niedziela, 31 sierpnia 2014

Co się kryje pod kolejnym kamieniem?


Nie wiem, czy to jest kwestia innej odporności, mniejszego wyczulenia na zimno? Prowadzę rano dzieci do szkoły, okutani jak Eskimosi, bo odczuwalna temperatura to może ok. +5, a dzieciaki na boisku biegają w szortach i podkoszulkach! Naprawdę! I nasz Fitu też chciał być taki twardy (pomijam, że absolutnie nie da mi ręki na terenie szkoły, no weź mamo to obciach!) i skutkiem tego po pierwszych trzech dniach zakatarzony od stóp do głów. Siostra zaraz w ślady. Także sobotnie plany wybadania kolejnego basenu legły w gruzach :-( A jako, że pogoda wietrzna i deszczowa to porozkładaliśmy mapy (jak ja je uwielbiam!), przewodniki i zaczęliśmy snuć plany. Trzeba będzie logistycznie podejść do tego planowania, bo wyspa na długość trochę się ciągnie (ponad 1000km), więc do wielu miejsc raczej weekendowe, tudzież dłuższe wypady wchodzą w grę. Szczególnie przy ich specyficznych drogach, o czym przekonaliśmy się dzisiaj.
 

Półwysep Banksa z urokliwym miasteczkiem Akaroa. Żeby do niego dotrzeć musieliśmy pokonać liczne serpentyny i wzniesienia, nie obyło się bez panicznego szukania reklamówki na wiadomo co. W takich warunkach nie da się szybko jechać. Poza tym przy takich widokach nie sposób pruć przed siebie nie bacząc na to, co wokół. Zapytałam Billa, czy tu gdziekolwiek pojedziesz to tak pagórkowato-malowniczo-zachwycająco. Tak ponoć jest – zobaczymy.


A wokół góry i pagórki już zielone, wszędzie usiane owcami (teraz mnóstwo jagniątek, więc dzieci pół drogi darły się, że chcą przytulić, pogłaskać, a najlepiej to wziąć do domu). I to, co mnie zachwyca najbardziej – ukryte zatoczki. Jak ta dzisiejsza – z lazurowym odcieniem oceanu. ‘No swimming’ znak dlatego, że ocean zbyt gniewnie wgryza się w ląd w tym miejscu. Wiatr urywał głowy, ale iść się stamtąd nie chciało. Tak patrzeć i słuchać oceanu. Mogłabym. Długo.
 

Akaroa ma ok. 500 mieszkańców, a w sezonie (od XII) jest ok. 7000 ludzi. Teraz można jeszcze spokojnie, bez przepychanek powłóczyć się po uliczkach tej kolonialnej, postfrancuskiej miejscowości położonej nad zatoką. Akaroa to miasteczko prawie francuskie. Prawie, bo w końcu to jednak Anglicy dotarli tu w dwa tygodnie przed Francuzami (tak gdzieś wyczytałam). Ale i tak widoczne są wpływy głównie Francuzów, nawet większość ulic ma francuskie nazwy. Dzieciom czasami niewiele trzeba – kawałek kamienistej plaży to raj na ziemi. Pod każdym kamieniem można odkryć kraby i inne stworzenia, a już wielka rozgwiazda zrobiła furorę. Jakby ich nie było. A tyle przecież kolejnych kamieni do odkrycia! One grzebały pod kamykami, a my, po spacerze wzdłuż brzegu, usiedliśmy na ławce i gapiliśmy się na ocean, mewy, chmury, wszystko w zasięgu wzroku. Patrzysz i cieszysz się tym, co widzisz. Nic więcej.
 

Wieczorem kolejne spotkanie z rodowitymi Kiwi. Cóż…. Do pięt im nie sięgamy, jeśli chodzi o umiejętność ‘carpe diem’. Don ma ponad 80 lat, Jego żona 77 – a oboje uwielbiają aktywność fizyczną i mają naprawdę imponujące życiorysy. Otwarci, nietuzinkowi ludzie. Jak Alison, kolejna przyjaciółka rodziny Billa, która wpadła wczoraj – ‘wpadła’ z drugiego końca miasta ‘tylko’ po to, żeby nam powiedzieć hello i przywieźć domowe wypieki i słodkości na powitanie. Takie doświadczenie na razie z rodowitymi mieszkańcami Aotearoa – maoryska nazwa NZ, co oznacza Kraj Długiej Białej Chmury. A chmury tutaj są imponujące – te kształty… Fitu ciągle chce je tylko łyżkami zbierać ;-)
 
To jednak nie koniec świata. Bo czujesz życzliwość przyjaciół, znajomych i nieznajomych spływającą zewsząd :-) Bo zrywasz się rano i odnajdujesz w laptopie relację na żywo z otwarcia MŚ siatkarzy i jaaaaka ulga! Bo właśnie przed chwilą połączenie on line z Namsa i tyle kochanych twarzy naraz :-) Jest dobrze.
 

A jutro mąż zaczyna karierę glazurnika w NZ. Będzie się działo!  

Zatoka 'No swimming'
Ucieczki przed falami
Akaroa
Takie sobie domki w tej uroczej mieścinie
Kto zlokalizuje Fiorki?
Mewy, mnóstwo głośnych, nieco napastliwych mew
Francuskie pozostałości
W sumie mają 228 lat, a werwy i poczucia humoru mogliby
im pozazdrościć 20-latkowie!
Takie piękne chmury.....
Tylko w ... Namysłowie :P
Kilka dni przed wyjazdem.

piątek, 29 sierpnia 2014

What a day!

Czasami wszystko wali się na głowę, jak domino sypią się problemy, jeden za drugim. Ale bywają też dni, gdy nagle sprawy się krystalizują i masz wrażenie, że ktoś tam czuwa i życzliwie ci plecy podpiera. Przeważnie w momencie, kiedy odpuszczasz, nabierasz dystansu i mając świadomość, że kijem rzeki nie zawrócisz czekasz na to, jak potoczy się bieg wydarzeń. Spokojnie, bez boksowania się z myślami, z (nieco zrezygnowanym) uśmiechem. Ale jednak – uśmiechem!

I taki dziś właśnie mieliśmy dzień. A to, co poniżej, to tylko jego część.
 

Prowadzimy dzieci do szkoły, a one same idą do sali, nawet za bardzo się nie żegnając i stoimy tam zdziwieni mocno, że jak to tak, bez uścisków i w ogóle bez marudzenia??? A to trzeci dzień szkoły dopiero ;-) Rozum podpowiada – kryzys może jeszcze nadejść, ale póki co cieszymy się z tego jak łysy z grzebienia :P
 

Jedziemy obejrzeć kolejny dom i już trochę mamy dość tych nieco wyniosłych pań z agencji, co patrzą na nas nieufnie. Może przez tę dwudziestoletnią Hondę z wgniecionym bokiem? ;P I niespodzianka – przemiła, ciekawa nas Pani i jeszcze większa niespodzianka – nowy, UMEBLOWANY dom! I to w rozsądnej cenie. Rozsądnej  - co wcale nie oznacza przeliczać na polską walutę, nie doradzam! Wszystkie dotychczas oglądane miały co najwyżej umeblowaną kuchnię i nic więcej. Jak pomyślisz, ile rzeczy trzeba na co dzień – zaczynając od pralki, lodówki, krzeseł, stołu, a kończąc na sztućcach i tym podobnych – to wynajęcie pustego domu wydaje się absurdalnym pomysłem. Domek szeregowy, więc ogródek 2x2m – co akurat cieszy Jacka, bo koszenie trawnika to jego zmora. Tu nożyczkami nawet może przycinać :-) Wprowadzamy się za tydzień. Ulga. Bo dom Billa jest cudowny, rajsko niesamowity. I Bill jest… już wiadomo zresztą. Ale u ‘siebie’ to jednak u siebie. Nawet w wynajętym.
 

Jedziemy do centrum podpisać umowę do biura agencji. Szukamy na mapie i trafiamy w uroczy zaułek, który jakimś cudem przetrwał trzęsienie ziemi. Bo wszystko wokół w gruzach albo w budowie. I pośrodku tego pobojowiska to magiczne miejsce – malownicza uliczka z pasażem, przez środek którego przejeżdża tramwaj. Siedzisz i popijasz kawę, a tramwaj ociera ci się o plecy. Biuro agencji na tejże uliczce. Maryanne ściska nas na koniec i zaczynam wątpić w ten powierzchowny, ubrany w szeroki aczkolwiek czujny uśmiech, dystans Kiwi do ‘obcych’ ;-) Do weryfikacji.
 

Błąkamy się jeszcze trochę po centrum, patrzymy na skalę zniszczenia miasta, opustoszałe uliczki, jeden z głównych deptaków po obu stronach straszący pustymi witrynami. Smutno. Ponad 3 lata po tragedii, a miasto jeszcze takie okaleczone.
 

Wieczorem Bill zabawił się w nianię, a nam wręczył bilety na Festiwal Książek i Pisarzy. Nazwiska znane pewnie wszystkim obecnym oprócz nas, ale język i historie niewiarygodne. Inspirujące opowieści występujących, przede wszystkim historia Afroamerykanów, którzy w latach 60-tych rozpoczęli walkę o swoje prawa w Alabamie, a 50 lat później Ci sami ludzie świętowali wybranie Baracka Obamy na prezydenta. Dziennikarz, który sfilmował ich spotkanie z prezydentem elektem podsumował to jednym zdaniem – nie ma marzeń, których nie można ścigać.
 

I z ta myślą dobranoc. A Wam miłego dnia :-) 

New Regent Street - w samym środku obrazu nędzy i rozpaczy
Urokliwy pasaż
Tramwaj wiezie turystów teraz głównie przez opustoszałe ulice
Katedra raz jeszcze :-(
Kontrast między tym muralem a dźwigami i budową...
Takie spokojne popołudnie w okolicach Katedry
Wysyłam łączami uśmiech nieco zmęczonej twarzy (że też znów bez makijażu! ;-)
Ale to jednak... uśmiech :-)

Przepraszam, ale nie chce mi się obrócić do pionu ;P

czwartek, 28 sierpnia 2014

Przypadkowe spotkania

Wsiąść na rower i pojechać przed siebie. Przez 3h jechać i wietrzyć myśli. Patrzeć na pola, góry, owce, rzeki i nie myśleć o niczym innym. Ani o tym, czy znajdziemy w końcu dom do zamieszkania i czy nas będzie na niego stać. Ani o tym, że dzieci teraz drugi dzień w szkole i nie wiesz, co się dzieje w ich głowach i serduszkach, nie wiesz i to cię doprowadza do szału. Ani o tym, że nie wiadomo, na ile tak naprawdę tych podróży starczy, ile tych jezior zobaczysz. Ani o tym, że ludzie już coraz mniej odczuwają twój brak – co jest przecież naturalną koleją rzeczy…

Nie myślisz. Jedziesz i utożsamiasz się tylko z drogą, krajobrazami i wiatrem na twarzy. To bardzo oczyszczające. I bardzo nam było potrzebne. Dziękujemy, Bill, że kazałeś nam zostawić wszystko i zmusiłeś, żeby przez chwilę po prostu cieszyć się życiem.

Bill. Należy Mu się osobny blog tak naprawdę ;-) Bo to taki niezwykły człowiek z tak niesamowitą przeszłością. 30 lat temu przeniósł się z USA do Nowej Zelandii (22 VIII – to również data naszego tu przylotu ;-) z żoną Judith i dziećmi. Bagatela, ‘tylko’ sześcioro dzieci, w tym troje adoptowanych. Nie dlatego, że było im w Stanach źle. Wiodło im się nadzwyczaj dobrze i przeprowadzka tutaj  - pod względem zabezpieczenia finansowego – oznaczała mniej niż połowę dotychczasowego przychodu. Ale priorytetem dla nich było dorastanie dzieci w przyjaznym, bezpiecznym środowisku. Bill wychowywał dzieci, a Judith musiała cofnąć się w swojej lekarskiej karierze do podstaw. Jakiś czas później zaczęła jeździć po całym świecie, naprawdę CAŁYM, jako lekarz bez granic. Właśnie w tej chwili, gdy nie musi, gdy ma piękny dom z widokiem, jaki już znacie, właśnie teraz jest w Sudanie, śpi w namiocie, w warunkach poniżej jakichkolwiek standardów, pomaga ludziom. Choć wcale nie musi. Judith ma 65 lat. Bill ma 71 lat. Oboje uwielbiają długie rowerowe i górskie wycieczki, są aktywni fizycznie. Chcieć to móc :-)

Spotkaliśmy Billa dziwnym zrządzeniem losu. Mógł przejść obok, niepostrzeżenie. Mógł, ale nie przeszedł, bo wystarczyło włożyć trochę wysiłku, wystarczyło trochę się postarać i chcieć kogoś bliżej poznać. Nigdy nie wiesz, co wyniknie ze spotkania z drugim człowiekiem. I znów prosta i niby oczywista zasada – nie dowiesz się, jeśli nie spróbujesz. My dzięki temu prawie 10 lat później jesteśmy w Nowej Zelandii. Ale przede wszystkim jesteśmy zupełnie innymi ludźmi, niż jeszcze kilka lat temu. A niby obcy człowiek…

Odbieramy dzieci ze szkoły. Ich uśmiechnięte buzie i komentarz nauczycielki o Filipie ‘He’s at home! :-)’ są dla nas jak chłodny kompres na rozpalone czoło. Schodzi napięcie. Jest lepiej, będzie dobrze. Bo rozpaczliwa samotność własnego dziecka odbiera ci jakąkolwiek radość życia.

To co, po szkole jedziemy nad ocean? TAAAK! I już nic więcej nie ma znaczenia. Prujemy dwudziestoletnią Hondą nad ten ‘ołszyn’, żeby dzieci miały radość. Prujemy i po drodze gubimy się kilka razy, napotykamy ciągle roboty drogowe, a w drodze powrotnej jeszcze wjeżdża nam w bok jakiś dziadek… Z całym szacunkiem dla starszych ludzi – ale ten Pan już nie powinien chyba prowadzić. Myślę, że miał grubo ponad 80 lat i miałam wrażenie, że zaraz rozsypie się na naszych oczach. Nawet krzyknąć ze złości na niego nie można było, no nie można… Ale widok dzieciaków takich szczęśliwych na plaży, rozbieganych, roześmianych, wolnych od wszelkich zmartwień… BEZCENNE!

Chcieć to móc :-) Bill, nasz przyjaciel.
Rowerowe widoki
Ocean Spokojny - pierwsze spotkanie
Każdego napotkanego psa trzeba pogłaskać!
Co tam w główce siedzi...?
Zawsze w poszukiwaniu skarbów
Rodzinne zdjęcie :-)

A to jako ciekawostka :P Teraz jest tutaj taki nasz koniec lutego. Zimno, naprawdę!
A gros ludzi w krótkich rękawkach, na boso, a to dziecko... Tego nigdy nie zrozumiem.

środa, 27 sierpnia 2014

Koniec końców w... piekle!


Ktokolwiek ma dzieci i już przeżył pierwszy dzień w przedszkolu czy szkole, to ma świadomość, jaki to jest stres, jakie obciążenie psychiczne. Zarówno dla dziecka, jak i dla rodzica. A teraz dodać do tego jeszcze obcy kraj, inną kulturę i zwyczaje, obcy język. Dodać do tego brak ulubionych rzeczy, tak istotnych dla dziecka – ulubiony piórnik i inne przybory, które z racji ograniczonego bagażu zostały w domu. Dodać do tego brak przyjaciół, znanych twarzy. I teraz zostawić to dziecko w obcym, choć bardzo przyjaznym otoczeniu. Patrzeć na te powiększone przerażeniem oczy, gdy zamykasz za sobą drzwi. A potem przez kilka godzin bić się z myślami – a jak będzie się czuło samotne i pozostawione sobie? A jak nie będzie pamiętało, gdzie toaleta i jak zapytać? A jak… nas znienawidzi za to??? Bo przecież ufa nam bezgranicznie, a my je zostawiamy zupełnie same…..

Takie myśli przez 6h. Więcej strachu o Syna, bo młodszy. I przychodzimy, a On roześmiany pyta co to ‘soker’ bo chłopaki wołali, żeby grać, a On nie wiedział. Ale grał i było fajnie. Nieco trudniej z Córką. Bo o co chodzi, jak tu żadnych konkretnych lekcji, trochę matematyki, zaraz potem astronomia i Ona straci ten rok ‘na głupoty’ i takie tam. I tłumaczymy, że tutaj bardziej uczy się poprzez działanie, wspólne projekty. Ale chwilowo bunt. Trzeba przetrwać.

Poza tym ciągle weryfikujemy nasze oczekiwania. W różnych najdziwniejszych sytuacjach. I jest ich mnóstwo, na każdym kroku. Spodziewasz się czegoś skrojonego na miarę ‘kraju z marzeń’ i boom, głową w słup. W większości przypadków.

Wczorajszy wypad na basen. Upragniony, wyczekiwany, z nastawieniem – no tutaj to DOPIERO będzie basen. W końcu trzecie co do wielkości miasto w NZ! No i …. tak wielkie rozczarowanie, że do tej pory nie mogę się pozbierać. Pierwsze skojarzenie – stary, postkomunistyczny basen z brudem i brakiem przestrzeni. Zapomnij o workach na buty, suszarkach i innych ‘luksusach’. Prowizorka na każdym kroku.  I to nie jest wyjątkowy stary basen, jaki nam się trafił – tak ponoć wygląda większość tutaj! I oni takie mają podejście w wielu sprawach – nie przejmują się i tyle. Nowozelandzki ‘tumiwisizm’ w pełnej krasie. Jak myślę o Namysłowie to dopiero doceniam ten wysoki standard i komfort. I tęsknię za nim straszliwie.

Wizyta w Pizza Hut – jako nagroda po szkole (jedno z ulubionych ‘żywieniowych’ miejsc dzieci). Zlokalizowaliśmy na mapie i dumni wieziemy pociechy na wielką niespodziankę. Taaak…. To Ci dopiero była niespodzianka! Wchodzisz, jeden stolik, zimno, ponuro, mało schludny pan za ladą, miny zrzedły nam błyskawicznie. Bo tutaj to takie fastfoodowe jedzenie na wynos. Dzieci - ale tu nie jest jak u nas... No nie jest. To wymyślimy inną niespodziankę. I sprawdzimy ją wcześniej sami. Nie będziemy polegać na oczekiwaniach. A z Pizza Hut w końcu trafiliśmy do.. HELL, czyli Piekła, gdzie pizza smakowała piekielnie dobrze :-) 

Ciągłe zestawianie oczekiwań z faktycznym stanem rzeczy. Ale jak to powiedział mój mąż – nie po to jechaliśmy pół świata, żeby było jak u nas. I coś w tym jest. Może to ‘rajskie życie’ to przede wszystkim brak przejmowania się tym, co mało istotne? Takie luźne życie, nawet na granicy niedbalstwa? Mniej nerwów, napięcia, stresu? Mniej oczekiwań i w konsekwencji – mniej rozczarowań? Nie wiem…. Chętnie poprzyglądam się różnym sytuacjom, ludziom, zweryfikuję swoje wyobrażenia, bo bardzo chciałabym znaleźć odpowiedź. Ale basen mógłby być bardziej cywilizowany ;-)
To straszna próba charakteru, roczny wyjazd w takiej formie - bo próbujesz odnaleźć się
w nowej, nieznanej rzeczywistości i jednocześnie czerpać z tego radość. Nie dać się złamać najprostszym rzeczom... Do tego dzieci. Myślę, że po tym doświadczeniu już niewiele mnie złamie.

W drodze do szkoły - dzień pierwszy!

Przed sekretariatem
'Klasa' Filipka
A to poranna niespodzianka! Dodatkowa atrakcja z okien domu Billa -
do wspaniałej panoramy miasta dołączyły majestatyczne góry,
do tej pory ukryte. Jakby i tak było mało :P


wtorek, 26 sierpnia 2014

Proza życia

Co Wy tam jadacie? Czy sklepy takie, jak u nas? Jacy są ludzie? Czy naprawdę tak zielono-rajsko? Jako, że takich pytań dostałam ostatnio sporo, to trochę o życiu takim na co dzień, choć co my możemy po tych kilku dniach o tym wiedzieć??? To takie pierwsze, świeże  i, przede wszystkim, subiektywne spostrzeżenia.

Zasadnicza zmiana to jazda lewą stroną. O ile jeszcze z automatyczną skrzynią biegów to jakoś przejdzie, o tyle manualna to masa siniaków i, kolokwialnie rzecz ujmując, ‘niezła jazda bez trzymanki’ ;-) Wczorajszy wypad na pierwsze żywieniowe zakupy wyglądał naprawdę komicznie – wytrzeszcz oczu, prawy łokieć co chwilę w drzwi (próba zmiany biegów, tylko po niewłaściwej stronie) i latające nam przed oczami wycieraczki przy włączaniu kierunkowskazów. Dziś rano jedziemy oglądać dom do wynajęcia, już nieco bardziej wyluzowani i nagle Jacek  - coś mi nie pasuje… No tak, nie ta strona drogi. I tak w kółko. Za kółkiem ;-)  

Architektura. Samo to słowo mi nie pasuje do tutejszej zabudowy – komercyjna zabudowa jest taka pawilonowo-pudełkowa. Nie licząc francuskich naleciałości lub starszych dzielnic budowanych w stylu anglosaskim. No i większość budynków jest jednopiętrowa. Oprócz ścisłego centrum (choć nie wszystkie przetrwały trzęsienie ziemi) pozostałe dzielnice są niskopienne. Żadnych wyróżniających się kształtów. Pudełko obok pudełka i tylko po napisach widzisz, że to kafejka, a to fryzjer. Takie, jak dla mnie, bezpłciowe, zlewające się w jedną masę. Przynajmniej te, które widzieliśmy do tej pory.

Jacy są Kiwi (tak mówią na siebie Nowozelandczycy)? Nie mieliśmy na razie okazji do wielu spotkań – raczej oficjalnie w urzędach, etc. Ale pierwsze wrażenie pokrywa się z opiniami innych – są mili, uśmiechają się, jeśli utrzymasz kontakt wzrokowy przez min 3 sekundy to od razu słyszysz hello. Wszędzie – na ulicy, w parku. Aż mnie chwilami szczęka boli od szczerzenia się ;-)

Jedzenie? Trudno powiedzieć. Za mało jeszcze zjedliśmy ;-) Proste zakupy i dla porównania: 2L mleko = $3.99; bagietka = $1.79; lody = $5.49. Jeśli ktoś zainteresowany to proszę sobie przeliczyć (dolar nowozelandzki = 2,65zł).

Woda. Pije się ją prosto z kranu i ma naprawdę niewiarygodny smak. Nie ten metaliczny, mdławy posmak naszej. A że wody pijemy sporo to dla nas super rozwiązanie :-)

Nie ma przejść dla pieszych. No nie ma! Jakieś światła trafiły się bliżej ruchliwego centrum. Pytam Billa, jak przechodzą na drugą stronę a On się śmieje – „Run, Marta, run!!!!” Kultura jazdy samochodem nie ma tutaj racji bytu. Jak jesteś w połowie przejścia przez jezdnię to nie ma mowy, żeby ktoś się zatrzymał. Prędzej przejadą ci po piętach z tym swoim szerokim uśmiechem :P   

Ceny domów do wynajęcia zatrważające – średnio $500/600 na tydzień. Oczywiście plus liczniki i zapomnij o umeblowaniu. To nam chwilowo spędza sen z powiek :/ Uprzedzając pytania – nie ma za bardzo możliwości wynajęcia mieszkania, bo… tutaj nie ma mieszkań i bloków. Jakieś apartamentowce w centrum i to wszystko. Więc ten dom to nie takie nasze widzimisię…

Jaka jest tutejsza zieleń? Trudno powiedzieć, o tym się dopiero przekonamy. Choć jeśli ta końcówka zimy może być miejscami naprawdę ładna, to co będzie później…? Dziś krótki spacer na pagórki za domem Billa. Wprawdzie usiane naturalnymi minami na każdym kroku, ale malownicze. I już zielono, już ładnie, a wiosna dopiero za rogiem.
 

Tyle o życiu na co dzień po tych kilku dniach tutaj. Czas zweryfikuje je dalej.
 

P.S. Chciałabym bardzo, bardzo podziękować za wszystkie te ciepłe maile i wiadomości… Nie tylko przyjaciele i znajomi, ale pozornie obcy ludzie piszą i wspierają taką życzliwością, że od razu zaczynam myśleć – uda się, będzie dobrze, damy radę. Bo jeśli tak bardzo wierzy w ciebie obcy człowiek, to… sam przestajesz wątpić w swoje możliwości. Tak to właśnie działa. Niewiarygodnie działa :-)