmowach z Kiwi – my mamy żywioły, a wy macie… Niemców i Rosjan za sąsiadów! 


Tylko kilka zdjęć pstrykniętych w biegu (i to wątpliwej jakości), bo nie chciałam stresować nikogo obiektywem.

Przelotem

Nie dojdziesz z tą ich pogodą… Albo mamy na sobie za mało warstw, albo za dużo. Dziś od rana miało lać i zimno, więc ubrani jak na późną jesień. A tu ciepło. I góry wylazły zza horyzontu. Zapatrzyłam się z dziećmi i mało nam autobus nie uciekł. Dwa dni temu miało być 20 stopni i słońce, a taki wiaterek zawiewał, że wyciągaliśmy z kieszeni wszystko, co się nadawało do opatulenia. Opornie ta wiosna tu idzie. Ale idzie. Jutro zmieniamy czas na letni.

Takie życie w zawieszeniu, w rozkroku pomiędzy tym, co było i jest. Ciągłe zastanawianie się, co się ‘opłaca’ a co nie. Bo przecież my tu w sumie tak na chwilę wpadliśmy. Przelotem. Więc czy warto otaczać się sprzętami, skoro na chwilę tylko? Czy ta patelnia naprawdę jest nam niezbędna? Może damy radę z tym kiepskiej jakości rondelkiem :P? Patrzę na rośliny przed domem i myślę – może posadzić jakieś kwiaty, a zaraz później – ale po co…? Wystarczy tych kilka. Mając te podstawowe, niezbędne przedmioty i jakieś nieliczne ulubione jak ten kubek do kawy, przestajesz zwracać uwagę na to, co można by było jeszcze. Nam naprawdę niewiele trzeba. Czasami myślę, że coraz mniej….


Czy warto ‘inwestować’ czas i energię w ludzi? Nawet jeśli tylko przelotem? Myślę, że zawsze warto. Bo przecież nigdy nie wiesz, co może wyjść ze spotkania z drugim człowiekiem ;-) Choć kredyt zaufania i cierpliwości jakby mniejszy, bo i czasu tyle nie ma. Ale próbujemy. Kilka dni temu znaleźliśmy to zaproszenie w skrzynce (poniżej). To idziemy dziś wieczorem ;-)


Ostatnio ktoś mnie w mailu zapytał – czy wydaje mi się, że wrócimy jako tacy sami ludzie? Jak przed wyjazdem. No ja mam nadzieję, że jednak nie. Że po to jedziemy kawał świata, żeby rozwinąć swoje skrzydła. Żeby móc latać wysoko :-)  Że po to człowiek porywa się na, wydawałoby się, niemożliwe, by ten krok do przodu zrobić. By nie utknąć w jednym miejscu. Choćby tylko we własnej głowie ;-)




środa, 24 września 2014

Nie martwcie się... ;-)

Dziś dla tych, co się martwią. O nas się martwią. Żeby się nie martwili ;-) Żeby filtrowali te nasze, głównie moje łzawe maile i wiadomości. Bo jak rozłożyć je na części pierwsze – oddzielić niezmienną tęsknotę, hałdy czułości i przywiązania to zostaje tylko odrobina smutku, gdzieś na samym dnie. Takiego oczywistego smutku, dziwne i podejrzane jakby go w ogóle nie było!

W żadnym momencie nie żałowaliśmy decyzji o wyjeździe do Nowej Zelandii. Nawet w najtrudniejszym.


Bywa ciężko. Temu nie da się zaprzeczyć. Jest inaczej. Zmieniło się wszystko, co braliśmy za rzeczy oczywiste w naszym życiu, do czego zdążyliśmy przywyknąć. W takiej zwykłej codzienności. I trzeba się trochę nagimnastykować, żeby te zmiany przełknąć bez nadmiernych oczekiwań i nastawienia – miało być lepiej/ łatwiej, wypisuję się.


Przejrzałam w sieci masę blogów i relacji z podróży. Większość to jednak krótsze wypady skupione na samym podróżowaniu i delektowaniu się Nową Zelandią. Cudowne, zachwycające, beztroskie relacje. U nas bywa słodko-gorzko. Jak w życiu. Bo my tu przecież żyjemy. Zwyczajnie żyjemy. I niezwyczajnie odkrywamy uroki tego niesamowitego kraju . Przy każdej możliwej okazji i na ile fundusze pozwolą.


Te próby odnalezienia się w totalnie innej rzeczywistości gdzieś na drugiej półkuli to takie szlifowanie charakteru prawie 24h na dobę. Dokopywanie się do różnych własnych ograniczeń i siłowanie się z nimi. W zderzeniu z tym innym światem, inną kulturą, inną mentalnością. Ale przede wszystkim weryfikacja tego, co tak naprawdę w życiu się liczy i nad czym warto się pochylać.


Ja się pochylam nad ludźmi. Nad tym, by te relacje utrzymać lub jeszcze je wzmocnić. By podzielić się całym tym repertuarem emocji, w każdej możliwej tonacji.  
Im bardziej świat się zmienia, tym bardziej to, co ważne zostaje takie samo.


Niedzielna wyprawa w pobliskie górki w obiektywie
Dzieciom strasznie podobają się te krowy (byki?) -
wszędzie ich pełno na szlaku
A kuku!
Tak chyba po mamie - stanie i myśli, i myśli..;-)
Każdy szlak zazwyczaj kończy się tutaj takim lub
podobnym widokiem :-)
Port Lyttelton w oddali
Do tej wysepki planujemy dotrzeć kajakami.
Nigdy nie wiadomo, co jest za kolejnym pagórkiem ;-)
I z powrotem
Prawie zjeżdżając po błocie ;-)

poniedziałek, 22 września 2014

Z pamiętnika glazurnika - część druga

Kolejny tydzień w zawodzie fachowca za nami, warto więc napisać, że to glazurnicze życie nie jest takie kolorowe, jak to mogło wybrzmieć z pierwszego wpisu. Pomimo zaangażowania w prowadzenie firmy i próby zarządzania nią (na dzisiaj wszystko w głowie właściciela i w garażu, czyli magazynie, czyli bałaganie), nadal otrzymuję zadania budowlane. Każde jest dla mnie trudne, bo - co tu ukrywać - nie idzie mi to najlepiej. Pomijam fatalne statystyki czasowe, to jeszcze zdarzają się wpadki wynikające z braku doświadczenia, umiejętności przewidywania trudności itd. Do tego zmęczenie materiału, to znaczy poorane palce, obolałe kolana, zapylone włosy i oczywiście zapach budowlańca... Patrząc na ręce już teraz muszę zarezerwować cały pakiet zabiegów w Saloniku Magdy:-)

Są też chwile radosne, chociaż bardziej pasuje słowo surrealistyczne (które zawsze będzie mi się kojarzyło z filmem Notting Hill i Hugh Grantem, kto widział, to pamięta). Jak inaczej opisać zorganizowane przez mnie spotkanie dla pracowników firmy (a to oznacza trzech Irakijczyków i trzech Filipińczyków), którym w ciemnym pokoju domu przy ulicy Sails przedstawiam wizję rozwoju, wykresy organizacji pracy i tabele w Excelu (!) i mówię, jak w korporacyjnej Biedronce, że ta firma to ONI i bez ich zaangażowania rozwoju "Nie Budiet". Ten wieczór to na razie numer dwa na mojej liście sytuacji niewiarygodnych, które nigdy nie powinny się zdarzyć, a się zdarzyły:-) Wprowadziliśmy więc ścisły system raportowania, plan prac i zadań oraz inwentaryzację magazynu. Jak to opisałem mojemu wspólnikowi z najlepszej firmy Quest Corporate, to zapytał co palę:-))) Nie dziwię się. Sam mam często wrażenie, że oderwałem się od rzeczywistości i lewituję...


I jeszcze słówko o największym poświęceniu z mojej strony związanym z wyjazdem do NZ - mistrzostwa świata w siatkówce, na które czekałem odkąd ogłosili Polskę ich gospodarzem. Trudno, wyszło inaczej, na żywo nic nie obejrzałem, w sieci udało mi się dwa razy złapać streaming z Rosji(!), ale to u nas 6 rano i po dwóch setach musiałem i tak do pracy lecieć. Niewiele więc tej radości. Po cichu liczyłem, że chłopaki szybko odpadną i nie będzie mi tak szkoda, a oni na złość, do końca i jeszcze w finale cholery wygrały... Dzisiaj po pracy udało mi się na youtube znaleźć krótki filmik pokazujący piłkę meczową i szał radości (całość trwała 2 minuty 38 sekund) - i to pewnie kwestia przebywania na obczyźnie, ale razem z Martą siedzieliśmy i płakaliśmy z radości:-)))) Takie tam przeżycia niekoniecznie glazurnicze. Ale to płakanie to niech zostanie między nami, nie mówcie nikomu, ok?
W każdym razie, Fiory się nie poddają i walczymy nadal o swój raj. Wish us luck. We'll need it:-)

W oderwaniu..

To się nie mogło zdarzyć… Polacy nie mogli zostać mistrzami akurat wtedy, gdy nas nie ma w kraju! Tak się nie robi, Panowie. Czasami czekasz całe życie na takie momenty. Żeby móc je dzielić z innymi. Z tymi, co czują i myślą tak samo. Żeby poczuć tę energię i radość, mnożoną przez tysiące zachrypniętych gardeł. Patrzę na mojego siatkarza z zamiłowania, jak się miota, jak mu ciężko, jak dotkliwie uświadamia sobie, co stracił… 

Dziś raj ma słodko-gorzki smak.

sobota, 20 września 2014

O tym, dlaczego czasem warto iść pod prąd ;-)

Weekend lokalnie. Reperujemy nieco nadszarpnięty domowy budżet korzystając z uroków i atrakcji Christchurch. A jest ich sporo. Już wkrótce skompletujemy rowery dla wszystkich i można będzie w końcu te ich przeolbrzymie parki poznać z perspektywy siodełka.

Według prognozy miało być ok. 13°C i deszcz, a był piękny, rześki, słoneczny dzień. Szybka decyzja - Rezerwat Przyrody Willowbank, w którym można zobaczyć typową nowozelandzką faunę i florę. Dziwaczne te niektóre stworzenia – jak te, no nie można inaczej tego określić – przebrzydłe świnie. To i tak delikatnie powiedziane – one naprawdę wyglądają koszmarnie! Poza tym okazja do zobaczenia z bliska tzw. latającej małpy, czyli górskiej papugi Kea. Przydomek ten zyskała dzięki swojemu sprytowi i niszczycielskim zapędom - Kea podobno uwielbia wydzierać gumki z okien samochodów i podbierać ludziom różne rzeczy.


No i wisienka na torcie, czyli możliwość spotkania ze słynnym nielotem kiwi, którego raczej nie ma szansy zobaczyć w terenie. A nawet w rezerwacie nie zawsze jest gwarancja, bo jest bardzo płochliwy i nieśmiały, poza tym funkcjonuje nocą, więc można go oglądać tylko w specjalnie przystosowanych pomieszczeniach „nocnych”. Długo wytrzeszczaliśmy oczy zanim wypatrzyliśmy tę upierzoną pokraczną kulę z długim dziobem. I zaskoczenie jego rozmiarem, bo jakoś utkwiło nam w głowach, że jest mniejszy, a to taki dość spory kurak! Ale bardzo przyjemny kurak – wychylił się nieśmiało zza krzaczka i dłubał tym swoim pokaźnym dziobem w błocie w poszukiwaniu robali. No i teraz wielkie faux pas Fiorów. Jako że w połowie wycieczki pomyliliśmy drogi i kierunek zwiedzania nam się odwrócił, to i do domku kiwi weszliśmy od tyłu, jak, nie przymierzając, nieproszeni goście. Pstrykamy zdjęcia, bo jak tu nie uwiecznić spotkania z ptakiem, który „dzieli” z królową angielską nowozelandzką 1-dolarówkę, a wychodząc frontem napotykamy wielkie znaki ‘NO PHOTOS!!!!’….. Taaak, skruszeni chyłkiem przemykamy dalej, po cichu (co przyznajemy bez bicia) ciesząc się, że jakieś tam zdjęcie udało się zrobić. I tak to bywa, jak się czasami idzie pod prąd :P


W kontenerowym centrum towarzyskiego życia RE:Start Mall w to sobotnie prawie wiosenne popołudnie jest leniwie. Ten niesamowity przykład architektury tymczasowej wrasta skutecznie w krajobraz miasta. Mimo kolorowych kontenerów i wysiłków ożywienia centrum Christchurch siedząc tam masz jednak świadomość, że przecież wszystko wokół to ruiny lub rozbebeszone place budowy... Ale te próby powrotu do życia sprzed i cieszenia się takim zwykłym byciem są poruszające. Ludzie siedzą na chodnikach lub w kontenerowych kafejkach, w powietrzu zapach wiosny i dobrej kawy. A my wcinając pyszną, pieczoną w piecu opalanym drewnem pizzę delektujemy się początkiem naszej drugiej w tym roku wiosny ;-)



Przed wycieczką Jack wyruszył na 'podbój' trawnika -
zajęło mu to całe 2 min 40 sek - z pozamiataniem, jak podkreśla!
Rezerwat Przyrody Willowbank
Wallabia (gatunek małych kangurków)
Małpy popisywały się skokami i opadaniem w przeróżnych pozycjach
Mina Jacka to najlepszy komentarz ;-)
Konik wypisz wymaluj jak u Pippi
Ach te paluszki wylizane, wyciumkane, wyślinione.. :P
Nasz kiwi...No trochę się wstydzę, to prawda ;P
Uwaga na uszczelki i buty - Kea nadlatuje!
Yummy!
Jedną z największych atrakcji dzisiejszego dnia było... karmienie węgorzy :-)